Autor: admin

MINIATURA MŁODYCH – „ANTYGONA” – UNIWERSYTET MUZYCZNY IM. FRYDERYKA CHOPINA W WARSZAWIE

MINIATURA MŁODYCH – „ANTYGONA” – UNIWERSYTET MUZYCZNY IM. FRYDERYKA CHOPINA W WARSZAWIE

Jednym z największych walorów szkół teatralnych w Polsce i na świecie są dyplomowe prezentacje. Jeszcze nie tak dawno mieliśmy w Warszawie międzynarodowy przegląd tychże instytucji, a łódzki, coroczny festiwal to jedno z najważniejszych wydarzeń miasta. Siłą owych wykonań jest ukazanie talentów kolejnych pokoleń adeptów sztuki scenicznej. Te zaledwie jednoroczne doświadczenia, spotkania ze spektaklami dyplomantów, ukazują pozycję naszej edukacji artystycznej. Niestety w sztuce tańca mamy pewne deficyty – zarówno edukacyjne jak i ukazywania szerokiemu odbiorcy efektu wieloletniej pracy. Owszem Wydział Tańca krakowskiej szkoły teatralnej dokonuje owych regularnie, ale szkoły baletowe czynią to okazjonalnie. Analogicznie jest z dorobkiem Wydziału Tańca warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina.

NA TRZY CZWARTE – „BEETHOVEN I SZKOŁA HOLENDERSKA” – POLSKI BALET NARODOWY, TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

NA TRZY CZWARTE – „BEETHOVEN I SZKOŁA HOLENDERSKA” – POLSKI BALET NARODOWY, TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

Niderlandy – kraina szeroka i rozległa, w której drobną część zajmuje Holandia. My przyzwyczailiśmy się do tej drugiej nazwy jako obowiązującej dla całego określenia owego kraju Beneluksu. Co interesujące, od kilku lat rząd walczy o ujednolicenie w nazewnictwie, wspierając Niderlandy jako formę właściwą. Głównym aspirantem, do owej zmiany, stała się branża turystyczna, która dąży do unicestwienia obrazu stricte rozrywkowego na rzecz kulturowo-krajobrazowego. Ów wywód nie jest przypadkowy, bowiem pretekstem stała się premiera Polskiego Baletu Narodowego. Łącząc nazwisko jednego z najważniejszych symfoników wszech czasów – Ludwiga van Beethovena z trzema ważnymi postaciami baletów Niderlandów powstał wieczór – Beethoven i szkoła holenderska.

HISTORIA PEWNEGO KAMIENIA – „MELODRAMAT” – TEATR POWSZECHNY IM. ZYGMUNTA HÜBNERA W WARSZAWIE

HISTORIA PEWNEGO KAMIENIA – „MELODRAMAT” – TEATR POWSZECHNY IM. ZYGMUNTA HÜBNERA W WARSZAWIE

W schyłkowym okresie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej Telewizja Polska powołała do życia program, który ukazywał zjawisko, które było tabu w życiu społecznym, choć występowało powszechnie. Wódko, pozwól żyć prowadzony przez Halszkę Wasilewską, stanowił format interwencyjny wsparcia dla rodzin osób borykających się z chorobą alkoholową, a także wskazywał społeczny kontekst patologii. Alkohol, kieliszek wódki, kufel piwa to istotny element twórczości artystycznej. Kto nie przywołuje pamiętnej sceny z Popiołu i diamentu w reżyserii Andrzeja Wajdy, która stała się ikonicznym obrazem wspomnienia nad zapalonymi szklankami spirytusu. Problem alkoholowy natomiast jest nie tylko tematem filmów, ale i przedstawień teatralnych. Do owego aspektu powrócił warszawski Teatr Powszechny. Do pracy zaprosił Annę Smolar, która z szóstką aktorów przygotowała instruktarz sceniczny o tym, jakie mogą być skutki picia i upicia. I ten melanż, chyba tworzony w oparach procentowych, zaśmieca głowy odbiorców, gdyż po pierwszej scenie wiadomo co się wydarzy. Punktem wyjścia jest film Wojciecha Jerzego Hasa ze zdjęciami Mieczysława Jahody – Pętla. Zrealizowany na podstawie opowiadania Marka Hłaski, będący traumatyczną opowieścią kilku godzin z życia Kuby, który w kieliszku poszukuje ucieczki od bieżącego świata, a tragiczny finał to zaciśnięcie kabla od telefonu na własnej szyi. W rolach głównych wystąpili Gustaw Holoubek i Aleksandra Śląska. I właśnie owa ekipa filmowa, osadzenie akcji w konkretnym środowisku artystycznym, gdzie bohaterowie, zmieniając role i płcie, dywagują, oceniają, relacjonują, współtowarzyszą alkoholowemu odurzeniu jednego bohatera. Inscenizatorka uniwersalizuje problem, zmienia to, co kobiece w męskie. Kubą są aktorki, Krystynami – aktorzy. Postaci przechodzą, mijają, zmieniają się sekwencje w tym swoistym katalogu sytuacji z flaszką w tle.

Aktorski sekstet rozgrywa ów dramat początkowo w hermetycznym świecie teatru. Zupełnie jakby ten problem dotyczył tylko wąskiej grupy społeczeństwa. Na szczęście w drugiej części katalog bohaterów się rozszerza, a świat pokrywają zagubione dusze i świadkowie, nieme ofiary zachłyśnięcia procentowym płynem. Jednak ów wątek aktorsko-filmowo-teatralny jest wręcz nieznośny. Kolejny raz twórcy zmuszają widzów do oglądania brudu instytucji kultury. Odtwarzanie prawdziwych scen, nie jest teatrem, a właśnie zbliża do programu Wasilewskiej sprzed prawie półwiecza. Trywialne dialogi na poziomie luźnej gadki, którą można toczyć z nieznajomym na przystanku komunikacji miejskiej, zniesmaczają i odpychają. Sekwencje sprzed hotelowej windy, szczególnie na teatralnej scenie, to istny przykład niemocy, powtórzeń i rozwleczenia akcji, którą można zminimalizować do kilku słów. To trwa, ciągnie się, nudzi, oburza. Dodatkowo reżyserka wprowadza, aby było atrakcyjnie, fragmenty taneczne. Żal i zęby bolą nad pomysłami ruchu Karoliny Kraczkowskiej, które sięgają prostej rytmiki z przedszkola. Deliryczne trzęsienie rąk, rączka na serduszko i samolocik z rąk – szczyt powtarzalnego gestu człowieka z problemem. Dalsze fragmenty ukazują pogłębione relacje prywatne, stosunek do żon, kochanek i kochanków, dzieci. Tylko owa niby czuła diagnoza, świadectwo bólu rodzin i najbliższych, nie jest żadnym odkryciem, ale zebraniem przemyśleń wykonawców jak im się to wydaje. Buduje się fałszywy obraz rzeczywistości, któremu nie można ufać. Z założenia jest sztuczny, nie ma interesującej pracy dramaturgicznej, a zaledwie sloganowość wynikająca z obserwacji występujących. Szczytem megalomanii i grafomanii są wiersze Natalii Fiedorczuk, puste jak pudełko po zapałkach. Jest źle, a najgorsze dopiero nadchodzi. Ofiary alkoholizmu partnera-partnerki decydują się opuścić drugą połówkę. To trudny, odważny krok. I można byłoby na tym zakończyć ten wywód, ale po co. Jeszcze damy dialog, a właściwie monolog Anny Ilczuk, która nam powie, czego się boi, a z czego się cieszy. Mamy nowy pacierz tego, co doświadczyła partnerka alkoholika. To po co zatem ten wcześniejszy wywód, jak zakończenie kumuluje wszystko co wcześniej się rozegrało? Unieważnia, zanudza, budzi niepokój o rolę teatru. Przecież scena nie może być tyradą dla kalki rzeczywistości, ale raczej rzetelną opowieścią nawet o tym co nas otacza.

Przestrzeń opracowana przez Annę Met to olbrzymi kamień i jego odpryski, które pokrywają scenę. I już nie mamy wątpliwości – alkoholizm to skała, którą ofiara dźwiga na swoich plecach, a także ból i ciężar dla świadków, towarzyszy uzależnienia. Warto powrócić do trywialności ostatniej sceny. Anna Ilczuk siedzi na kamieniu obok niej Karolina Adamczyk. Rozmawiają. W ręku pierwszej – kamień. I scena śmieszy zupełnie. Brak wiary w inteligencję widzów jest wielki. Wygląda ona jak „kobieta z pieńkiem” z Miasteczka Twin Peaks. Tajemnicza niewiasta wywoływała uśmiech politowania, ale i zastanowienia. Dokładnie tak jest ze spektaklem w Powszechnym. Wszystko jest jasne od pierwszej sekundy spektaklu, ślimaczy się niemiłosiernie, nie posiada dobrego tekstu, rytmu, a rości sobie prawo dla barometru społecznego. Przykre doświadczenie i wielki zawód.

Miało być spotkanie z Hłaską, czułość, ból więzi i relacji. A efekt mizerny. Jest dramat. Wielki dramat teatru. Do niego należy wchodzić odpowiedzialne. A ostatnia premiera zmusza do upicia i zapomnienia. Efekt odwrotny do zamierzonego.

Melodramat, scenariusz i reżyseria: Anna Smolar, Teatr Powszechny im. Z. Hübnera w Warszawie, premiera: maj 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Magda Hueckel

KAŻDE ŻYCIE TO JEDEN FILM – RECENZJA FILMU „TONIA”

KAŻDE ŻYCIE TO JEDEN FILM – RECENZJA FILMU „TONIA”

Bardzo lubię słuchać muzyki w słuchawkach, kiedy podróżuję lub po prostu przemieszczam się między wsiami, miasteczkami, a najbardziej wówczas, kiedy jadę w komunikacji miejskiej w wielkich metropoliach. Czuję się jak w ekranizacji jakieś historii. Obserwuję nieznanych mi ludzi, którzy bezwiednie stają się aktorami w moim jednorazowym, niepowtarzalnym filmowym teledysku. Co najwspanialsze, każdego dnia obsada się zmienia i pojawiają się inne wątki. Wyobrażam sobie czym żyją napotkani po drodze ludzie, co robią w życiu, czy są szczęśliwi czy może smutni, czy kogoś kochają, jakie sprawy zaprzątają ich myśli i czas, jaka jest ich historia … W zasadzie to każde życie, to materiał na opowieść.

POEZJA RUCHU – „ALORS ON DANCE… !, 7 DANCES GRECQUES, BOLERO” – BEJART BALLET LAUSANNE

POEZJA RUCHU – „ALORS ON DANCE… !, 7 DANCES GRECQUES, BOLERO” – BEJART BALLET LAUSANNE

Zawsze fascynowała mnie postać tegoż choreografa, który jest patronem zespołu z Lozanny. Maurice Bejart, chyba najwybitniejszy twórca układów baletowych dwudziestego wieku, wielki artysta francuskiego i światowego tańca. Każda jego kolejna realizacja wzbudzała emocje. Co najważniejsze rewolucjonizowała i redefiniowała myślenie, co dzięki klasycznej formie można przekazać współczesnemu odbiorcy. Zarówno europejskie produkcje jak i japońskie eksperymenty wzbudzały zachwyt, ale i polemikę, ekstazę, a także buczenie skrajnie konserwatywnej publiczności. Jednak co niezaprzeczalne technika Bejarta ukształtowała refleksję pokoleń nad jakością baletu, tym co można nim opowiedzieć, jakie wywołać emocje.

KOŁYSANKI – „TOULOUSE-LAUTREC” – BALLET DE L’OPERA NATIONAL DU CAPITOLE W TULUZIE

KOŁYSANKI – „TOULOUSE-LAUTREC” – BALLET DE L’OPERA NATIONAL DU CAPITOLE W TULUZIE

Biografie, losy postaci historycznych, są istotnym i wdzięcznym tematem dla baletowej opowieści. Nie tylko bohaterowie i herosi, ale również artyści, osobowości, a dziś byśmy powiedzieli celebryci, stają się tematami narracji bez słów. Istotnym jest, aby nie były to sztampowe opowieści, od urodzenia do śmierci, ale głębsze widowiska, oryginalnie, dobrze pomyślane i jeszcze wspanialej wykonane. Poszukiwanie takowego ideału jest niezwykle trudne, by nie powiedzieć niemożliwe. Kilkukrotnie na falach telewizji Mezzo mierzyłem się z taneczną wersją losów Henri de Toulouse-Lautreca. Nie byłem w stanie przebrnąć przez blokadę szklanego ekranu, aby skupić się na losach francuskiego artysty. Z niewiadomych, podświadomych powodów przedstawienie odrzucało, odpychało, zniesmaczało. Postanowiłem zobaczyć je na żywo, czy naprawdę jest aż tak złe jak sobie wyobrażałem? I nastała całkowita zmiana oceny. Niesamowite objawienie. To ukazuje jak przekaz ekranu deformuje rzeczywistą jakość przedstawień. Baletowa wersja historii o malarzu i grafiku czasu postimpresjonizmu powstała w Ballet de l’Opera National du Capitole w Tuluzie. Przygotował ją, jeszcze do niedawna dyrektor zespołu, Kader Belarbi. Ten niegdysiejszy tancerz „ery Nuriejewa” w balecie Opery Paryskiej przez kilkanaście lat, w autorski sposób, kształtował artystyczne oblicze sceny nad Garonną. W tym sezonie został zwolniony ze stanowiska w związku z problemami w zarządzaniu grupą. Tym samym zakończyła się pewna epoka. Analizując repertuar przygotowany dla kolejnych miesięcy nie ma już prac Belarbiego, poszukiwania twórcze zajęła w głównej mierze klasyka. To typowy obraz dzisiejszych, dużych scen w Europie. Kryzys ekonomiczny zagląda coraz poważniej w oczy szefów instytucji, każdy grosz jest skrupulatnie liczony. Liczba prezentacji ograniczana, a odwrót od współczesności powszechny na rzecz tradycyjnej formy baletowego wyrazu. Tym samym Toulouse-Lautrec można uznać za swoiste pożegnanie – w dobrym, przesiąkniętym duchem Paryża i Francji, klimacie i nastroju narracji o losach pewnego człowieka. To również dojrzała praca choreograficzna i inscenizacyjna, bowiem artysta buduje ciekawy obraz epoki, czasów schyłku wieku dziewiętnastego i zalążków dwudziestego, gdzie życie obyczajowe wytyczało nowe trendy codzienności.

Belarbi tworzy zwięzłą i klarowną opowieść, poczynając od wejścia tancerzy na scenę z widowni. Przychodzą z nas, publiczności, naszej przeszłości. Bowiem przedstawienie jest swoistym kolażem wziętym z życia malarza, ale najważniejszą rolę odgrywa świat zewnętrzny, codzienności, wieczorów i nocy, a także samotnych poranków. Choreograf jest totalny w swojej opowieści. Nie pomija wątków drażliwych i trudnych do zaprezentowania. Wzrost Toulouse-Lautreca wynosił zaledwie 142 centymetry, a nieproporcjonalność ciała wpływała na defekty w poruszaniu się. Jak pokazać owe złamania i genetyczne niesprawności? Atrybutem staje się laska, ale także wydłużony kostium głównego solisty, który ukazuje zwiększony tułów i zminimalizowane nogi. Proste zabiegi, a jakże wpływające na wyobraźnię. Drugi zabieg to sekwencja początkowa, gdy we fragmencie zespołowym poznajemy bohatera, jego trudności w przemieszczaniu się poprzez stylistykę zaczerpniętą rodem z teatru marionetek. Bohater jest zmuszony na koegzystencję z innymi, towarzyszami i przyjaciółmi. Taneczna opowieść, może zbyt schematyczna, posiada swoje trzy podstawowe wyróżniki – rodzinny dom, życie z partnerką, która jak troskliwa matka, złorzeczy na nocny tryb życia i spędzania czasu. Epizody najważniejsze i oddające ducha nocnego świata stolicy Francji, są przesiąknięte obyczajowością, delikatną perwersją i erotyzmem. Burdele, kabarety, kawiarnie. Ten dobry duch Montmartre, mimo swojej ułomności, tworzył, intrygował, pobudzał ów klimat zabawy i przelotnych związków. Te sekwencje zespołowe, pełne żywiołu, zapału w oryginalnym tańcu, to największe pozytywy spektaklu. Kankan, dom publiczny, a także świetny kabaret z niesamowicie długimi dłońmi, w czarnych rękawiczkach solistek, to udane próby świadectwa pewnego czasu. Każda z tych nocnych eskapad kończy się miłosnym zbliżeniem Toulouse-Lautreca. Niestety fala niepowodzeń kształtuje samotność, ból i odrzucenie. Wówczas malarz zanurza się w świecie własnej twórczości, kreatywności i opuszczenia. Te inspiracje ze świata zewnętrznego przelewa na symboliczne płótno, które odzwierciedla Muzy i bohaterów nocy. Może nie udaje się ukazać palety wziętej z talentu wybitnego malarza, ale owe ruchowe prace są pełne symboliki i odwołań do bohemy paryskiej. Belarbi, tworząc autorską pracę, sięga głęboko do twórczości, nie tylko życia bohatera swojego baletu. Właśnie owe postimpresjonistyczne realistyczne sceny tworzą sceniczną panoramę biegu dni i nocy. Choreografia jest niezwykle ciekawa, choć wykorzystuje formułę klasyczną to również nie brakuje oryginalnych i nowatorskich rozwiązań. Świetne duety Toulouse-Lautreca z kolejnymi partnerkami naszpikowane technicznymi trudnościami i ciekawymi podnoszeniami przeplatają się z formami modeli oraz nocnym światem, gdzie ekstatyczny taniec miesza się z dusznym klimatem zauroczeń, wzlotów i miłosnych upadków. Właśnie owa swoista ruchoma tkanka miejska, udekorowana w kostium epoki, może trochę przesadna z przyklejonymi brodami, jest pełna wigoru, żywiołowości i niesamowitego ruchu. Kankan pozostanie na długo pod powiekami, gdzie zarówno solistki jak i soliści mają równie dużo do pokazania, a wieńczące szpagaty to majstersztyk.

Nie byłoby tej scenicznej opowieści bez niezwykle ciekawego podkładu muzycznego. Jego autor Bruno Coulais tworzy dwa światy dźwiękowe, które łączą się w jedność. To muzyka z taśmy oraz dwójka wykonawców na żywo: pianista Yannael Quenel oraz akordeonista Sergio Tomassi, buduje niesamowity klimat ówczesnego świata. Jej spokojny rytm jest jak oddech miasta, niespieszny, powolny, a nocą przyspieszający, a czasem nawet żywiołowy. Muzycy to nie tylko tło, ale rzeczywiści kreatorzy owego obyczajowego obrazka końca wieku dziewiętnastego.

Z owej historii bije wiele pesymizmu. Smutek i samotność miesza się z radością, feerią oraz pożądaniem. Jednak zwycięża taniec. Klarowna umiejętność opowiedzenia nie prostej historii wielkiego malarza, przeszytego bólem choroby i chęcią aktywności życia, jest jak piękna kołysanka przed snem. Tuli, uspokaja, a co najważniejsze pobudza obrazy snu. Balet Kadera Belarbiego posiadający ową atmosferę marzenia wydaje się dedykowany do oglądania na żywo. I tu tkwi tajemnica jego nieprzekładalności do wersji telewizyjnej. Przez szklany ekran nie ma możliwości przelania uczuć i emocji, które konstruują życie wielkiego malarza. A jest ono przesycone właśnie owymi emocjami ekspresji nocy, samotności poranka i twórczego poświęcenia dnia. Doświadczenie z baletem z Tuluzy jest przykładem ciekawego wykorzystania biografii dla oryginalnej tanecznej opowieści. Niech owych wzruszeń będzie więcej, więcej i więcej.

Toulouse-Lautrec, Bruno Coulais, choreografia Kader Belarbi, Ballet de l’Opera National du Capitole w Tuluzie, pokazy w Lyonie, maj 2023.

                                                           [Benjamin Paschalski]

Foto: David Herrero

MĘŻCZYŹNI EWY POBRATYŃSKIEJ – „DZIEJE GRZECHU” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

MĘŻCZYŹNI EWY POBRATYŃSKIEJ – „DZIEJE GRZECHU” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

Istnieją powieści, opowiadania, dramaty, o których istnieniu w ogóle nie wiemy. Bowiem ich literacki żywot wyprzedziły ekranizacje filmowe. Tak chyba jest z Ziemią obiecaną Władysława Reymonta zekranizowaną przez Andrzeja Wajdę. Któż wyobraża sobie dzisiejszy świat bez trójki przyjaciół widzianych aktorami – Danielem Olbrychskim, Wojciechem Pszoniakiem oraz Andrzejem Sewerynem. „Ty nie masz nic, ja nie mam nic. To wspólnie zbudujemy fabrykę”. Pobrzmiewają słowa młodych idealistów z miasta Łodzi. Analogicznie jest z Dziejami grzechu. Gdzieś w bibliotecznej półce, pokryta kurzem jest pozycja Stefana Żeromskiego. Ale pod powiekami pozostaje żywa, choć z 1975 roku i to czwarta próba przeniesienia na ekran, realizacja filmowa Waleriana Borowczyka. Zjawiskowa obsada z Grażyną Długołęcką, Jerzym Zelnikiem, Olgierdem Łukaszewiczem, Markiem Walczewskim oraz Romanem Wilhelmim na czele, w tej dusznej, lepkiej atmosferze przeszytej ukrytą miłością, perwersją, ekstrawagancją i brudem, ukazywała szaleństwo miłości i przemocy.

NASI-WASI-WASI-NASI – „MÓJ SZTANDAR ZASIKAŁ KOTEK. KRONIKI Z DONBASU” – TR WARSZAWA

NASI-WASI-WASI-NASI – „MÓJ SZTANDAR ZASIKAŁ KOTEK. KRONIKI Z DONBASU” – TR WARSZAWA

Konflikt, akt terroru, wojna to tematy, które podchwytują wszelkie dziedziny sztuki. To, co nas otacza zajmuje istotne miejsce w twórczości wielu artystów. Gdy Pablo Picasso malował Guernicę, obraz w odcieniach czerni i bieli przedstawiający cierpienia wywołane przemocą i gwałtem, nie miał świadomości, że stworzył jeden z najbardziej poruszających dzieł malarskich w historii. Kolejne tragiczne zdarzenia naszego świata poruszają umysły artystów. Atak na World Trade Center, londyńskie metro, teatr na Dubrowce, Biesłan, konflikt w byłej Jugosławii, skutkują kolejnymi pracami, dziełami, przedstawieniami. Bo w bólu i tragedii jest siła, którą należy pokazać i przedstawić. Sztuka nie winna wypełniać roli programu informacyjnego, ale może o wiele więcej.