Autor: admin

KOŁYSANKI – „TOULOUSE-LAUTREC” – BALLET DE L’OPERA NATIONAL DU CAPITOLE W TULUZIE

KOŁYSANKI – „TOULOUSE-LAUTREC” – BALLET DE L’OPERA NATIONAL DU CAPITOLE W TULUZIE

Biografie, losy postaci historycznych, są istotnym i wdzięcznym tematem dla baletowej opowieści. Nie tylko bohaterowie i herosi, ale również artyści, osobowości, a dziś byśmy powiedzieli celebryci, stają się tematami narracji bez słów. Istotnym jest, aby nie były to sztampowe opowieści, od urodzenia do śmierci, ale głębsze widowiska, oryginalnie, dobrze pomyślane i jeszcze wspanialej wykonane. Poszukiwanie takowego ideału jest niezwykle trudne, by nie powiedzieć niemożliwe. Kilkukrotnie na falach telewizji Mezzo mierzyłem się z taneczną wersją losów Henri de Toulouse-Lautreca. Nie byłem w stanie przebrnąć przez blokadę szklanego ekranu, aby skupić się na losach francuskiego artysty.

MĘŻCZYŹNI EWY POBRATYŃSKIEJ – „DZIEJE GRZECHU” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

MĘŻCZYŹNI EWY POBRATYŃSKIEJ – „DZIEJE GRZECHU” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

Istnieją powieści, opowiadania, dramaty, o których istnieniu w ogóle nie wiemy. Bowiem ich literacki żywot wyprzedziły ekranizacje filmowe. Tak chyba jest z Ziemią obiecaną Władysława Reymonta zekranizowaną przez Andrzeja Wajdę. Któż wyobraża sobie dzisiejszy świat bez trójki przyjaciół widzianych aktorami – Danielem Olbrychskim, Wojciechem Pszoniakiem oraz Andrzejem Sewerynem. „Ty nie masz nic, ja nie mam nic. To wspólnie zbudujemy fabrykę”. Pobrzmiewają słowa młodych idealistów z miasta Łodzi. Analogicznie jest z Dziejami grzechu. Gdzieś w bibliotecznej półce, pokryta kurzem jest pozycja Stefana Żeromskiego. Ale pod powiekami pozostaje żywa, choć z 1975 roku i to czwarta próba przeniesienia na ekran, realizacja filmowa Waleriana Borowczyka. Zjawiskowa obsada z Grażyną Długołęcką, Jerzym Zelnikiem, Olgierdem Łukaszewiczem, Markiem Walczewskim oraz Romanem Wilhelmim na czele, w tej dusznej, lepkiej atmosferze przeszytej ukrytą miłością, perwersją, ekstrawagancją i brudem, ukazywała szaleństwo miłości i przemocy.

NASI-WASI-WASI-NASI – „MÓJ SZTANDAR ZASIKAŁ KOTEK. KRONIKI Z DONBASU” – TR WARSZAWA

NASI-WASI-WASI-NASI – „MÓJ SZTANDAR ZASIKAŁ KOTEK. KRONIKI Z DONBASU” – TR WARSZAWA

Konflikt, akt terroru, wojna to tematy, które podchwytują wszelkie dziedziny sztuki. To, co nas otacza zajmuje istotne miejsce w twórczości wielu artystów. Gdy Pablo Picasso malował Guernicę, obraz w odcieniach czerni i bieli przedstawiający cierpienia wywołane przemocą i gwałtem, nie miał świadomości, że stworzył jeden z najbardziej poruszających dzieł malarskich w historii. Kolejne tragiczne zdarzenia naszego świata poruszają umysły artystów. Atak na World Trade Center, londyńskie metro, teatr na Dubrowce, Biesłan, konflikt w byłej Jugosławii, skutkują kolejnymi pracami, dziełami, przedstawieniami. Bo w bólu i tragedii jest siła, którą należy pokazać i przedstawić. Sztuka nie winna wypełniać roli programu informacyjnego, ale może o wiele więcej. Bowiem metaforycznie ukazuje owe mikrorzeczywistości, światy i kosmosy, gdzie nie dotrze kamera z suchym przekazem dla masowego odbiorcy. Poeta, pisarz, dramaturg, malarz i kompozytor mogą dostrzec inaczej, uważniej, jaskrawiej. Ostatnie lata, choć tego nie zauważamy, skupiając się tylko na wydarzeniach ostatniego roku, to trwały konflikt w Ukrainie. Wpierw wewnętrzny, gdzie „Pomarańczowa Rewolucja” stała się synonimem walki o godność i kształtowanie społeczeństwa obywatelskiego. A następnie, wbrew prawu międzynarodowemu, na części wschodniej terytorium naszego sąsiada, utworzono sztuczne twory republik prorosyjskich. Krym to kolejny przystanek zaborczej polityki Rosji. Jak salami, przy cichym i milczącym geście świata, zanikały kolejne krainy, pola, lasy i łąki znane z kart i opisów Tarasa Szewczenki. Dopiero realna agresja zajrzała do naszych serc i umysłów, gdy rozpoczął się exodus ukraińskiego narodu. Jednak w owych ostatnich kilkunastu latach w Ukrainie wiele się zmieniło. Jednym z ciekawszych elementów są nowe formy artystycznej ekspresji. Jak grzyby po deszczu tworzyły się galerie, niezależne formacje, uliczne projekty, awangardowe zdarzenia. Ten aspekt wymaga poważnej analizy, ale świadczy o pobudzeniu pokolenia, które w publicznym dyskursie sztuki widzi szansę wyrażania swojego stosunku do własnego państwa. W świecie dramatu taką postacią zapewne jest Lena Laguszonkowa, której trzy krótkie dramaty wystawił TR Warszawa. I trzeba przyznać, że to udane przedsięwzięcie. Znów dręczyły mnie obawy, gdy zasiadałem na widowni sceny przy Marszałkowskiej, czy przypadkiem nie otrzymamy patriotyczno-wzniosłej narracji o wojnie i martyrologii. Absolutnie nie! Styl autorki zbliża ją do Doroty Masłowskiej, gdzie powaga miesza się z groteską i humorem. A największą wartością jest to, że całość napisana jest z pozycji uczestniczki zdarzeń, której krótkie życie przesiąknięte jest właśnie walką i wojną.

Przedstawienie to faktycznie cztery epizody z życia głównej bohaterki Leny. Zaczyna się od realistycznego obrazka – miasteczka-wsi, gdzie wszystko jest takie same – czyli żadne. Donbas, granica wschodnia Ukrainy, kawałek dalej już Rosja. Resentymenty, niepewności, poszukiwania świadomości. Stanica Ługańska nie ma nic atrakcyjnego, a schematyzm życia jest przygnębiający. Codzienna egzystencja domowa z rodzicami i dziadkami, gdzie skrywane tajemnice pracy, weterana wojny, tożsamości i pochodzenia żydowskiego, współgrają z nudą szkoły i pierwszych erotycznych wzruszeń. Te akurat są nie pomyśli rodziny. Wnuków to nie będzie! Część druga, to studia w Ługańsku, a miało być prawdziwe życie – Moskwa. Tu epizod z „Pomarańczową Rewolucją” i przypadek jak to z autsajderki Lena stała się liderką protestu. Część trzecia, już bez głównej bohaterki, która spełnia marzenia w Kijowie, rozgrywa się w zdegradowanym i non stop ostrzeliwanym mieście, gdy przeciw sobie stają mieszkańcy jednego bloku, jednej ulicy, jednego miasta. Epilog to powrót na zgliszcza, gdzie już nie ma nikogo. Pozostała tylko matka, która nie opuści tej ziemi, chociaż już nic i nikt nie pozostał. Wyjechali, umarli, zginęli. Finałem jest wstrząsający list rodzicielki bohaterki, napisany dzięki słownikowi, w języku angielskim. Adres do świata, który miał być wygłoszony, gdy Lena będzie odbierała nagrodę w Cannes. Ma moc niemego krzyku, bólu i cierpienia pewnego narodu. Opowieść Laguszonkowej jest historią o marzeniach. Próbie wydostania się z pewnego świata, który nie wiadomo jak przetrwał. Jego schematyczna egzystencja pisana tymi samymi ludźmi, tym samym serialem telewizyjnym, kinem, ulicą, rozmową przy trzepaku, ale i konfliktem oraz wojną – boli, uderza i dotyka. Jednak pod powierzchowną tkanką obyczajową kryje się coś więcej. Ukazanie prawdziwego, początkowo niezauważalnego konfliktu społecznego. Faktycznie dwóch światów, dwóch wizji, dwóch narracji tej samej opowieści na jednej ziemi.

Początkowy klimat komediowy i humor rozbija część trzecia. Nie ma już śmiechu, ale są łzy. Bratobójcza walka jest rzeczywistością. Na przeciw siebie stają dwaj bracia. Odwiedzają oddzielnie matkę – jeden nazywa drugiego faszystą, a drugi pierwszego separatystą. Walczą przeciwko sobie, a jeszcze nie tak dawno stali na ulicy widząc świetlaną przyszłość. To spektakl o umieraniu i odchodzeniu. Bowiem poszczególnych bohaterów w finale już nie ma. Przeżywamy ich małe radości w prologu, a w końcówce przy zakrapianym stole to tylko duchy i fantomy dawnego życia. W tym całym korowodzie postaci warto wspomnieć o babci (Maria Maj) – lokalnej szeptusze, która staje się żywą komentatorką rzeczywistości. A także nauczycielce Zinaidzie (Magdalena Kuta), żarliwej patriotce, kształcącej pokolenia wychowanków i walczącej o legalizację Marihuany. Każda z postaci to tak naprawdę zamknięta opowieść życia w tej wspólnocie. Łącznikiem jest Lena (Anita Szepelska) dążąca do realizacji siebie, wyrwania się ze schematyzmu małego miasteczka, ale tak naprawdę dojrzewająca prawdą o tym miejscu na ziemi. Siłą utworu jest właśnie owa wnikliwa obserwacja, umiejętność podpatrzenia przywar i charakterów. Tu nie ma stereotypowych postaci. Każda z nich to indywiduum jak w komediach Gogola.

Inscenizacja Aleksandry Popławskiej jest dobrze pomyślana. To nie montaż poszczególnych scenek, ale wartościowy koncept teatralny. To rodzaj wspólnotowej, solidarnej inicjatywy, przeżycia, współistnienia. Trochę jak jarmarczny, wielopokoleniowy pokaz. Łączy w sobie świetną ścieżkę dźwiękową, która nadaje rytm i klimat ukraińskiej prowincji, a także ciekawą przestrzeń scenograficzną (Tomasz Mreńca), która jednocześnie staje się mieszkaniem w bloku, schronem czy miejskim placem. Nieodzownym elementem jest graffiti pokrywające boczną część sceny. Owa degradacja widoczna jest na każdym kroku i w każdym miejscu. Jednak najważniejsi są aktorzy, którzy świetnie dialogując, przeżywając, konstruują własne mikrodramaty. To zamknięte epizody, indywidualne, są jasno sformatowane i precyzyjnie poprowadzone. Popławska uchroniła widzów od pompatyczności, umiejętnie rozbiła balon współczucia na rzecz krwistej opowieści świata pisanego konfliktem i wojną. Ale czy jest w tym wszystkim nadzieja? Wydaje się, że tak. Młodość i wspomnienie, które należy pielęgnować.

Ukraina to piękny kraj. Dziś to powszechne słowo. Jednak warto rozmawiać o niej uczciwie i prawdziwie. Czynni to Laguszonkowa w swoich historiach, a Popławska w zrealizowanym przedstawieniu. Dużo zadumy i refleksji. Bowiem warto tworzyć teatr, który nie jest kalką publicystyki, ale żywą opowieścią o ludziach z własnymi przeżyciami i doświadczeniami.

Mój sztandar zasikał kotek. Kroniki z Donbasu, Lena Laguszonkowa, reżyseria Aleksandra Popławska, TR Warszawa, premiera: kwiecień 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto.: Wojciech Sobolewski

CARMEN Z BYKIEM POMYLONA – „CARMEN” – BALET OPER W GRAZU

CARMEN Z BYKIEM POMYLONA – „CARMEN” – BALET OPER W GRAZU

Nie cierpię ulepszania dobrego, poprawiania sprawdzonego. I nie chodzi tylko o sztukę, ale o codzienność. To co nas otacza. Jednak nie będzie to lament człowieka nad zmianami w tkance miejskiej. Ale o tym jak to pewna choreografka wymyśliła, że będzie lepsza i stworzy w poczuciu własnej oryginalności i pewności siebie, arcydzieło. A wyszedł ostatecznie tragiczny bubel. Graz to kolejne miasto na liście artystycznych podróży. Ośrodek, który w 2003 roku był Europejską Stolicą Kultury. Na każdym kroku można zauważyć swoisty miks przeszłości i teraźniejszości. Z jednej strony Landhaushof czy Uhrturm, a tuż obok na rzece Mur projekt amerykańskiego architekta Vito Acconciego – Murinsel, szczególna sztuczna wyspa będąca łącznikiem dwóch brzegów. Kolejny nowoczesny obiekt autorstwa Petera Cooka oraz Colina Fourniera to Kunsthaus, przypominający obiekt kosmiczny połączony ze sprzętem wojskowym.

W GÓRACH MOŻNA ODNALEŹĆ SIEBIE I SENS ŻYCIA – RECENZJA FILMU „OSIEM GÓR”

W GÓRACH MOŻNA ODNALEŹĆ SIEBIE I SENS ŻYCIA – RECENZJA FILMU „OSIEM GÓR”

W górach jest coś mistycznego, majestatycznego, magnetyczna siła przyciągania. W czasie wędrówek po szczytach i dolinach ludzie lepiej się poznają, zbliżają i odnajdują nie tylko tego kogoś obok, ale i samych siebie. To wyjątkowa przestrzeń by zacieśniać relacje. Lubiłem wędrówki po górach z moim Tatą. 

Polskie czy Włoskie??? Bianca Mozzarella

Polskie czy Włoskie??? Bianca Mozzarella

Zastanawialiście się kiedyś, jak tworzy się ser? W jaki sposób przygotowuje się tę pyszną, mleczną i rozpływającą się mozzarellę? Odpowiedź na to pytanie możecie znaleźć w warszawskiej „Bianca Mozzarella”. Koncept stworzony przez Kaję Przygońską i Francesco Micalettiego to raj dla smakoszy serów i jeden z najlepszych warszawskich adresów na tego rodzaju smakołyki. Robiąc research na temat tego duetu natknąłem się na wywiad z 2020 roku, gdzie w cyklu WarsawGirl w Warsawholic.pl Kaja wspomina o planach założenia własnej knajpy. Marzenia się spełniają, Kaja i Francesco dzielą się swoją miłością do jedzenia na Natolińskiej 3 – czas ich odwiedzić!

Jaka jest więc Bianca Mozzarella? Jest prosta, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Mało w niej skomplikowanych połączeń i niepotrzebnych ozdobników. Zarówno w wystroju, jak i menu lokal tuż przy Placu Zbawiciela nie ma zbędnych dekoracji. Wygrywają jakość i wykonanie.

W Biance zjecie najwyższej klasy produkty, które tworzą niesamowite połączenia smaków i aromatów. Na kilka chwil możecie zanurzyć się w mlecznej krainie rozkoszy, przenieść się na moment do apulijskiej wsi z widokiem na wielkie, pachnące ogrody. Będąc w Biance właśnie tak się poczułem. Zachwycałem się każdym kawałkiem świetnej, świeżej i mlecznej burraty. Chciałbym niemal walczyć o kolejny kawałek focacci z chrupiącymi ziemniakami i stracciatellą.

Polskie czy Włoskie??? Bianca Mozzarella

Wizyta na Natolińskiej to obowiązek! Mało jest miejsc tak autentycznych, które nie są niepotrzebnie udziwnione. Przepisem na sukces jest polsko-włoskie połączenie. Włoska receptura i tłuste polskie mleko tworzą magiczną całość, a atmosfera przytulnego i ciepłego miejsca idealnie współgra z podawanymi pysznościami.

Do „Bianca Mozzarella” możecie wpaść na aperitivo, burraty w różnych wydaniach, foccacie z ciekawymi dodatkami oraz „menu sezonowe”, które zmienia się na bazie dostępnych produktów. Na Natolińskiej zjecie również desery, napijecie się smacznego wina i kupicie sery na wynos.

Jeśli po wizycie w Biance chcielibyście jeszcze mocniej rozpłynąć się w mlecznym serze to sposobnością będzie „Mozzarella live show”, czyli swego rodzaju warsztaty z robienia mozzarelli, które proponuje to wspaniałe miejsce.

ŚPIĄCA W RÓŻU – „ŚPIĄCA KRÓLEWNA” – ZESPÓŁ TANECZNY LANDESTHEATER W LINZU

ŚPIĄCA W RÓŻU – „ŚPIĄCA KRÓLEWNA” – ZESPÓŁ TANECZNY LANDESTHEATER W LINZU

Są balety, do których można powracać oraz przeżywać za każdym razem, gdy je się zobaczy kolejny raz. Choć dziś, w naszym kraju, nie spotkamy twórczości Piotra Czajkowskiego, to właśnie ten kompozytor pozostaje najważniejszym artystą muzyki baletowej. W tym sezonie, chyba już dwukrotnie, wzruszenia towarzyszyły podczas tanecznej baśni – Śpiąca królewna. Dwa różne wydarzenia, dwie choreografie: Marcii Haydee oraz Matthew Bourne’a. Dwa odmienne spojrzenia. Pierwsze przesycone klasyką, duchem zespołowości i indywidualizmu solistów. Wersja z Londynu to już inny świat. Przepełniona odwołaniami do współczesności i popkultury, stanowiła nowe odczytanie odwiecznej opowieści wywiedzionej z bajki Charlesa Perraulta. Do trzech razy sztuka.

BIAŁE WINO, BIAŁE PŁÓTNO – „IDZIE SKACZĄC PO GÓRACH” – TEATR IM. WOJCIECHA BOGUSŁAWSKIEGO W KALISZU

BIAŁE WINO, BIAŁE PŁÓTNO – „IDZIE SKACZĄC PO GÓRACH” – TEATR IM. WOJCIECHA BOGUSŁAWSKIEGO W KALISZU

Białe wino to alkohol szczególny. Nie tylko idealnie pasuje do ryb, ale też jest nieodłącznym elementem spotkań oraz towarzyskich dyskusji. Jak żaden inny napój jest bardzo dobrym partnerem dialogu, a jego lekko zimny posmak winogron, który pozostaje na podniebieniu – oczywiście zależy od rocznika i pochodzenia – staje się idealną nutą wspomnień pobudzającą do zwierzeń i rozmów. W filmie Różyczka w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego, jest scena szczególna, gdy doświadczony profesor wprowadza w arkana innego świata tytułową bohaterkę. Owa inicjacja dokonuje się poprzez wino, co prawda czerwone, ale to szczególny akt wchodzenia do innego towarzystwa.