NASI-WASI-WASI-NASI – „MÓJ SZTANDAR ZASIKAŁ KOTEK. KRONIKI Z DONBASU” – TR WARSZAWA

NASI-WASI-WASI-NASI – „MÓJ SZTANDAR ZASIKAŁ KOTEK. KRONIKI Z DONBASU” – TR WARSZAWA

Konflikt, akt terroru, wojna to tematy, które podchwytują wszelkie dziedziny sztuki. To, co nas otacza zajmuje istotne miejsce w twórczości wielu artystów. Gdy Pablo Picasso malował Guernicę, obraz w odcieniach czerni i bieli przedstawiający cierpienia wywołane przemocą i gwałtem, nie miał świadomości, że stworzył jeden z najbardziej poruszających dzieł malarskich w historii. Kolejne tragiczne zdarzenia naszego świata poruszają umysły artystów. Atak na World Trade Center, londyńskie metro, teatr na Dubrowce, Biesłan, konflikt w byłej Jugosławii, skutkują kolejnymi pracami, dziełami, przedstawieniami. Bo w bólu i tragedii jest siła, którą należy pokazać i przedstawić. Sztuka nie winna wypełniać roli programu informacyjnego, ale może o wiele więcej. Bowiem metaforycznie ukazuje owe mikrorzeczywistości, światy i kosmosy, gdzie nie dotrze kamera z suchym przekazem dla masowego odbiorcy. Poeta, pisarz, dramaturg, malarz i kompozytor mogą dostrzec inaczej, uważniej, jaskrawiej. Ostatnie lata, choć tego nie zauważamy, skupiając się tylko na wydarzeniach ostatniego roku, to trwały konflikt w Ukrainie. Wpierw wewnętrzny, gdzie „Pomarańczowa Rewolucja” stała się synonimem walki o godność i kształtowanie społeczeństwa obywatelskiego. A następnie, wbrew prawu międzynarodowemu, na części wschodniej terytorium naszego sąsiada, utworzono sztuczne twory republik prorosyjskich. Krym to kolejny przystanek zaborczej polityki Rosji. Jak salami, przy cichym i milczącym geście świata, zanikały kolejne krainy, pola, lasy i łąki znane z kart i opisów Tarasa Szewczenki. Dopiero realna agresja zajrzała do naszych serc i umysłów, gdy rozpoczął się exodus ukraińskiego narodu. Jednak w owych ostatnich kilkunastu latach w Ukrainie wiele się zmieniło. Jednym z ciekawszych elementów są nowe formy artystycznej ekspresji. Jak grzyby po deszczu tworzyły się galerie, niezależne formacje, uliczne projekty, awangardowe zdarzenia. Ten aspekt wymaga poważnej analizy, ale świadczy o pobudzeniu pokolenia, które w publicznym dyskursie sztuki widzi szansę wyrażania swojego stosunku do własnego państwa. W świecie dramatu taką postacią zapewne jest Lena Laguszonkowa, której trzy krótkie dramaty wystawił TR Warszawa. I trzeba przyznać, że to udane przedsięwzięcie. Znów dręczyły mnie obawy, gdy zasiadałem na widowni sceny przy Marszałkowskiej, czy przypadkiem nie otrzymamy patriotyczno-wzniosłej narracji o wojnie i martyrologii. Absolutnie nie! Styl autorki zbliża ją do Doroty Masłowskiej, gdzie powaga miesza się z groteską i humorem. A największą wartością jest to, że całość napisana jest z pozycji uczestniczki zdarzeń, której krótkie życie przesiąknięte jest właśnie walką i wojną.

Przedstawienie to faktycznie cztery epizody z życia głównej bohaterki Leny. Zaczyna się od realistycznego obrazka – miasteczka-wsi, gdzie wszystko jest takie same – czyli żadne. Donbas, granica wschodnia Ukrainy, kawałek dalej już Rosja. Resentymenty, niepewności, poszukiwania świadomości. Stanica Ługańska nie ma nic atrakcyjnego, a schematyzm życia jest przygnębiający. Codzienna egzystencja domowa z rodzicami i dziadkami, gdzie skrywane tajemnice pracy, weterana wojny, tożsamości i pochodzenia żydowskiego, współgrają z nudą szkoły i pierwszych erotycznych wzruszeń. Te akurat są nie pomyśli rodziny. Wnuków to nie będzie! Część druga, to studia w Ługańsku, a miało być prawdziwe życie – Moskwa. Tu epizod z „Pomarańczową Rewolucją” i przypadek jak to z autsajderki Lena stała się liderką protestu. Część trzecia, już bez głównej bohaterki, która spełnia marzenia w Kijowie, rozgrywa się w zdegradowanym i non stop ostrzeliwanym mieście, gdy przeciw sobie stają mieszkańcy jednego bloku, jednej ulicy, jednego miasta. Epilog to powrót na zgliszcza, gdzie już nie ma nikogo. Pozostała tylko matka, która nie opuści tej ziemi, chociaż już nic i nikt nie pozostał. Wyjechali, umarli, zginęli. Finałem jest wstrząsający list rodzicielki bohaterki, napisany dzięki słownikowi, w języku angielskim. Adres do świata, który miał być wygłoszony, gdy Lena będzie odbierała nagrodę w Cannes. Ma moc niemego krzyku, bólu i cierpienia pewnego narodu. Opowieść Laguszonkowej jest historią o marzeniach. Próbie wydostania się z pewnego świata, który nie wiadomo jak przetrwał. Jego schematyczna egzystencja pisana tymi samymi ludźmi, tym samym serialem telewizyjnym, kinem, ulicą, rozmową przy trzepaku, ale i konfliktem oraz wojną – boli, uderza i dotyka. Jednak pod powierzchowną tkanką obyczajową kryje się coś więcej. Ukazanie prawdziwego, początkowo niezauważalnego konfliktu społecznego. Faktycznie dwóch światów, dwóch wizji, dwóch narracji tej samej opowieści na jednej ziemi.

Początkowy klimat komediowy i humor rozbija część trzecia. Nie ma już śmiechu, ale są łzy. Bratobójcza walka jest rzeczywistością. Na przeciw siebie stają dwaj bracia. Odwiedzają oddzielnie matkę – jeden nazywa drugiego faszystą, a drugi pierwszego separatystą. Walczą przeciwko sobie, a jeszcze nie tak dawno stali na ulicy widząc świetlaną przyszłość. To spektakl o umieraniu i odchodzeniu. Bowiem poszczególnych bohaterów w finale już nie ma. Przeżywamy ich małe radości w prologu, a w końcówce przy zakrapianym stole to tylko duchy i fantomy dawnego życia. W tym całym korowodzie postaci warto wspomnieć o babci (Maria Maj) – lokalnej szeptusze, która staje się żywą komentatorką rzeczywistości. A także nauczycielce Zinaidzie (Magdalena Kuta), żarliwej patriotce, kształcącej pokolenia wychowanków i walczącej o legalizację Marihuany. Każda z postaci to tak naprawdę zamknięta opowieść życia w tej wspólnocie. Łącznikiem jest Lena (Anita Szepelska) dążąca do realizacji siebie, wyrwania się ze schematyzmu małego miasteczka, ale tak naprawdę dojrzewająca prawdą o tym miejscu na ziemi. Siłą utworu jest właśnie owa wnikliwa obserwacja, umiejętność podpatrzenia przywar i charakterów. Tu nie ma stereotypowych postaci. Każda z nich to indywiduum jak w komediach Gogola.

Inscenizacja Aleksandry Popławskiej jest dobrze pomyślana. To nie montaż poszczególnych scenek, ale wartościowy koncept teatralny. To rodzaj wspólnotowej, solidarnej inicjatywy, przeżycia, współistnienia. Trochę jak jarmarczny, wielopokoleniowy pokaz. Łączy w sobie świetną ścieżkę dźwiękową, która nadaje rytm i klimat ukraińskiej prowincji, a także ciekawą przestrzeń scenograficzną (Tomasz Mreńca), która jednocześnie staje się mieszkaniem w bloku, schronem czy miejskim placem. Nieodzownym elementem jest graffiti pokrywające boczną część sceny. Owa degradacja widoczna jest na każdym kroku i w każdym miejscu. Jednak najważniejsi są aktorzy, którzy świetnie dialogując, przeżywając, konstruują własne mikrodramaty. To zamknięte epizody, indywidualne, są jasno sformatowane i precyzyjnie poprowadzone. Popławska uchroniła widzów od pompatyczności, umiejętnie rozbiła balon współczucia na rzecz krwistej opowieści świata pisanego konfliktem i wojną. Ale czy jest w tym wszystkim nadzieja? Wydaje się, że tak. Młodość i wspomnienie, które należy pielęgnować.

Ukraina to piękny kraj. Dziś to powszechne słowo. Jednak warto rozmawiać o niej uczciwie i prawdziwie. Czynni to Laguszonkowa w swoich historiach, a Popławska w zrealizowanym przedstawieniu. Dużo zadumy i refleksji. Bowiem warto tworzyć teatr, który nie jest kalką publicystyki, ale żywą opowieścią o ludziach z własnymi przeżyciami i doświadczeniami.

Mój sztandar zasikał kotek. Kroniki z Donbasu, Lena Laguszonkowa, reżyseria Aleksandra Popławska, TR Warszawa, premiera: kwiecień 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto.: Wojciech Sobolewski



2 thoughts on “NASI-WASI-WASI-NASI – „MÓJ SZTANDAR ZASIKAŁ KOTEK. KRONIKI Z DONBASU” – TR WARSZAWA”

  • Może to wszystko prawda ale jak dla mnie przytłaczjąca była mnogość postaci.. To sprawiło, że bardzo trudno było ,,śledzić” i na bieżąco analizować większość z nich.. Nie odczułem personalnie swoistej więzi z którąkolwiek z tych postaci.. poza tym za dużo było sylwetek kotów w tym przedsawieniu co nadawało mu pewnej dziecinności, żeby nie pisać infantylności.. Być może tłumaczy to fakt, że Aleksandra Popławska w swoim wywiadzie przyznała, że patrzy na świat trochę oczami dziecka. Ta swoista dziecinność kolidowała trochę z grozą wojny i poczuciem niepewności..No ale Autorka tych opowiadań nie jest chyba jeszcze wystarczająco dojrzała jako osoba dosyć młoda i to także tłumaczy jej spojrzenie na rzeczywisty, realny świat.. Podobał mi się jednak nieco cyniczny, chociaż nie zawsze nowy i odkrywczy humor okraszający ten jak gdyby widziany dziecięcymi oczami spektakl

  • Jak dla mnie to mnogość postaci nie dała możliwości nawiązania bliższego kontaktu z żadną z nich.. Za dużo też było kotków co tworzyło poniekąd,,dziecinną” atmosferę… Żeby nie napisać – infantylną.. Tłumaczy to trochę młody wiek autorki tych pamiętników (bo chyba tak to co spłodziła trzeba nazwać) oraz spoojrzenie na świat oczami dziecka reżyserki tego spektaklu..Koliduje to trochę z tematem zwłaszcza ostatnich ,,wojennych” części bo wojna i kotek to nie brzmi dobrze….. Poza tym wszystkiego było aż za dużo, za dużo środków przekazu tak jakby reżyserka chciała zmieścić wszystko naraz i to w pierwszym rzędzie..
    Sytuację ratował trochę cyniczny i niemal czarny humor chociaż większość dowcipów nie była najnowsza a raczej stara i oklepana.. TAKA JEST MOJA OPINIA i nie kasować proszę!