MĘŻCZYŹNI EWY POBRATYŃSKIEJ – „DZIEJE GRZECHU” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

MĘŻCZYŹNI EWY POBRATYŃSKIEJ – „DZIEJE GRZECHU” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

Istnieją powieści, opowiadania, dramaty, o których istnieniu w ogóle nie wiemy. Bowiem ich literacki żywot wyprzedziły ekranizacje filmowe. Tak chyba jest z Ziemią obiecaną Władysława Reymonta zekranizowaną przez Andrzeja Wajdę. Któż wyobraża sobie dzisiejszy świat bez trójki przyjaciół widzianych aktorami – Danielem Olbrychskim, Wojciechem Pszoniakiem oraz Andrzejem Sewerynem. „Ty nie masz nic, ja nie mam nic. To wspólnie zbudujemy fabrykę”. Pobrzmiewają słowa młodych idealistów z miasta Łodzi. Analogicznie jest z Dziejami grzechu. Gdzieś w bibliotecznej półce, pokryta kurzem jest pozycja Stefana Żeromskiego. Ale pod powiekami pozostaje żywa, choć z 1975 roku i to czwarta próba przeniesienia na ekran, realizacja filmowa Waleriana Borowczyka. Zjawiskowa obsada z Grażyną Długołęcką, Jerzym Zelnikiem, Olgierdem Łukaszewiczem, Markiem Walczewskim oraz Romanem Wilhelmim na czele, w tej dusznej, lepkiej atmosferze przeszytej ukrytą miłością, perwersją, ekstrawagancją i brudem, ukazywała szaleństwo miłości i przemocy. Wielowątkowość, emocjonalność i żarliwość uczuć towarzyszy od pierwszego kadru filmu. I zawsze rodzi się spostrzeżenie. Jeżeli ktoś ponownie zamierza zmierzyć się, w świecie sztuki, z Dziejami grzechu, to nie rywalizuje z narracją książkową, ale właśnie z dokonaniem Borowczyka. Teatr wielokrotnie powracał do utworu. Ostatnio chyba w Kielcach. Świat polskiego baletu doczekał się również swojej wersji. Premiera miała miejsce w 2014 roku, a choreografię przygotował Karol Urbański, ówczesny kierownik baletu Opery na Zamku w Szczecinie. Dziś ta scena powróciła do owego wykonania. I był to szczególny sprawdzian. Nowy szef zespołu Grzegorz Brożek, nie miał szansy przygotowania premiery w tym sezonie. Dlatego należy uznać, że powrót do owej pracy to test dla zespołu. Prawie całkowicie zmienionego, dla którego przygotowanie baletu było nowym wyzwaniem. I można powiedzieć, z nadzieją na kolejne wydarzenia, że próba wypadła nadzwyczaj pozytywnie. Jak dla grupy liczącej zaledwie dwadzieścia osób i pojawiającej się na deskach sceny, w dedykowanych przedstawieniach tanecznych, średnio dwa razy w miesiącu, to trzeba uznać realizację za dobre osiągnięcie.

Opowieść Karola Urbańskiego to retrospektywa Łukasza Niepołomskiego, wspomnienie utraconej miłości, życia, szczęścia, drugiej połówki. Jednak choreograf kształtuje narracje poprzez doświadczenie dziewczyny, dorastającej kobiety. Fascynacja mężczyzną staje się odejściem od dotychczasowego pozornego szczęścia. Losy młodej panny to spotkania z kolejnymi mężczyznami, które doprowadzają do upadku i tragedii. Ewa Pobratyńska po niemożliwej relacji z Niepołomskim trafia w objęcia Hrabiego Szczerbica. Śledzona przez Antoniego Pachronia zaczyna z nim współpracować oraz z tajemniczym Hrabią Płazą-Spławskim. Na jej drodze jest również ksiądz, Adolf Horst, student oraz kochający ojciec. Ten wielowątkowy kontredans postaci męskich wiruje wokół Ewy ukazując możliwe charaktery ludzkie. Wskazuje również na zagubienie dziewczyny w zmaskulinizowanym świecie. Objęcia tylko dwukrotnie są czułe, pozostałe to relacje wykorzystania i przemocy, bólu i cierpienia. Młoda dziewczyna nie umie wyzwolić się z owego podporządkowania i męskiej dominacji. Urbański, budując taneczną historię, zgodnie z treścią powieści, nie unika dramaturgicznych błędów. Postaci jest zbyt wiele, a niektóre pojawiają się na chwilę, mgnienie, sekundę. Akcja jest tak skonstruowana, że bohaterowie pojawiają się i znikają. Nie ma możliwości rozpoznania charakteru relacji, więzi oraz emocji. Choreograf bardziej myśli o przeprowadzeniu wywodu, spójnego z librettem, niż ukazania tanecznych uczuć i pragnień. To duży błąd. Bowiem relacja z kochającym Szczerbicem jest jak muśnięcie i do końca nie jest jasnym co go zwabiło, aby zginąć z rąk opryszków. Tak jak w scenie ze studentem – w której podobno był romans. Ale ciężko o nim powiedzieć słowo, gdyż faktycznie postać jedynie zaznacza swoją obecność. Ów pęd sytuacji powoduje, że ciężko zrozumieć gdzie jesteśmy. Ponoć raz nawet w Monte Carlo, ale co z tego jak wokół to samo polskie towarzystwo. Wystarczyło proste zniuansowanie, a widz wyszedłby bardziej świadomy przebiegu zdarzeń. Drugi poważny grzech, skoro już tytuł posiada to słowo, dotyczy tego, że mało jest, w wersji baletowej, owego erotycznego i seksualnego klimatu, które wyciekało z ekranu w filmie Borowczyka. To zaledwie drobne muśnięcia, iskierki, ale nie żarliwość i ponętność. Ewa jest czarującą kobietą, kończy na ulicy jako prostytutka, to dlaczego tak jest skoro nie widać owej fizycznej zależności? To pytanie pobrzmiewa przez cały wieczór.

Przedstawienie rozegrane jest w symbolicznej scenografii autorstwa Wacława Ostrowskiego. To sześć lustrzanych zastawek oraz owal, który jest rodzinnym stołem, ołtarzem, łóżkiem i karcianym polem gry. Dopełnienie to delikatne wizualizacje Krystiana Drywy. Owe elementy dekoracyjne nie przeszkadzają temu, co jest najważniejsze w balecie – wykonaniu tanecznemu. I jeżeli można mieć zastrzeżenia do warstwy dramaturgicznej, to w płaszczyźnie przygotowania układu Urbański poradził sobie bardzo dobrze. Choć nie jest to wielce skomplikowana struktura, to należy wyróżnić neoklasyczną technikę ukazującą świetne ruchy, podnoszenia, a skoki to najwyższa lokata. W tym katalogu postaci warto zwrócić uwagę na trójkę wykonawców. Pierwsza to Ewa Pobratyńska w interpretacji Kseni Naumets. Ta pochodząca z Ukrainy tancerka jest świetna technicznie i emocjonalnie. Podziwiam jej precyzję oraz jakość tańca. Również płaszczyzna namiętności jest bez zastrzeżeń. Artystka wie kim jest, co tańczy i dlaczego znalazła się na scenie. Łukasz Niepołomski w wykonaniu Pawła Wdówki to jak wykonanie z najlepszego show tańców towarzyskich. Jego ruchy są świetnie dopracowane. Smukła sylwetka dodaje mu dostojności. I na koniec chyba osobowość szczecińskiego spektaklu: Patryk Kowalski jako Antoni Pachroń. Jego skoki i technika, szczególnie gest wykonywany biodrami, pozostaną na długo w pamięci. Zresztą należy podkreślić, że choreograf zindywidualizował określonym ruchem każdą postać. Dzięki temu w prosty sposób wydobył na pierwszy plan jej cechę wyróżniającą. Tło wypada również okazale. Szczególne wyróżnienie dla tancerek wcielających się w grupowe sekwencje kobiece.

Oddzielną rolę w spektaklu odgrywa muzyka. Kompozycje Mieczysława Karłowicza rzadko goszczą na estradach koncertowych, a jako podkład do baletów to już ewenement, szczególnie gdy jest on wykonywany na żywo. Choreograf wykorzystał cały kalejdoskop z dorobku mistrza. Mamy dwie pieśni, poematy symfoniczne i fragment z Symfonii Odrodzenie. Praca orkiestry jest znakomita. Przygotowana przez Jerzego Wołosiuka wznosi się niczym na wyżyny Tatrzańskie skąd dolatuje dźwięk ducha polskości i wspaniałej nuty. Powracające fale oraz Rapsodia litewska są świetnie zinterpretowane i stanowią idealny podkład dla tanecznej wizji artystycznej. Owe zjednoczenie jest niesłychanie wyraziste i można odnieść wrażenie, że Karłowicz współgra z Żeromskim jak odwieczna pieśń połączona z tańcem.

W Szczecinie, w zbyt szybkiej opowieści o miłości i zranionym uczuciu, poznaliśmy możliwości zespołu baletowego Opery na Zamku. To dobre nadzieje. Czas pokaże, jaka to będzie przyszłość. Ale doświadczenie dawnej premiery Karola Urbańskiego wskazuje, że warto eksperymentować i poszukiwać. Bowiem opowieści o utraconym sercu nie są zaklęte tylko w muzyce Czajkowskiego i jego Jeziorze łabędzim, ale także w nowych pomysłach oraz oryginalnych prezentacjach. Oby nad Odrą czekało nas wkrótce wiele wzruszeń tanecznych na miarę relacji z mężczyznami Ewy Pobratyńskiej.

Dzieje grzechu, Mieczysław Karłowicz, choreografia Karol Urbański, balet Opery na Zamku w Szczecinie, premiera: październik 2014, pokaz: maj 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Piotr Gamdzyk



1 thought on “MĘŻCZYŹNI EWY POBRATYŃSKIEJ – „DZIEJE GRZECHU” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE”

  • Byłem na tym wznowieniu i w pełni się zgadzam z recenzją. Choreografia Urbańskiego jest zbyt ilustracyjna jakby twórca baletu robił taneczną wersję lektury szkolnej (choć nie wiem czy „Dzieje grzechu” są na liście pewnie nie). Za dużo fabuły – za mało emocji w tych układach. Ale, oczywiście, świetni są tancerze i Karłowicz w interpretacji Wołosiuka.
    Ale w repertuarze baletowym Opery na Zamku są jednak ciekawsze spektakle np. „Na kwaterunku” w choreografii Roberta Bondary czy „Mały książę” Lucyny Zwolińskiej.