Autor: admin

WRACAJĄ – Powroty fantastycznych lokacji

WRACAJĄ – Powroty fantastycznych lokacji

Na warszawską mapę gastronomiczną wracają dwa świetne adresy. Już niedługo będziecie mogli odwiedzić Nocny Market oraz Prochownię Żoliborz (w jej oryginalnym wydaniu). O ile powrót działalności street foodwego targu na Kolejowej był raczej pewny, to comeback kawiarni w Parku Żeromskiego jest piękną niespodzianką. Prochownia Żoliborz 

KOBIETY – KRYZYS – KLASYKA, CZYLI BALETOWE PLANY 2023/24

KOBIETY – KRYZYS – KLASYKA, CZYLI BALETOWE PLANY 2023/24

Dziś 29 kwietnia – Międzynarodowy Dzień Tańca. Losy nowożytne tejże sztuki wiążą się z Katarzyną Medycejską, która po małżeństwie z Henrykiem II na dwór francuski sprowadziła z Włoch balet dworski, a wraz z nim mistrza Balthazara de Beaujoyeux. Tenże w roku 1581 wystawił Ballet Comique de la Reyne uznany za pierwsze w historii widowisko baletowe. Dla owej historii szczególną postacią był Jean-Georges Noverre, który stworzył balet d’action będący samodzielną formą artystyczną. Dzień chrztu tegoż francuskiego tancerza i choreografa to właśnie data dzisiejszego święta. Przez kolejne dekady sztuka tańca dotarła na wszystkie kontynenty, zachwyca odbiorców, urzeka kolejne pokolenia i ukazuje generacje twórców. Przed nami, już za kilka miesięcy, kolejny sezon artystyczny – 2023/24.

OFIAROWANIE – „LIGHT OF PASSAGE” – NASJONAL BALLETTEN W OSLO

OFIAROWANIE – „LIGHT OF PASSAGE” – NASJONAL BALLETTEN W OSLO

Zdarzenia polityczne i społeczne nie stanowią kręgu zainteresowań twórców baletowych, zupełnie odmiennie niż ma to miejsce w teatrze. Tu właśnie nasza współczesność jest osią napędową reinterpretacji klasyki, a także tworzenia nowych tekstów dramatycznych. Nasza scena to wychwytujący barometr rzeczywistości, tego co w niej patologiczne, ale także warte podkreślenia, pochwalenia lub wykpienia. W ostatnich latach istotnym dla kreacji tańca stał się kryzys migracyjny. Nie ze względu na dużą liczbę projektów, ale ich znaczenie i artystyczny wyraz. Kilka tygodni temu, tancerze Opery Wrocławskiej, przygotowując wieczór baletowy, przedstawili pracę swojej szefowej Małgorzaty Dzierżon odwołujący się do owej społecznej tragedii i cierpienia. Z kolei na świecie szczególną pracą stała się realizacja Crystal Pite Flight Pattern. Przygotowana w 2017 roku w The Royal Ballet stanowiła niesamowitą, indywidualną artystyczną, ale również emocjonalną, wizję ludzkiej niemocy i zagłady. Ów sukces skutkował rozwinięciem owego pomysłu i stworzeniem pełnego spektaklu, zamkniętego w tytule Light of Passage z wykorzystaniem kompozycji Henryka Mikołaja Góreckiego III SymfoniiSymfonii pieśni żałosnych. Utworu szczególnego, w karierze naszego kompozytora, który ugruntował mu drogę na światowe estrady koncertowe. Trzyczęściowe misterium, złożone w warstwie wokalnej z trzech, różnych polskich tekstów, odwołuje się do relacji matka-dziecko. Utrata, rozstanie spowodowane tragedią i pożogą wojny. Owa boleść bijąca z muzycznego fragmentu stanowi genialne tło dla idei i konceptu Pite. Co ważne, kompozycje Góreckiego nie pierwszy raz goszczą na baletowej scenie. Kilkukrotnie, w swoich pracach, wykorzystywał je również Krzysztof Pastor. Szczególnie ważnym wydaje się, w tym kontekście, przywołanie pełnospektaklowego I przejdą deszcze… Tytuł wywiedziony z utworu Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, poruszał wątki naszej historii – od niepodległości do czasów Drugiej Wojny Światowej. Choreograf również ukazywał konteksty społeczne, relacje międzyludzkie, ból, cierpienie i zagładę. Owa muzyka przepełniona smutkiem i nostalgią koresponduje, jak żadna inna kompozycja, z narracją ukazującą traumę ludzkiej egzystencji. Jak zauważył Adrian Thomas, biograf życia twórcy: „Górecki dokonał syntezy całego wachlarza swych technik i impulsów twórczych, komponując jedno z najwybitniejszych i najbardziej indywidulanych dzieł XX wieku”.

Crystal Pite, kanadyjska choreografka, która rozpoczęła karierę tancerki w Ballet British Columbia, a także we frankfurckim zespole Williama Forsythe’a, to dziś jedno z najbardziej gorących nazwisk świata tańca. Jej prace można oglądać w większości najważniejszych zespołów baletowych na świecie. Niestety w naszym kraju jawi się marginesowo, pozostaje znana tylko znawcom sztuki, a jej prace jeszcze nie miały okazji pojawić się w Polsce. Czas ten deficyt nadrobić, bowiem estetyka, którą proponuje jest zjawiskowa. Jednym z największych walorów jej twórczości jest bardzo wnikliwe słuchanie i wsłuchiwanie się w muzykę. Do ostatniej produkcji nie przypadkiem został wybrany utwór Góreckiego. Nie tylko warstwa dźwiękowa, ale również słowa i ich znaczenie odgrywają kluczową rolę dla choreografki. Tak jak dzieło polskiego kompozytora posiada trzy części, analogicznie nowa realizacja Pite jest tryptykiem, który oscyluje wokół jednej problematyki. Light of Passage można tłumaczyć jako Światło Przejścia i w tytule jest tematyka warstwy narracyjnej. Artystka zabiera odbiorców, widzów, ale chyba nawet współodczuwających, w trudną, niewygodną podróż. Metaforyczny świat, który oglądamy na scenie przywołuje obrazy znane z ekranów telewizorów – cierpienie, które już kilkakrotnie padło w tym tekście, jest obecne poprzez każdą część wieczoru. Nie ma wytchnienia w podążaniu za bólem i utrapieniem człowieczeństwa. Kolejne fragmenty – Flight Pattern (Wzorcowy rejs), Covenant (Przymierze) oraz Passage (Przejście) – to wędrówka zbiorowości od krainy ciemności i czerni poprzez rozbłysk bieli do jasnej barwy i kolorystyki. Ale to nie zmiana nastroju, ale ukazanie alternatywy rozstania, nieuzasadnionych, nieoczekiwanych pożegnań. Pite nie daje nadziei, wprost przeciwnie, wskazuje na to, co nieuniknione w naszym życiu.

Motywacja do powstania spektaklu była jasna. Kryzys człowieczeństwa, egzamin, który był porażką dla ludzkości, kosztujący życie wiele istnień ludzkich – niemoc poradzenia sobie z falą migracyjną w ostatnich latach. Ale uniwersalizując można zauważyć motyw, który towarzyszy nam chyba od początków świata. Dehumanizacja, niepotrzebne ofiary, które są konsekwencją politycznych decyzji i nieustannych wojen. Zagłada jednostek, mas, milionów przetacza się przez nasze głowy i myśli, ale nadal, mimo lekcji historii nieustanie trwa. Pite zaczyna wieczór w sposób nieoczywisty. Rozświetlanie orkiestronu jest powolne, tak jak wolne są tempa kontrabasów i współgrających instrumentów smyczkowych. Czerń pokrywa całą scenę. Przesuwa się masa, tłum, który można przemnażać, powielać, multiplikować. Zmęczeni, zgwałceni, zniewoleni. Ten ruch jest senny, rytmiczny. Właśnie owe chodzenie jest zjawiskowe. Przejścia, tworzenie wspólnych figur zespołu niewyobrażalne. Choreografka stosuje zatrzymania, spowolnienia i minimalne poruszenia. Niczym drgania organizmów, dokładnie identycznie jak w pracach Sharon Eyal. Te drobne przesunięcia to jak ostatnie przebłyski życia, wołające o wybawienie, a może zbawienie. Ten świat jest zbolały i traumatyczny. Symboliczna utrata dzieci, nieustannego chwiania jak statku kołyszącego się na fali, przywołuje pod powiekami ofiary nieudanych eskapad, które nie dotarły do lądu. Właśnie owa grupa tworzy świetny układ, który nie otrzymuje wytchnienia. Pite, tak jest podczas całego wieczoru, faktycznie rezygnuje z układów solistycznych i duetów. Zespół i jego współgranie jest najważniejszym elementem widowiska. Niesłychana precyzja i oryginalność podbija emocje i skalę poruszonego problemu. Śmierć jest czymś nieuniknionym, nawet podskórnie wyczuwalnym. To rozstanie dokonuje się w tle białych płatków, które zamazują obraz, oddzielają tych, którzy jeszcze są od tych, których już nie ma. Część druga to obecność dzieci. Rozstanie, utrata, ból. Młodzi tancerze, ubrani na biało, są jak marionetki w rękach dorosłych. Owe przymierze – nadzieja wspólnej egzystencji – jest nierealne. Gdy banalne podskoki chłopca otwierają ów fragment, wiadomym jest, że to bieg do tragedii. Nasuwają się analogie do napisu „Dieti” przed zbombardowanym teatrem w ukraińskim Mariupolu, gdy najsłabszych nie udało się uratować. Fragment kończący to naturalne przejście do śmierci. Twórczyni wprowadza starszą parę, a tło staje się jasne, białe, pełne nadziei. Ale sensem jest naturalne rozstanie, odejście, choć niespodziewane i nieoczywiste. Crystal Pite stworzyła wieczór poświęcony utracie i śmierci. To szczególne współgranie z muzyką Góreckiego mocno odciska piętno na widzach, którzy jak zahipnotyzowani oglądają świat zbiorowej zagłady, odejścia dzieci i naturalnego rozstania. Jednak cudem owego spotkania baletowego jest taniec. Jest on nieoczywisty, a tak mocne wykorzystanie grupy nie zdarza się zbyt często. Norweski zespół wykonał koncept pierwszorzędnie. Tu nie ma rywalizacji o lepsze skoki i piruety. Jest sens ukazania jednostkowego przeżycia w formie grupowej ekstazy.

Artystom towarzyszyła orkiestra prowadzona przez grecką kapelmistrzynię Zoi Tsokanou, która poprowadziła zespół delikatną, wysublimowaną formą. Najsłabszym ogniwem okazał się głos Denise Beck. Jej sopran rozedrgany nie posiadał siły przekazu smutku i nostalgii, szczególnie gdy dźwięk winien znamionować ból i rozpacz matki, a mamy prostą frazę, bez większej emocji.

Życie pisze własne scenariusze. Owe spotkania, które posiadają głęboki przekaz, świetne opracowanie choreograficzne i takież samo wykonanie, zdarzają się niezwykle rzadko. Podróż do Oslo ukazała jak ważne jest posiadanie zgranego, współpracującego zespołu, a nie tylko świetnych solistów. Grupa pracująca pod stałym kierunkiem Ingrid Lorentzen ukazała niesamowitą paletę możliwości w niełatwym układzie Crystal Pite. Inteligentne połączenie współczesnej problematyki ze świetnym zamysłem przyczyniło się do jednego z najciekawszych baletowych konceptów ostatnich lat. Polityka i sztuka winny od siebie stronić, a jednak to właśnie życie zewnętrzne nadal nadaje tchnienie artystycznym przeżyciom i doświadczeniom, które na długo pozostają w pamięci.

Light of Passage, Henryk Mikołaj Górecki, choreografia Crystal Pite, Nasjonal Balletten w Oslo, premiera: kwiecień 2023.

[Benjamin Paschalski]


CZY CZŁOWIEK TO CZŁOWIEK? – „THE EMPLOYEES” – STUDIO TEATRGALERIA W WARSZAWIE

CZY CZŁOWIEK TO CZŁOWIEK? – „THE EMPLOYEES” – STUDIO TEATRGALERIA W WARSZAWIE

Pytanie, będące tytułem recenzji towarzyszyło mi w drodze powrotnej ze spektaklu w warszawskim Studio teatrgaleria. The Employees w reżyserii Łukasza Twarkowskiego poruszają kilka najciekawszych problemów obecnych w publicznym dyskursie. Opuszczając przestrzeń teatru, zastanawiałem się czy jesteśmy tymi samymi jednostkami ludzkimi, którymi byliśmy kilka lat temu? Przecież świat mediów społecznościowych zmienił nas całkowicie, wydestylował relacje interpersonalne na rzecz budowania pozycji w sztucznym, wykreowanym świecie wspólnot i niewiadomych kontaktów. To już może być temat udanego spektaklu. Jednak stołeczna scena idzie dalej, proponuje swoistą utopię, a może i coś realnego w nadchodzącym świecie.

TRUDNO NIE WIERZYĆ W DUCHY – DUCHY PRZEMIJAJĄCEJ PRZYJAŹNI – RECENZJA FILMU „DUCHY INISHERIN”

TRUDNO NIE WIERZYĆ W DUCHY – DUCHY PRZEMIJAJĄCEJ PRZYJAŹNI – RECENZJA FILMU „DUCHY INISHERIN”

Raz na jakiś czas przeglądam album z pożółkłymi już zdjęciami kolegów i koleżanek ze szkoły i zastanawiam się nad upływającym czasem. Przypominam sobie kumpli, przyjaciół, wspólne przygody, wygłupy, kawały, które robiliśmy innym, w tym… nauczycielom… wracam do moich pierwszych miłości, pierwszej dziewczyny… Kiedy tak sobie o tym myślę, zastanawiam się nad tym czym jest przyjaźń? Czy może trwać wiecznie? Czy zawsze jest motorem działań, podporą w chwilach wahania, kołem ratunkowym w momencie kryzysu, kiedy stoimy nad urwiskiem? Kiedy przyjaźń nas tłumi i blokuje, a kiedy wzmacnia i dodaje skrzydeł? Niektórzy z nas mają szczęście do przyjaźni trwających od symbolicznej kołyski. Tego typu relacje – zawiązane kiedyś – na początku naszego życia, z czasem utrwalają się. Związki między ludźmi istotnie wzmacniają wspólne przeżycia, które oplatają ich wspomnieniami i wrastają głęboko aż po kres dni… Niektóre z nich jednak bledną i rozluźniają się, słabną i zanikają, by zrobić miejsce na nowe.

SNY CHOMY – „WIJ. NOCE HORRORU” – LATVIJAS NACIONALA OPERA UN BALETS W RYDZE

SNY CHOMY – „WIJ. NOCE HORRORU” – LATVIJAS NACIONALA OPERA UN BALETS W RYDZE

Agresja rosyjska w Ukrainie zbiera straszliwe żniwo tragedii ludzkiej oraz codziennych dramatów. Exodus cywilów spowodował obecność Ukraińców w naszym codziennym życiu, również kulturalnym. Stało się naturalnym, że także w teatrach pojawili się twórcy tejże narodowości. Mają miejsce produkcje przygotowane przez ukraińskich realizatorów, a tematyka i problematyka wschodniego sąsiada staje się częstym gościem na polskich scenach. Jednak ważnym jest, aby jakość zawsze stała na pierwszym miejscu, a nie doraźność i źle rozumiane wsparcie, które może skutkować tragicznym efektem artystycznym. Tak było w warszawskim Teatrze Polskim, gdy Svitlana Oleshko przygotowała irracjonalną i wręcz fatalną, przesiąkniętą niemocą artystyczną, próbkę swojego warsztatu w spektaklu Dekalog, czyli lokalna wojna światowa. Na dodatek ta sama artystka została poproszona o przygotowanie polskiego orędzia z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru. Gest piękny, ale niestety treść – oczywiście w ocenie subiektywnej – nie wnosząca nic, nie kształtująca nowego myślenia, nie rzucająca nowego światła na bratnie życie teatralne. Jestem pełnym sercem za zapraszaniem ukraińskich artystów, którzy mają niezwykle wiele do zaoferowania. Jeszcze nie tak dawno, moja wiedza na temat sceny naszego sąsiada, ograniczała się do kijowskiego Centrum Sztuki Współczesnej „DAKH” prowadzonego przez Władysława Troickiego, a także wywodzącej się z tegoż środowiska, świetnej, etnicznej grupy muzycznej DakhaBrakha. Dziś ta świadomość jest większa, ale trzeba świetnie rozpoznać teren, aby zapraszać i wspierać perły.

Z mieszanymi uczuciami podróżowałem do Rygi. Z jednej strony stolica Łotwy posiada bardzo dobry zespół baletowy, jedyny w kraju – Łotewską Narodową Operę i Balet. Kompania baletowa, prowadzona przez Aivarasa Leimanisa, posiada różnorodny, nieoczywisty repertuar. Z jednej strony klasyka, ale również prace choreografów tej miary co: Marco Goecke, Edward Clug czy Leo Mujić. Częstym gościem zespołu jest Krzysztof Pastor, dyrektor Polskiego Baletu Narodowego, który na łotewskiej ziemi przygotował kilka swoich ikonicznych prac. Wśród nich: Niebezpieczne związki, Bolero i Dracula. Jednak z drugiej strony były spore opory przed ową wizytą. Najnowszą premierę przygotował Radu Poklitaru. Choreograf w naszym kraju absolutnie nieznany, a posiadający piękną kartę kariery. Co prawda urodzony w mołdawskim Kiszyniowie, praktycznie całe artystyczne życie związał z Ukrainą. Ukoronowaniem stało się, za sprawą mecenasa i filantropa Volodymira Filippova, utworzenie Kyiv Modern-Ballet, swoistego laboratorium twórczego Poklitaru. Właśnie to nieznane wzbudzało niepewność wobec tego, co będzie można zobaczyć na scenie. I nie było rozczarowania, bowiem artysta zachwycił oryginalnym językiem tańca i świetną narracją mrocznej opowieści. To wciągająca, pełna napięcia historia o człowieku kupionym i wykorzystanym w imię zła.

Choreograf wziął na warsztat jedno z opowiadań Mikołaja Gogola. Wij, w oryginale, to opowieść fantastyczna, która osadzona na ziemi ukraińskiej, pełna jest niesamowitości. Trzech kompanów, w środku nocy gubi drogę, a babuleńka, oferuje schronienie. Okazuje się wiedźmą i zaczyna się noc dziwów, podczas której budzą się demony oraz zjawiska nadprzyrodzone. Jednak Poklitaru odchodzi od szczegółowości narracji, odziera ludową fantastykę na rzecz ludzkiej historii. Bohater faktycznie jest jeden – to Choma, uczeń seminarium, który posiada własne popędy i sny przepełnione erotyczną ekstazą. Pewnego wieczoru trafia do nocnego klubu, w którym poznaje młodą damę. Przeżywa miłosne uniesienie, które nie wiadomo czy będąc jawą, czy snem zmienia się w morderstwo. Młodzian przez trzy kolejne noce ma opłakiwać zmarłą. Ów czas mroku budzi siły zła. Dusza oddziela się od ciała. Chłopak nie jest w stanie wytrzymać napięcia i umiera pod ciężarem fatalnego zauroczenia. Opowieści bliżej do Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa. Ów Wij, w oryginale gnom, straszliwa i odrażająca postać, w balecie to demoniczny człowiek, który podporządkowuje innych – wiedzą, pieniędzmi, pozycją. Bliżej mu do Wolanda. Cała sekwencja pokuty, to faktycznie bal jak bachanalia ekstazy i radości. Wydestylowana opowieść jest zwięzła i klarowna, która jasno mówi o upadku człowieka, jego niemocy wobec sił wyższych – losu i przeznaczenia. Ludowa historia została zmieniona w moralitet współczesności. Scena jest praktycznie pusta. Jedynym elementem dekoracji pozostaje obrotowy czworobok, który jest i sypialnią Chomy, barem, katafalkiem, i celą. Zabieg prosty, bowiem jeszcze wydzielona przestrzeń służy wyświetlaniu projekcji. Może i niektóre są przesadzone, jak np. ręka, która pociąga za narządy bohatera jest zbyt dosadna, to jednak dobrze obrazują one wydzielone przestrzenie gry. Abstrakcyjne i nierealne wizualizacje współgrają z formą tańca.

Klimat wieczoru buduje muzyka. Jej zapewne muzykolodzy poświęciliby oddzielny fragment, bowiem to kompozycja niezwykle ciekawa. Mroczna, pełna kontrastów i napięć. Niesie ona świetnie taneczną opowieść. Jej autor, również ukraiński artysta, Alexander Rodin stworzył utwór we współpracy z choreografem. Choć początkowo miał być symfonią, to stał się zwieńczeniem jako podkład do baletu. Współpraca zaowocowała komplementarną całością. Artyści stale dialogowali, tworząc libretto oraz warstwę muzyczną. Efekt jest niesamowity. Dźwięki są demoniczne, głębokie. Orkiestra pod kierunkiem Kasparasa Ādamsonsa grała zjawiskowo, a aparat wykonawczy jest ogromny, zwłaszcza gdy chodzi o instrumenty dęte i perkusyjne. Szczególną uwagę zwraca „czarne” tango, młodzieżowa sekwencja w barze i wyciszone epizody duetów. Oryginalna muzyka do baletu to nie częsty przypadek. Tu owe współgranie wypadło niezwykle udanie.

Jednak wieczór z baletem to przede wszystkim taniec. Kreska Radu Poklitaru jest niezwykle oryginalna. To współczesny ruch, bardzo siłowy, akrobatyczny i wyrazisty, precyzyjny, geometryczny. Artysta nie stroni również od użycia dźwięku – płaczu, śmiechu. Jednak wymaga od tancerzy bardzo wiele. Niekwestionowanym bohaterem wieczoru pozostanie Choma w wykonaniu Pepijn Lux Geldermana. Tancerz, będący dopiero u progu kariery, jest zjawiskowy. Mimo młodego wieku ogarnia przestrzeń całej sceny. Jego ruchy są bardzo dokładne. Co więcej również świetnie odtwarza emocje. Gdy partneruje Ievie Rācene (Młoda Dama) jest zawsze postacią pierwszoplanową. Wspomniana solistka to druga gwiazda spektaklu, a jej dojrzałość w tańcu klasycznym świetnie koresponduje z nowoczesnym zamysłem choreografa. Zresztą Poklitaru odnalazł w Rydze świetnych interpretatorów swojego baletu, oryginalnie wystawionego cztery lata temu w Kijowie.

Ryski Wij odkrył kolejnego, nieznanego twórcę ukraińskiego. Balet łotewski dokonał świetnego, przemyślanego wyboru, który winien pozostać na długo w repertuarze. Nie kierował się doraźnością, ale artystyczną jakością. To niezwykle ważne doświadczenie. Opowieść baletowa to także lekcja, bowiem to historia z kluczem. Życiem kierują może i moce, ale to my sami je przeżywamy oraz o nich decydujemy. Piękny to morał i nadzieja ludzkiej egzystencji. Warto odkrywać nieznane, które przecież jest blisko, a pozostaje na długo w pamięci.

Vijs. Sausmu naktis (Wij. Noce horroru), Alexander Rodin, choreografia Radu Poklitaru, Latvijas Nacionala Opera un Balets w Rydze, premiera: kwiecień 2023.

[Benjamin Paschalski]


Fot. Agnese Zelti Fotoa

PRZEKLĘTA MIŁOŚĆ – „JULIA I ROMEO” – KUNGLIGA BALLETEN W SZTOKHOLMIE

PRZEKLĘTA MIŁOŚĆ – „JULIA I ROMEO” – KUNGLIGA BALLETEN W SZTOKHOLMIE

Skandynawia. Nie tylko piękno natury, ale i zjawiskowe miejskie centra oraz bogactwo kultury. Pobrzmiewające nuty muzyki Edvarda Griega w norweskim Bergen, gdzie nawet między deszczami spadają krople na parasole czy też mieszkanie w Oslo Henrika Ibsena niczym nienaruszone, jakby wczoraj je opuścił na codzienny spacer po najbliższym parku. Owe przykłady można mnożyć, gdzie to, co pierwotne, pełne wyzwolenia i dzikości, miesza się z duszną atmosferą mieszczaństwa. Również sztuka baletowa zajmuje poczesne miejsce w owych małych, pod względem ludności, krajach. Z nią jest trochę jak z narciarstwem klasycznym. W Skandynawii mamy bowiem wielki peleton przeszłości i teraźniejszości na baletowej scenie, która intryguje nie tylko lokalnych widzów, ale również w innych zakątkach świata. Owym wzorcem pozostaje duńska szkoła tańca wywiedziona, a dziś pielęgnowana w kopenhaskim Teatrze Królewskim, od Augusta Bournonville’a.

GRZYBOBRANIE – „KTO PUKA?” – TEATR ZAGŁĘBIA W SOSNOWCU

GRZYBOBRANIE – „KTO PUKA?” – TEATR ZAGŁĘBIA W SOSNOWCU

Dlaczego chodzimy do teatru? Wielokrotnie zadaję to pytanie moim znajomym. I prawie zawsze pada ta sama odpowiedź – po rozrywkę. To między innymi dlatego repertuar komediowy cieszy się niesłabnącym powiedzeniem, a sztuka lżejsza jest szeroko oblegana przez widzów teatralnych. Istnieją miejsca dedykowane tylko utworom lekkim, łatwym i przyjemnym. Takimi są warszawskie teatry: Kwadrat i Komedia. Szczególnie ważny jest ów pierwszy, gdyż jak prześledzi się jego historię, sięgającą dyrekcji Edwarda Dziewońskiego, to nie tylko błyszczały aktorskie gwiazdy na scenie przy Czackiego, ale także szef wprowadzał utwory nowatorskie dla polskiego rynku teatralnego.