Autor: admin

Nieudana podróż do Neapolu – Franco Warsaw

Nieudana podróż do Neapolu – Franco Warsaw

Warszawa od pewnego czasu jest rajem dla fanów pizzy w stylu neapolitańskim. Już kilka lat temu powstało w stolicy kilka bardzo dobrych miejsc. Moda na napoletanę wciąż trwa, co zachęca restauratorów do otwierania kolejnych lokali z tym przysmakiem – czasem lepszych, a czasem niepotrzebnych na 

MADE IN WROCŁAW – „TRYPTYK BALETOWY” – OPERA WROCŁAWSKA

MADE IN WROCŁAW – „TRYPTYK BALETOWY” – OPERA WROCŁAWSKA

Ostatnie tygodnie to trudny czas dla zespołów Opery Wrocławskiej. Odejście w trakcie sezonu dyrektorki Haliny Ołdakowskiej, wraz z zastępcami: Mariuszem Kwietniem oraz Basemem Akiki, zapewne znacząco wpłynęło na organizację i atmosferę pracy. Jednak mówi się, że kryzys jest motywujący. Oceniając poziom ostatniej premiery baletowej – można powiedzieć, że zgrany zespół przygotował rzecz oryginalną i godną najlepszych scen. Oby to nie była tylko jednorazowa jaskółka nadziei lepszego, ale ciągły proces ewolucji tanecznej kompanii. Z początkiem tegoż sezonu kierownikiem baletu została Małgorzata Dzierżon,

OPOWIEŚĆ STAREGO CHIŃCZYKA PATRZĄCEGO NA PEKTU-SAN – „MARIA DE BUENOS AIRES” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

OPOWIEŚĆ STAREGO CHIŃCZYKA PATRZĄCEGO NA PEKTU-SAN – „MARIA DE BUENOS AIRES” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

Argentyna, Buenos Aires – miasto moich marzeń. Stanąć w cieniu Teatro Colon, oddychać duszą metropolii, wypatrywać ścieżek przeszłości. Andrew Lloyd Webber uwiecznił ten kraj w świetnym musicalu Evita, poświęconym żonie Prezydenta Perona. Duszna atmosfera dymu papierosowego i muzyki tętni w każdym elemencie kompozycji, a kadry filmowe, z ekranizacji, dodają jaskrawości pulsu metropolii. Ten kraj to również, a może przede wszystkim, zmysłowe tango. Milonga w podrzędnej knajpie, z ociekającym potem, ze zmysłowym, olśniewającym ruchem par są pod moimi powiekami. Dźwięki nieodłącznego bandoneonu wpadają do ucha, świat wiruje, eksploduje, tańczy. Niekwestionowanym królem stylu był Astor Piazzolla, a jego przetworzenia tanga weszły do kanonu popkultury, ale również do sal koncertowych. Libertango to utwór będący królem wśród wszelkich kompozycji. W swoim bogatym dorobku, artysta posiadał również operę ułożoną do libretta Horacio Ferrera – Maria de Buenos Aires. Surrealistyczna, nieprawdopodobna opowieść jest swoistą podróżą bohaterki po mieście, świecie brudu i poszukiwania siebie. W części pierwszej żywa, wyzwolona i złowróżbna, w drugim fragmencie, po śmierci, będąc już cieniem, przechodząc swoiste kręgi wtajemniczenia rodzi nową Marię, która może być sobą, a nie podmiotem w rękach innych. Zawiłość historii rekompensuje zjawiskowa muzyka, pełna tanecznej ekspresji, smutku, żalu, tęsknoty, rzewności – wszystkiego, co odbija się w ruchu, ale początkowo w dźwiękach. Utwór niezwykle rzadko gości w naszym kraju. Powrócił do niego Teatr Wielki-Opera Narodowa. Jednak to, co zaserwowano widzom jest nieznośnym rozgotowanym ryżem w formie przeintelektualizowanej papki pod wodzą starego, szurającego Chińczyka, który odkrywa opowieść pod górą Pektu-San w Korei Północnej. Girlandy kwiatów, jaskrawa czerwień wpadająca w bordo, podłoga wysypana ziarnami zboża – wszystko dla publiczności, jak dla wielkiego przywódcy. Tylko w tym galimatiasie pomysłów, fantazji i sennych marzeń realizatorów zatracił się sens opery, której historią jest – tango.

Największym grzechem jest całkowite rozminięcie się tego, co jest w muzyce z tym, co możemy zobaczyć na scenie. Wojciech Faruga mógłby tę opowieść dopasować do każdej opery, bo nie ważne jest z czego ona wyrasta, jaki ma sens historyczny i co oznacza już jej głęboka symbolika. Zerwanie z argentyńską tradycją, choć nieustannie pobrzmiewają dźwięki tanga, wprowadza chaos umysłowy wśród odbiorców. Inscenizator nie kryje, że nawiązuje do filmu Romana Polańskiego Dziecko Rosemary, jakby kontynuuje narrację o losach Marii rzuconej w świat tajemnej sekty, uwiedzenia, zagubienia, śmierci, odrodzenia i zniszczenia. Tylko, że jest to swoista pułapka, bowiem fabuła z ekranu to trzymający w napięciu dreszczowiec, który mimo upływu lat, nie utracił na jakości. To opera Piazzolli jest surrealistyczną, na swój sposób bajkową historią wpisaną w tradycję konkretnego miasta, wspólnoty, społeczności. Faruga to wszystko odzierając, destylując, używając zgranych kart zamiany płci, patriarchalnego podporządkowywania kobiet, niedojrzałości i niepewności tworzy niezrozumiały dramat. Co gorsza śmieszny, ale w tym najgorszym słowa znaczeniu. Tytułowa bohaterka jest jak zabawka w rękach mężczyzn, która jest multiplikowana poprzez obecność przebranych za nastolatki tancerzy. W innych fragmentach ci sami przybierają postać nagich efebów, którzy nie tyle adorują, co niwelują samodzielność i niezależność kobiety. Mimo wielkich chęci, zrobienia kolejnej opowieści o tym samym, to zabiegi są chybione. Faruga nie rozumie, że otrzymał świetny materiał muzyczny, a wykorzystał go do – nawet efektownych – obrazów, z których nic absolutnie nie wynika. Muzyka płynie sobie, a akcja na scenie sobie. Nie trzeba do tego tanga, aby wydestylować ów wydumany koncept. Zaangażowanie do opery-tango sześciu tancerzy do czegoś zobowiązuje. Jednak po co pokazać taniec jak idziemy pod prąd i tworzymy antyopowieść. Dlatego choreografia, może raczej ruch, Krystiana Łysonia ogranicza się do nieustannego biegania wokół ustawionej góry, padania i raz zespołowej sekwencji w finale. Nie ma krztyny zmysłowości, zjawiskowości, ciepła, uczucia. Jest degradacja, ból i przewijanie się po scenicznej podłodze. Zdumienie, zdziwienie i rozpacz. Reżyser wykorzystuje masę niezrozumiałych rekwizytów i elementów – a to witrażowe okno, a to wspomniane girlandy, a to watę cukrową, a już szczytem jest swastyka na piersi jednego chórzysty. Wrzucono całą symbolikę powiązaną z dominacją i podporządkowywaniem, ale ma ona wymiar tylko i wyłącznie dekoracyjny, bo pustka intelektualna bije na odległość. Można odnieść wrażenie, że Faruga z dramaturgiem Mikitą Ilynchykiem, tylko siedzieli na próbach i wymyślali kolejne nowe elementy, które miałyby wzbogacić widowisko. Nie udało się. Bo przekombinowanie i zaśmiecenie sceny bodźcami nuży, zniesmacza i irytuje.

Scena to jedna wielka przestrzeń w barwach czerwono-bordo. To udana praca Katarzyny Borkowskiej. W owym wydestylowanym świecie, koloru miłości rozgrywa się akcja bez uczuć i emocji. Przewodnikiem jest ów Chińczyk. Ktoś zada pytanie dlaczego Chińczyk? Bowiem ubranie aktora Damiana Kwiatkowskiego w wielki kapelusz z rondem przyrównuje go do rolnika spod Pekinu, zbieracza ryżu w słomkowym nakryciu głowy. Co gorsza artysta mówi tak niewyraźnie, na jedną nutę, że nie można zrozumieć nie tyle sensu, ale i treści narracji. Bełkot powoduje wystrzeliwanie słów, które nic nie znaczą, padają obok ucha. Nie lepiej jest z Natalią Kawałek (Maria). Ta świetna śpiewaczka, mezzosopranistka, obdarzona głosem dedykowanym operom barokowym, ale również odnajdująca się w repertuarze współczesnym, czego dała wyraz w poznańskim Albercie Herringu, w ogóle nie powinna przyjmować roli. Jej barwa nie współgra z kompozycją Piazzolli. Do wykonywania tanga nie trzeba mocnego głosu operowego wystarczy zjawiskowy wokal. W grupie solistów najlepiej zaprezentował się Łukasz Karauda, piękny bas o dobrej, donośnej barwie. Jednak trudno być obiektywnym, gdyż spektakl jest nagłaśniany przez nienajlepszej jakości sprzęt i przetworzenia słychać wyraźnie z głośników. Niekwestionowanym zwycięzcą wieczoru okazała się orkiestra pod kierunkiem Piotra Staniszewskiego. Grała zjawiskowo. Dźwięk bandoneonu Klaudiusza Barana, sekcji perkusyjnej Katarzyny Bojaryn i Krzysztofa Szmańdy na tle pozostałego instrumentarium, to piękne odkrycia polskiego tango. Cóż z tego jak kanał jest dla siebie, a scena dla innego świata.

Część wieczoru zamykałem oczy, aby zagłębić się w dźwięki muzyki Astora Piazzolli. To utwory zjawiskowe, piękne, szczególnie dla tych, którzy kochają Argentynę. Dlatego lepiej włączyć komputer, puścić kompozycje mistrza i jak najszybciej zapomnieć o niewypale uśmiercającym Marię z Buenos Aires w Teatrze Wielkim w Warszawie. Smutny to obraz straconego wieczoru.

Maria de Buenos Aires, Astor Piazzolla, reżyseria Wojciech Faruga, dyrygent Piotr Staniszewski, Teatr Wielki-Opera Narodowa, premiera: marzec 2023.

[Benjamin Paschalski]

fot. Natalia Kabanow

OSZUST W POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA – „ZŁAP MNIE, JEŚLI POTRAFISZ” – TEATR MUZYCZNY W ŁODZI

OSZUST W POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA – „ZŁAP MNIE, JEŚLI POTRAFISZ” – TEATR MUZYCZNY W ŁODZI

Młodsza siostra, a może nawet córka operetki – musical. Sztuka masowa, powszechna, lekka i dająca oddech od codzienności. Żyją nią widzowie na całym globie, a fani odliczają dni do kolejnych nowych produkcji na londyńskim West Endzie czy nowojorskim Broadwayu. Są nieśmiertelne przedstawienia przez lata grane na deskach scen, które odwiedzają kolejne pokolenia publiczności – Król Lew, Nędznicy… Jednak rozwój sztuki to kolejne produkcje. Również w naszym kraju, prawie wszystkie sceny muzyczne, sięgają po oryginalne hity. Kiedyś prym w tym zakresie wiodła warszawska Roma, dziś dołączyły instytucje Poznania, Gdyni, a także Łodzi. I tu właśnie miała miejsce premiera Złap mnie, jeśli potrafisz.

PRZEŚWIETLONE STRZĘPY RZECZYWISTOŚCI – RECENZJA FILMU „AFTERSUN”

PRZEŚWIETLONE STRZĘPY RZECZYWISTOŚCI – RECENZJA FILMU „AFTERSUN”

W poszukiwaniu słońca znów wybrałem się do Warszawy, która ostatnio ponownie przywitała mnie „szklaną pogodą” raczej niż zbawiennym po miesiącach zimy ciepłem i słońcem. Cóż przedwiośnie… By ustrzec się przed nieuchronnie zbliżającą się burzą, wbiegłem potężnie zmarznięty do kina i kupiłem bilet na pierwszy z 

KRÓL MAJA – „ALBERT HERRING” – TEATR WIELKI IM. STANISŁAWA MONIUSZKI W POZNANIU

KRÓL MAJA – „ALBERT HERRING” – TEATR WIELKI IM. STANISŁAWA MONIUSZKI W POZNANIU

Ten kompozytor przeżywa szczególny powrót do jego twórczości w naszym kraju. Mowa o Brytyjczyku – Benjaminie Brittenie. Dla mnie jest również postacią szczególną, choćby przez wspólne imię. Ostatnimi czasy Polska Opera Królewska zaprezentowała, z sukcesem, dwie jego kompozycje – The Rape of Lucretia oraz The Turn of The Screw. Już w czerwcu kolejne spotkanie, z jego twórczością, tym razem w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej  Peter Grimes w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Siłą jego oper, jest z jednej strony metaforyczność, ale również umiejętność ukazania realistycznego obrazu wspartego genialnymi dźwiękami. Bo właśnie w muzyce ukryte jest drugie dno utworów scenicznych. Owa narracja nie jest tylko tłem, ale duszą bohaterów, wnętrzem myśli i emocjonalnych wzniesień. Do owego grona, w zeszłym sezonie, dołączył Teatr Wielki w Poznaniu. Borykający się z trudnościami lokalowymi, w związku z remontem przestrzeni w gmachu pod Pegazem, poszukując adekwatnego utworu do ukazania publiczności, ale w przestrzeni adaptowanej do operowej produkcji, padło na Brittenowskiego Alberta Herringa. Ta opera kameralna, która pojawiła się pierwszy raz na deskach scenicznych w 1947 roku, jeżeli odczytać ją tak jak ma to miejsce w stolicy Wielkopolski, musiała być nie lada sensacją w ówczesnym świecie. I dziś pozostawia wiele znaków zapytania. Bo właśnie dwuznaczność, nieoczywistość to najważniejsze wyróżniki dzieła. Libretto Erica Croziera jest pełne niedomówień. Niby w powierzchownej narracji jest wszystko jasne i oczywiste, nawet można powiedzieć banalnie proste. Jednak gdy dodamy dźwięki Brittena, muzyczne kolaże, które pozostawiają wolną rękę interpretacyjną, to fantazja nie zna ograniczeń i kształtuje własny, indywidualny obraz tytułowego bohatera. Wpisanie historii do małego, purytańskiego miasta, gdzie prym wiedzie Lady Billows, będąca maszyną parową społecznego zaangażowania, ma swój sens ukazania mikrospołeczności niegotowej na wyzwania nadciągającej współczesności. Żyjący ukrytymi pragnieniami, seksualnymi perwersjami, funkcjonują jak sztuczne czarno-białe lalki. Jest to, co odkryte, a także druga prawda – skrywana, tajemna, nieznana.

Albert Herring to podporządkowany matce młodzieniec. Odmieniec stroniący od dziewcząt, dobrodziejstw alkoholu i innych używek. Zbiegiem okoliczności zostaje wybrany „Królem Maja”, bowiem elita miasta nie była w stanie wskazać godnej panny do miana „Królowej”. Już zmiana płci nagrodzonej/nagrodzonego jest niebywałym postępem i można powiedzieć eksperymentem. Laureat otrzymuje bowiem dwadzieścia pięć funtów, istną fortunę, ale również staje się wzorem cnót dla całego miasta. Celebra jest ośmieszająca dla laureata. To upodlenie, przebranie niby w strój białego łabędzia, stworzenie z bohatera dziwadła z obwoźnego cyrku, staje się przełomem. Nie tylko to. Nazwisko staje się przekleństwem – „śledź” jest wszędzie, jako kpina, wyszydzenie, poniżenie. Niczym w szkolnej ławce, tak w spektaklu znak ryby jest jasną aluzją wobec Alberta. To szybkie dorastanie, również za sprawą przyjaciela Sida, który dolewa krople alkoholu i motywuje kumpla do działania, który niespodziewanie nocą opuszcza miasto. Po długiej nocy i dniu powraca. Odmieniony. Inny. Można powiedzieć, że poznał świat, zrozumiał jego prawidła. Ale wszystko wydaje się jasne, że odwiedził londyńskie Soho. Jego „coming out”, pogodzenie się z własną seksualnością, jest dobrodziejstwem i zbawieniem dla dalszej koegzystencji. Przemiana jednostki, może zmienić miasto, które śpiąc w letargu przeszłości, gubi się w teraźniejszości. Bowiem zewnętrzne pozory świętości stoją w opozycji do realnych, skrywanych marzeń i pragnień. Karolina Sofulak zrealizowała spektakl z tezą. Wycisnęła z opery Brittena wszystko, co kryje się pod powierzchownością libretta, opowieści. Wyczytała, jak sama wspomina w programie, wszystko to, co jest w warstwie muzycznej. Niektóre elementy sama doszlifowała, aby skonstruować ciekawą opowieść o „wychodzeniu z szafy”. W homofobicznym polskim świecie, ta operowa podróż jest lekcją obowiązkową. Bowiem obraz małego miasteczka, który mieni się błyskotkami, kolorowym jarmarkiem, jest bliski naszej rzeczywistości. W nim jest ten niewinny, dobry, nieskazitelny – tylko jak sobie poradzić, że jest inny i nie pasuje do naszego heteronormatywnego wzorca? Jak zrozumieć, że odmieniec też jest w porządku i może być częścią wspólnoty?

Aula Artis, w której w Poznaniu prezentowane są spektakle, posiada ograniczone możliwości techniczne. Dlatego reżyserka musiała skonstruować jedną, niezmienną przestrzeń, dla ukazania kilku wątków opowieści. Na dodatek należało jeszcze zmieścić kilkunastoosobową orkiestrę. I wizualnie mamy świetną kompozycję. To zasługa scenografki Doroty Karolczak, która wykreowała zjawiskową przestrzeń. Kostiumy czarno-białe jak z queerowej imprezy, przerysowane i przegięte, są rozpoznawalną kreską skostniałego, trupiego miasta. Dekoracje to jeden duży bilbord, z ekranem na projekcje, który staje się również sklepem Herringów. I oczywiście fotel z wielkim powyżej napisem – „Król Maj”. Proste, ale jakby wzięte z modnego klubu. Pod powłoką szarości, kryje się wyuzdanie. Klipy reklamowe są tak skonstruowane, że niby chwalą wartości cnoty, ale jednocześnie nawołują do grzechu. Świetna to praca. Pomysłowa, zabawna i dająca do myślenia. Orkiestra kameralna została również odpowiednio ubrana, a jej usadzenie zbliża do bandu z dobrego klubu swingowego. Jest jasnym, że świat przedstawiony nie jest jednowymiarowy, podskórne życie ma swój rytm, a Albert Herring jest pierwszym, który zrywa z byciem pod pierzyną i w ukryciu. Woła o wolność i spełnienie.

 Na szczególne wyróżnienie zasługuje cały zespół wykonawców. To wyrównany ansambl zarówno wokalnie jak i aktorsko. Gosha Kowalinska (Lady Billows) niepodzielnie rządzi miastem, choć sama uzurpuje sobie to prawo. To ona pociąga za wszelkie sznurki intryg i pokoju. Jest doskonała w swoich władczych pozach, a głosowo nie można jej nic zarzucić. Drugim wyróżniającym się bohaterem jest Albert Herring w wykonaniu Bartosza Gorzkowskiego. Jego początkowa nieśmiałość, zawstydzenie, poznawanie i rozumienie siebie zostało dobrze zinterpretowane. Dykcja oraz wokalne możliwości wróżą możliwą piękną karierę. Orkiestra pod kierunkiem Jerzego Wołosiuka gra poprawnie, ale nie wychodzi dalej niż te granice. Największą wartością wieczoru jest inscenizacja, a reżyserka postawiła niezliczoną masę zadań dramatycznych przed wokalistami, z których wywiązali się wzorowo. Dzięki temu otrzymujemy widowisko dojrzałe, przemyślane i logiczne.

Spektakl w Poznaniu ukazał, że z operą jest jak z pomarańczą. Trzeba mocno cisnąć, aby najlepsze skosztować. Karolina Sofulak przeczytała Brittewnowską operę z wielkim zrozumieniem. To, co ukryte wydobyła na zewnątrz. Zdjęła z naszych oczu opaski, kierując muzyczny spektakl na nowe tory interpretacji. Albert Herring jako bohater poznał siebie, przeżył owej tajemnej nocy może więcej niż przez całe życie. Ale zbudował siebie – człowieka: godność, szacunek i miłość.

Albert Herring, Benjamin Britten, reżyseria Karolina Sofulak, kierownictwo muzyczne Jerzy Wołosiuk, Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu, premiera: czerwiec 2022, pokaz: marzec 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Bartek Barczyk Photography

SEN DYREKTORA – „ DZIADY CZĘŚĆ I, II, IV” – TEATR IM. STEFANA JARACZA W ŁODZI

SEN DYREKTORA – „ DZIADY CZĘŚĆ I, II, IV” – TEATR IM. STEFANA JARACZA W ŁODZI

Każdorazowe wystawienie tegoż utworu winno być w szeroko komentowane, analizowane i dyskutowanie. Tym razem cisza. Mowa o Dziadach Adama Mickiewicza, wystawionych w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Reżyserował Adam Sroka, który kolejny raz, między innymi po Tarnowie i Opolu, sięgnął po arcydramat. Co prawda na razie to zmierzenie się z częścią I, II i IV, ale zapowiedzi mówią o kolejnym sezonie i części III. I tu pojawiają się pewne analogie, skojarzenia i spostrzeżenia. Ostatnie lata to legendarne już wystawienia: Rychcika, Kleczewskiej czy ikoniczne, bez skreśleń, Michała Zadary.

SIELANKA ZA MIASTEM – „ACIS AND GALATEA” – POLSKA OPERA KRÓLEWSKA W WARSZAWIE

SIELANKA ZA MIASTEM – „ACIS AND GALATEA” – POLSKA OPERA KRÓLEWSKA W WARSZAWIE

Poszukiwania w teatrze muzycznym są niezwykle cenne i wartościowe. Bowiem nie wszyscy miłośnicy opery chcą obcować tylko ze znanymi utworami Giuseppe Verdiego czy Giacomo Pucciniego. Owszem, ta piękna muzyka, sprawna opowieść, będąca szczególnym wyciskaczem łez, zawsze będzie odnajdywała grono zapaleńców i odbiorców. To również twórczość, która daje niesłychane możliwości wykonawcze i realizacyjne. A miejsca wykonań, wykorzystanie nowych mediów oczarowują. Jednak, dla części odwiedzających sale operowe, ważnym jest obcowanie z inną muzyką, a także skupionym, kameralnym przygotowaniem i wykonaniem. Renesans od kilku dobrych lat przeżywa w Europie muzyka dawna – szczególnie barokowa.