Autor: admin

IMPREZA U GATSBY’EGO – „DER GROSSE GATSBY” – TIROLER LANDESTHEATHER UND SYMPHONIEORCHESTER W INNSBRUCKU

IMPREZA U GATSBY’EGO – „DER GROSSE GATSBY” – TIROLER LANDESTHEATHER UND SYMPHONIEORCHESTER W INNSBRUCKU

Był rok 2001. Świątecznym, bożonarodzeniowym, wielkim przebojem stał się powrót do piosenki Somethin’ Stupid w wykonaniu Robbiego Williamsa i Nicole Kidman. Klasa, styl i pełne nieokreślonego uczucia wyznanie, spotkanie, a nawet miłosne spełnienie. Faktycznie to był rok Robbiego Williamsa z jego świetnym koncertem w londyńskim Royal Albert Hall. Zupełnie inny styl niż kariera w boysbandzie Take That. To była odmiana, całkowicie nowy styl nawiązujący do twórczości Franka Sinatry. Williams przeistoczył się z cukierkowego chłopca w dostojnego artystę. Jego głos nie tylko czarował i urzekał, ale stawał się przewodnikiem w czas muzyki, którego wokół nas nie było. Te wspomnienia powróciły podczas ostatniej premiery zespołu baletowego Tiroler Landestheater w Innsbrucku.

DROGA DO DOROSŁOŚCI – „ALICJA W KRAINIE SNÓW” – TEATR ATENEUM IM. S. JARACZA W WARSZAWIE

DROGA DO DOROSŁOŚCI – „ALICJA W KRAINIE SNÓW” – TEATR ATENEUM IM. S. JARACZA W WARSZAWIE

Jedną z największych bolączek współczesnego teatru w Polsce jest brak dedykowanego repertuaru dla młodzieży. Z jednej strony mamy szeroki wachlarz propozycji scen dla najmłodszych, gdzie program dla najnajów współgra z propozycjami dla dzieci starszych. Z drugiej teatry dramatyczne oferują propozycje dla dojrzałych widzów. I tworzy 

Zwykła Niezwykłość – Rausz na Wilczej!

Zwykła Niezwykłość – Rausz na Wilczej!

Jak sami o sobie piszą – Rausz to jest po prostu zwykły Wine Bar. Czym jest ta „normalność”? Co oczywiste, jest czymś niezwykłym, to miejsce, w którym poczujesz się dobrze, gdzie nie obowiązuje nadęty dress cod, a ty możesz wpaść na każdą „zwykłą” okazję. Rausz jest „na co dzień, na przed, po i w trakcie. Do odwiedzenia w dress codzie albo w dresie, na obcasach albo w piżamie – a najlepiej w jednym i drugim na raz.”. Wyjątkowości temu miejscu nadanie również jedzenie. To pewnie jedyny Wine Bar na świecie, w którym zjecie rosół, który na pewno nie jest „zwykły”.

Zwykła Niezwykłość - Rausz na Wilczej!

Wina w Rauszu

Za wina w Rauszu odpowiedzialna jest Iza Piszczkiewicz „sommelierka jak się patrzy, ale taka, co to nad uroki gwiazdek miczelina i dekantowania koniaku szablą przedkłada zwykłe polewanie wina ludziom.”. To kolejny punkt zwykłej, niezwykłości tego miejsca, każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Na Wilczej nie ma karty win, nie ma reguł, trzeba oddać się rzeczywistości i przeżywać.

Zwykła Niezwykłość - Rausz na Wilczej!

Rosoły Najsztuba

Na Wilczej zjecie również fantastyczne i zmysłowe rosoły. Ten wspaniały wywar w Rauszu jest zdecydowanie niezwykły. Pamiętacie ten smak niedzielnego obiadu u mamy? Rosoły Najsztuba mają ten smak, ale posiadają też dużo głębszy, zmysłowy element. W Rauszu zjecie sześć odmian tego pysznego wywaru:

Zwykła Niezwykłość - Rausz na Wilczej!

  • Czerwony – garowany (czyli gotowany 6 godzin) z kurczaka zagrodowego i wołowiny a w nim wołowina gotowana, marchew, karmelizowane por i szalotka zielona natka pietruszki, oka tłuszczu i makaron tagliolini
  • Biały – garowany (czyli gotowany 6 godzin) z kurczaka zagrodowego i wołowiny a w nim pierś kurczaka karmelizowana, korzeń pietruszki, seler, lubczyk, zielona natka pietruszki, oka tłuszczu i makaron tagliolini
  • Baranny – garowany (czyli gotowany 6 godzin) wywar z kurczaka zagrodowego i wołowiny, a w nim kołduny z baraniną, korzeń pietruszki, karmelizowane cebule, szalotka, czerwona i słodka, zielona natka pietruszki, oka tłuszczu, świeży lubczyk
  • Żółto Błękitny – garowany (czyli gotowany 6 godzin) wywar z kurczaka zagrodowego i wołowiny, a w nim ukraińskie pierogi wieprzowe, opiekane ziemniaki, marchew, oka tłuszczu, koperek
  • Zielony Wege – garowany (czyli gotowany 6 godzin) z warzyw rosołowych bez żadnego mięsa a w nim zielony por, marchew, korzeń pietruszki, karmelizowana szalotka, lubczyk, zielona natka pietruszki, oliwa chilli i makaron tagliatelle
  • Grzybowy Wege – garowany (czyli gotowany 6 godzin) z warzyw rosołowych bez żadnego mięsa, a w nim pieczony boczniak królewski albo pieczarka Portobello, seler karmelizowane por i szalotka, olej z orzechów włoskich i makaron tagliatelle

Moim faworytem jest zdecydowanie rosół „Baranny”. Kołduny z baraniną to fenomenalne przeżycie, a wywar z kurczaka i wołowiny napełnia zmysły i ciało do syta.

Zwykła Niezwykłość - Rausz na Wilczej!

Co jeszcze?

W Rauszu możemy również spróbować miłych przystawek. Zjemy tu oliwki marynowane w oliwie i ziołach czy wspaniałe regionalne sery. Możemy wybrać także, pate z gęsich wątróbek czy krewetki tygrysie.

Jeśli szukacie niezobowiązującego miejsca w centrum Warszawy, nie warto szukać dalej!  „Bo w RAUSZU nic nie trzeba, ale wszystko można.” 

W TRANSIE – „DZIADY CZ. II” – TEATR IM. S. JARACZA W OLSZTYNIE

W TRANSIE – „DZIADY CZ. II” – TEATR IM. S. JARACZA W OLSZTYNIE

Każdorazowe wystawienie sztandarowego utworu naszej literatury, Dziadów Adama Mickiewicza, zawsze jest oczekiwanym wydarzeniem teatralnym. Ostatnie lata przyniosły kilka znaczących interpretacji dzieła wieszcza. Z jednej strony pierwszy raz w historii Michał Zadara wystawił całość utworu, nie roniąc ani jednej jego litery, budując wielowątkowy epos kształtujący wspólnotę 

Nowe miejsca – Taka Tajka

Nowe miejsca – Taka Tajka

Dziś w nieco innym formacie. Chciałbym Wam polecić nowe miejsce na warszawskiej mapie gastronomicznej. Jest nim Taka Tajka, która powstała niecały tydzień temu na Mokotowie, tuż przy metrze Pole Mokotowskie. Mieszkańcy tej okolicy długo oczekiwali na debiut kuchni tajskiej pod adresem przy Rakowieckiej 39A. Doczekali 

WIECZÓR Z DUCHAMI – „FRANKENSTEIN” – TEATR IM. STEFANA ŻEROMSKIEGO W KIELCACH

WIECZÓR Z DUCHAMI – „FRANKENSTEIN” – TEATR IM. STEFANA ŻEROMSKIEGO W KIELCACH

Kiedy masz dobry humor, siedzisz ze znajomymi, jest szczypta alkoholu i obowiązkowe chipsy czas włączyć film. I aby zabawa nabrała rumieńców nie oglądamy komedii, ale – dla kontrastu – horror albo film grozy. Któż nie zna historii Frankensteina? Zazwyczaj każdy myli nazwisko głównego bohatera z imieniem stworzonego monstrum. Ale to jest drugorzędne, bowiem najważniejsza jest niesamowitość przygody, dążenie do skonstruowania nadczłowieka, mocowanie się z boskością. Pierwowzorem dla kilku ekranizacji była powieść Mary Shelley, angielskiej poetki i pisarki okresu romantyzmu. W 1816 roku spędzając wyjątkowe lato, przepełnione duchem katastrofy erupcji wulkanu w Indonezji, w doborowym towarzystwie między innymi Georga Byrona, opowiadano historie grozy i strachu. Z tego zrodziła się powieść, która w historii literatury uważana jest za pierwowzór gatunku fantastyki. I z tym balastem, kulturowym dorobkiem, całą historią obecności bohatera we współczesnej sztuce, ale i popkulturze przyszło zmierzyć się duetowi Hubert Sulima (adaptacja, dramaturgia) i Jędrzej Piaskowski (reżyseria). I upadek jest bolesny. Bowiem twórcy nie wiedzą o czym ma być najnowsza premiera w Kielcach. Trochę to spektakl jak skecz o pierogach, na których ciągle przybywa zasmażki, a to pierogów – i micha strawy rośnie. I co z tego, jak jest to posiłek całkowicie niestrawny?


Autorzy spektaklu zbudowali wielowątkową opowieść tylko na pewno nie o monstrum, nie o ambitnym naukowcu, też nie jest to historia rodziny, która jest znikającym tłem Wiktora Frankensteina. Czyli po co zaproszono widzów? Można wysnuć wniosek, że po nic. Przedstawienie jest kolażem rozpisanym na pretensjonalne dziesięć rozdziałów i epilog. A to urodziny, a to pogrzeb, a to sen snu, a to nieudane wesele, a to muchy. Czego nie ma w tej historii. Każdy znajdzie coś dla siebie. Jednak nie ma w tej narracji niczego co ukazywałoby motywacje postępowania Wiktora Frankensteina. Dlaczego opuszczając dom, odrywa się od rodziny, dążąc do zbudowania monstrum? W pierwszej chwili wygląda, że to erotyczne zauroczenie, które ma wymiar nekrofilii, ale tak szybko jak się trop pojawia, to znika. Bo monstrum jest jak z klubu techno i daleko mu do seksualnych podbojów. Ani on straszny, tym bardziej przeraźliwy. Nawet chciałoby się go przytulić i do domu zabrać. W żaden sposób nie można wywnioskować ze spektaklu, że monstrum, nazwany Nieznajomym, jest cieniem głównego bohatera, który wpływa na tragiczne losy rodziny. Jest tak głębokim tłem, że ciężko połączyć logikę relacji z konsekwencjami dla wszystkich postaci. I snuje się ta opowieść, którą ubarwiają a to przelatujące muchy, które zmieniają się w agresywne, wygadane kobiety jak z przedziału w pociągu w Dniu świra Marka Koterskiego. A to wywód ojca Alfonsa Frankensteina o elektryczności, po którym można wysnuć wniosek, wyłączajmy światło, żyjmy przy świeczkach, bo można zginąć. I tych podprogowych analogii do współczesności jest bardzo wiele. Ekologia, równość, feminizm, jest dokładnie każdy wątek, bo wszystko będzie pasowało i na pewno zadowoli każdego widza. Tylko teatru nie robi się po to, by było nijak, ale abyśmy wychodząc z instytucji kultury mieli o czym rozmawiać, a nie czuć się zażenowani obejrzanym banałem i pustą opowieścią. Twórcy intelektualnie ponoszą porażkę. W zamian próbują ją zakryć stroną wizualną. I tu kolejna pułapka. Dosadność jest przerażająca. Niby abstrakcyjne formy dekoracji (Anny Marii Kaczmarskiej i Mikołaja Małka) będące ni to karykaturami twarzy bądź krą lodową zostały zestawione z realizmem i dosadnością kostiumu (Rafał Domagała). Muchy – z obowiązkowymi skrzydełkami, Wiktor – w modnym stroju, Mary Wollstonecraft, matka Mary Shelley – w romantycznej sukni, dzieci – w mundurkach. Ale, aby widz nie miał żadnego problemu z rozszyfrowaniem, że to naciągana historia, przez scenę przemierzają duchy – a jakże jak z naszego dzieciństwa: w prześcieradłach z wyciętymi oczami. Ani to śmieszne, ani straszne. A jakieś chyba powinno być?


Aktorstwo w przedstawieniu jest oparte na niekończących się monologach. Jacek Mąka (Alfons) rozsiada się z synem Mateusz Bernacik (Wiktor) w leżakach i prowadzi monolog o elektryczności, który ciągnie się w nieskończoność. Relacje rodzinne są tak wydestylowane, że można odnieść wrażenie, że to obcy sobie ludzie. Mateusz Bernaciak jest tak zagubiony w swojej roli, bezsilny i pozbawiony emocji, że nie wiadomo co motywuje nim do budowania nowego świata. Jedyną postacią, która dominuje nad resztą, mając jeden monolog, którego chce się słuchać to Joanna Kasperek (Mary Wollstonecraft). Jest istotny, słowo pada celnie i jasno. Najwięcej wątpliwości wzbudza samo monstrum. Dawid Żłobiński (Nieznajomy) jest tak delikatny, że nie wiadomo jakby mógł skrzywdzić muchę, a co dopiero popełnić zbrodnię. Jego głos, postura zbliża go do uroczego młodzieńca, a nie przerażającego człowieka.


Nie lubię takiego teatru. Bez jasnej opowieści, o wszystkim, aby każdego zadowolić i nikt aby nie poczuł się dotknięty. Po co było brać do wystawienia Frankensteina, skoro wszystko z niego na scenie wyparowało. Jaki był cel podpierania się biografią Mary Shelley jak nic z tego nie wynika. Nie ma rodzinnego upadku, nie ma więzi, nie ma strachu. Jest pustka. Lepiej zostać w domu i zaopatrzyć się w szczyptę alkoholu, chipsy i włączyć film grozy. Najlepiej Frankensteina z roku 1994 z Robertem De Niro i Kennethem Branaghem.

Frankenstein, Mary Shelley, reżyseria Jędrzej Piaskowski, Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, premiera: październik 2022.

                                                                                                       [Benjamin Paschalski] 

WYKŁAD W CZERWONEJ RAMIE – „PANI KA PATRZY NA MORZE” – TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

WYKŁAD W CZERWONEJ RAMIE – „PANI KA PATRZY NA MORZE” – TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

W historii teatru istnieją spektakle, które pozostały legendą. Mówimy o nich: mistrzowskie, niepowtarzalne. Mając kilkanaście lat, dokładnie w samym początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, chłonąc wszystko co było do zobaczenia, przeżyłem niesamowite spotkanie artystyczne w warszawskim Teatrze Współczesnym. Na scenie prapremiera dramatu Thomasa Bernharda Komediant. W roli tytułowej Tadeusz Łomnicki, a gospodarza odtwarzał Krzysztof Kowalewski. W ówczesnym czasie, kto wiedział, że dwa lata przed śmiercią, Łomnicki występował w teatrze niezwykle rzadko.

POSIEDZIELI, POGADALI, POSPALI – „KOŁO SPRAWY BOŻEJ” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

POSIEDZIELI, POGADALI, POSPALI – „KOŁO SPRAWY BOŻEJ” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

Romantyzm – piękny nurt kultury, który tak jak zachwyca to równocześnie wzbudza niezliczoną ilość problemów uczniom szkół każdego szczebla. Nawet mistrz teatralnej sceny, Kazimierz Dejmek, nie przepadał za Adamem Mickiewiczem. A realizując znamienne Dziady, które przeszły do legendy kultury i polityki za sprawą roku 1968, wykrzykiwał ponoć zza stołu reżyserskiego: „Co ten kudłaty Litwin powypisywał”. Utwór wieszcza nadal wzbudza wiele emocji. Tegoż przykład mieliśmy w zeszłym sezonie w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Prawie każdy z nas jest w stanie wymienić co najmniej jeden romantyczny utwór, nasi rodzice na pamięć „wykuwali” poezje Słowackiego.