Autor: admin

DOM – „KIN” – GECKO

DOM – „KIN” – GECKO

Istnieją artyści, którzy wyłamują się utartym schematom i zaszeregowaniu w jednej dziedzinie sztuki. I może to jest jej kwintesencja, gdy tworzy się zjawisko twórcze posiadające kalejdoskop użytych środków, które różnymi zmysłami trafiają do odbiorców. Zastanawiam się wielokrotnie jak musiał wyglądać teatr Wsiewołoda Meyerholda. Możemy posiłkować się zdjęciami, opisami, ale zapisów filmowych praktycznie brak. Nie przez przypadek przywołuję jego osobę, bowiem jako twórca biomechaniki wykorzystanej w sztuce scenicznej ukazywał naturę znaczenia fizyczności, a nie tylko psychologicznego przeżywania.

POLSKA WIEŚ WALCZĄCA Z TAJEMNICĄ – RECENZJA FILMU „TYLE CO NIC”

POLSKA WIEŚ WALCZĄCA Z TAJEMNICĄ – RECENZJA FILMU „TYLE CO NIC”

Prowincja, małe wsie i miejscowości to niejako inny świat, tak rożny od miejskiej sieci budynków, natłoku dźwięków, dudnienia kroków, szumu i gwizdu komunikacji miejskiej, potoków pędzących samochodów. Nie raz zastanawiałem się, czy życie na wsi ma jeszcze przyszłość we współczesnym świecie. Jako człowiek z miasta mam – przyznam szczerze – niewielkie pojęcie o życiu na prowincji. Przeglądałem się tej codzienności tylko przez chwilę, jakiś czas temu. To rzeczywistość, która toczy się w innym rytmie, wymaga ogromnej pracy i samodyscypliny. Natury nie oszukasz.

NA COKOLE POLSKOŚCI – „SIÓDEMKA. SZÓS POLSKICH KRÓLOWA” – TEATR OCHOTY IM. HALINY I JANA MACHULSKICH W WARSZAWIE

NA COKOLE POLSKOŚCI – „SIÓDEMKA. SZÓS POLSKICH KRÓLOWA” – TEATR OCHOTY IM. HALINY I JANA MACHULSKICH W WARSZAWIE

Polska, Polak, Polacy – w głowie pobrzmiewają owe słowa, które z lubością powtarzane są przez media i wielu z nas. Ciekawe czemu służą, co mają znaczyć? Od ośmiu lat wszystko jest narodowe, nie może być odarte z tegoż przymiotnika, gdyż znaczy on lepsze, dostojniejsze, idealne. To trochę jak widzenie w tych wszelkich określeniach nas samych poprzez poprawianie własnego nastroju, samopoczucia czy samooceny. Naprawdę nie ważne kim jesteśmy, co osiągnęliśmy, do czego dążymy, ale sformułowania wytrychy określą nas jeszcze lepiej, dosadniej, pełniej. Jakbym czytał Wyzwolenie Stanisława Wyspiańskiego, gdzie jak echo brzmi okrzyk „Polska!”, tylko tam ma znaczenie pustego zawołania, lichej formy postawy. Gdzie jest zatem ta nasza tożsamość? Przywołując znów młodopolskiego małopolskiego autora chyba w sercu, w każdym z nas, z czym nie należy się ceremonialnie afiszować, ale myśleć i tworzyć. To jak spór Konrada z Muzą z przywoływanego dramatu – walki „czynu” z „gestem”. I właśnie tacy jesteśmy, uwielbiamy nasze narodowe pozy, schematy, zachowania. Zazwyczaj obcokrajowcy zauważają w Polakach naszą twarz – bez uśmiechu, w wiecznym niezadowoleniu. Stereotypowe ujęcia możemy spotkać wszędzie – w sklepach, restauracjach, samolotach, miastach, wsiach i miasteczkach. Jak nasz kraj długi i szeroki pokryty jest folklorem współczesności okraszonym nie ludową piosenką, ale właśnie specyficznym zachowaniem, które odbija ślady przeszłej, zadufanej sarmackiej pewności i wielkości z dozą prowincjonalnego nacieku, pełnego irracjonalnego zbioru mentalnych utartych schematów poczynań. W polskim teatrze takowych obserwatorów nas samych jest wielu, gdy jak w lustrze widzimy siebie, śmiejemy się z obrazka, który widzimy i nie wyciągamy wniosków, wszak to nie o nas, my jesteśmy inni. Przecież intelektualna elita w fotelu teatralnym ma inne zbiory rytuału codzienności. A przecież to chybiona teza. Ta Polska widziana oczami twórców scenicznych odnosi się do nas wszystkich. Wydaje się, że mistrzami owego gatunku jest duet Paweł Demirski z Moniką Strzępką, którzy od ponad dekady w swojej krajowej wędrówce po licznych scenach, ukazują dramaty pełne ironii i autorefleksji o nas samych. Wielokrotnie ów wątek podchwytuje Marcin Liber, nie zapominajmy także o Grzegorzu Jarzynie, który posiłkując się Dorotą Masłowską rysował nasz portret własny, wspólny, polski, narodowy. Do owego kalejdoskopu dołączył warszawski Teatr Ochoty, który zaprezentował adaptację powieści Ziemowita Szczerka Siódemka. To przykład dobrego teatru, zespołowej gry, gdzie ma być śmiesznie, choć często jest przegadanie, ale z dozą przemyśleń dla każdego widza opuszczającego mury zasłużonej placówki przy ulicy Reja.

Lubię to miejsce. Tu spędziłem chwilę młodości, wszak jako pasjonat, od lat dziecięcych, teatralnych wrażeń nie mogłem nie uczestniczyć w zajęciach grupy Haliny i Jana Machulskich. I choć kariery teatralnej nie osiągnąłem, to jednak było to doświadczenie ważne, pewnego czasu poznawania warsztatu i kulis scenicznych. Dziś nie ma tego świata, chyba nawet ducha. Miejsce zmieniło oblicze i formuła teatru, choć dalej z zajęciami artystycznymi, zbliża go do klasycznej repertuarowej placówki. Istotnym jest, że to faktyczne centrum spędzania czasu dla mieszkańców dzielnicy Ochota, bowiem nie tylko sztuka, ale również obecna gastronomia jednoczy widzów w tym małym i przytulnym miejscu. Repertuar posiada jeden walor. To kameralne wydarzenia, bowiem zespół aktorski faktycznie zaangażowany jest do każdej produkcji, które oscylują od dramatów psychologicznych do adaptacji literatury. Prym wiodą reżyserie dyrektora artystycznego Igora Gorzkowskiego, ale wartość siedliska podnoszą realizacje Małgorzaty Bogajewskiej, Anny Skuratowicz czy Michała Zdunika. Te poszukiwania ukazują ile można wyczarować słowem w niezwykle małej przestrzeni zmiennej widowni. I właśnie z owymi wyzwaniami zmierzył się Rafał Szumski realizując przedstawienie drogi Siódemkę. Szós Polskich Królową. Mając do dyspozycji piątkę aktorów i filigranową scenę zbudował rajd po naszej tożsamości i myśleniu. To trochę jak rockowa jazda bez trzymanki poprzez pewną drogę o magicznym numerze siedem.

Chyba każdy posiadacz automobilu podróżował tą trasą, która wiedzie z południa na północ niczym, będąc śladem królowej rzek – Wisły. Dziś co prawda już prawie we wszystkich odcinkach została zastąpiona ekspresową S7, ale wspomnienia pozostały. Ziemowit Szczerek trochę zawęża jej rewiry, gdyż rajd ma mieć miejsce od jednej dawnej stolicy – Krakowa do obecnej metropolii – Warszawy. Zabieg nie jest przypadkowy, gdyż właśnie ów specyficzny świat trzech województw: małopolskiego, świętokrzyskiego i mazowieckiego jest obrazem tożsamości, przywar i lokalnych tajemnic. Główny bohater, tuż po Halloween w listopadowy pierwszy dzień miesiąca, wyrusza w ową drogę. Lekko okraszony napitkiem zaczyna nieokiełznaną wyprawę niby znaną trasą, ale zadziwiająco odmienną tegoż dnia. Zombie wychodzą na drogę, święcą ową misję, która z góry wydaje się stracona. To trochę jakby zaczarować ową wyprawę, ale w odmienny, negatywny sposób. Napotkani przypadkowi towarzysze, ludzie i zdarzenia ukazują niebajkowy, ale przerysowany świat naszej polskości. Szumski za jedyny element dekoracji, oprócz ekranu z projekcjami, wykorzystuje cokół pewnego pomnika, który staje się firmamentem nas samych. To na nim budują się poszczególne sceny, zachwytu nad narodową tożsamością. Można je odczytywać jako metaforę opuszczonych monumentów z lat dawnych, świecących swoją dawną chwałą, ale upadłych wraz ze zmianą systemu w roku 1989. To jak pozostawieni, niemi świadkowie, miejsce intratne dla spotkań półświatka i niespełnionej młodzieży. To właśnie na nim piątka młodych bohaterów wygrywa dramat spotkań i podróżniczej nieoczywistości. Wątki z Wiedźmina, opustoszałe zamki, a przede wszystkim utarte schematy i tradycja stają się osią tej opowieści. Formuła narracji nie jest skomplikowana. To miks słowa i żywiołowej akcji, gdzie aktorzy przyjmują kolejne role, zmieniając się w tytułowego bohatera. Ów kolaż postaci ma swój sens, gdyż ukazuje jego degrengoladę i zatracenie, a także konstruuje odmienne światy kolejnych niesamowitych zdarzeń. Język jest dowcipny, ale czasem brakuje nożyczek, które sprawnie pocięłyby materiał tekstu, aby odrzucić to, co mniej istotne od tego, co ważne. Te krótkie sekwencje są jak wideoklipy, które zmieniają się niczym jak w telewizji muzycznej, gdzie jeszcze wiruje Zenon Martyniuk, a już jesteśmy w Zakopanem Sławomira. To historia o Polsce z Disco-Polo pełnej stereotypów, zadziwiających ludzi, których sami spotykamy, zdarzeń, miejsc i sytuacji.

Największym walorem jest właśnie grupa, która świetnie wciela się w wielość postaci i zdarzeń. I choć z czasem trwania spektaklu można odczuć przesyt kolejnych, irracjonalnych sekwencji, to ma on niepodważalny urok. Reżyser dobrze radzi sobie z materią, choć czasem zbyt ufa słowu, które wielokrotnie można wyeliminować. Narracja jest podstawowym elementem widowiska, a to winno być zastąpione dialogiem, krwistą rozmową, gdzie sączy się nasza polska gadka szmatka, a nie kazanie niczym księdza podczas niedzielnej mszy.

To przedstawienie podszyte jest dwuznacznością. Z jednej strony, wyśmiewa nasze przywary, ale z drugiej ukazuje, że nie możemy żyć bez tego, co polskie, nasze, narodowe. I może to jest ta specyficzna miłość do ojczyzny, że chcemy wyrwać się z tego chocholego tańca bylejakości, ale brniemy do niego wciąż i nieustannie. Bo przecież wirowanie, w proste nuty muzyki z radiowego głośnika, gdy sączą się Oczy zielone wzruszają każdego z nas. Bo tacy jesteśmy, my Polacy, sentymentalni, tradycyjni, ale przez to oryginalni.

Siódemka. Szós Polskich Królowa, na podstawie powieści Ziemowita Szczerka, reżyseria Rafał Szumski, Teatr Ochoty im. Haliny i Jana Machulskich w Warszawie, premiera: listopad 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Artur Wesołowski:

W WIGILIJNĄ NOC – „OPOWIEŚĆ WIGILIJNA” – OOPPERA-BALETTI W HELSINKACH

W WIGILIJNĄ NOC – „OPOWIEŚĆ WIGILIJNA” – OOPPERA-BALETTI W HELSINKACH

Święta, święta i po świętach. Magia owych zimowych dni nie tylko oczarowuje każdego z nas, ale również staje się inspiracją dla świata tańca. Oczywiście nieśmiertelnym baletem, który współgra z owymi najbardziej rodzinnymi, pełnymi tajemnic dniami pozostanie Dziadek do orzechów do muzyki Piotra Czajkowskiego. Jednak są i inne utwory, które przywrócono lub zagościły w tym roku na europejskich scenach. W Londynie Matthew Bourne ze swoją kompanią przypomniał Edwarda Nożycorękiego, będącego świetną, rodzinną rozrywką o uczuciu i wspólnocie, gdzie bal bożonarodzeniowy to perła tanecznego kunsztu.

MASKI SATYRÓW – „FOBIA” – NOWY TEATR W WARSZAWIE

MASKI SATYRÓW – „FOBIA” – NOWY TEATR W WARSZAWIE

Istnieją spektakle nieoczywiste, które wymykają się jednoznacznym ocenom, trudno je zakwalifikować, a ich głębia i złożoność wymaga raczej teatrologicznych i społecznych esejów niż krótkiej recenzji ze zjawiska artystycznego. Ową niejednorodność ukazuje ostatnia premiera w Nowym Teatrze w Warszawie. Choć scena nierozerwalnie łączy się z osobą Krzysztofa Warlikowskiego, który buduje własny, indywidualny kosmos sceniczny w tym unikatowym miejscu, to również pole zostaje wielokrotnie oddane innym indywidualnościom teatralnym. Zazwyczaj to młode nazwiska, ale również można spotkać i uznanych twórców. Za stałego gościa, który przygotował już trzeci spektakl, można uznać szwedzkiego artystę Markusa Ohrna. Jego odmienna forma myślenia teatralnego z jednej strony odrzuca, a z drugiej przyciąga.

MOŻE POUDAWAŁBYŚ DLA MNIE CZŁOWIEKA? – RECENZJA FILMU „W NICH CAŁA NADZIEJA”

MOŻE POUDAWAŁBYŚ DLA MNIE CZŁOWIEKA? – RECENZJA FILMU „W NICH CAŁA NADZIEJA”

Katastrofa klimatyczna wisi nad światem. I wydaje się, że mimo zabiegów wielu zaangażowanych aktywistów, ekologów, polityków i zwykłych obywateli globu, niestety większość rządów nie kwapi się od podjęcia radykalnych decyzji odstąpienia od paliw kopalnych. Już dziś w wielu miejscach na świecie wybuchają wojny, których przyczyną są zmiany klimatyczne. Liczne fale uchodźców mają też tę przyczynę – zmiany temperatur, niosące ze sobą zaburzenia bilansu hydrologicznego, problemu z dostępem do wody, kryzysy w rolnictwie, nagłe zdarzenia meteorologiczne, powodzie i susze zarazem. Co by było gdybym został sam na Ziemi? Czy jest to (nie)możliwa perspektywa? A jednak, co jakiś czas zastanawiam się nad tym, co bym zrobił…

To co nas czeka w przewidywalnej przyszłości znalazło wyraz w dystopijnym obrazie W nich cała nadzieja. Historia filmu jest raczej prosta. Piotr Biedroń, reżyser i scenarzysta nie komplikował niepotrzebnie opowieści. W zniszczonym przez ludzi świecie młoda dziewczyna – Ewa (w tej roli Magdalena Wieczorek) prawdopodobnie jedna z nielicznych, a może nawet jedyna ludzka istota, która przetrwała apogeum wojen klimatycznych, żyje na niewielkiej przestrzeni, w swojej bazie zbudowanej z kontenerów, na pozbawionym roślinności piaszczystym wzniesieniu wraz z dość archaicznym robotem Arturem (który mówi głosem Jacka Belera). Ewa jest swego rodzaju uchodźczynią klimatyczną, która uratowała się w wyniku szczęśliwego (?) zbiegu okoliczności. To tu na swoim wzgórzu może jeszcze swobodnie oddychać. Wokół rozpościera się postapokaliptyczny krajobraz z wielkimi kominami wciąż działającej elektrowni atomowej w tle, bo jak twierdzi dziewczyna obsługuje ją pewnie jakiś głupi robot. Jej samotne dni są podobne do siebie. Codzienne czynności, to na zmianę, powtarzalne dbanie o niewielki ogródek, naprawa paneli słonecznych, ćwiczenia w rzucaniu piłeczką do prowizorycznego kosza – jedynego źródła energii. Pewną rozrywką i odmianą jest wyprawa do wymarłego miasta by zaopatrzyć się w potrzebne przedmioty i uzupełnić braki w sprzęcie. By odwiedzić opustoszałe miasto znajdujące się w dolinie, trzeba uzbroić się w maskę tlenową oraz ochronne ubranie. Skażona atmosfera nie pozwala człowiekowi swobodnie oddychać. W tle widz dostrzeże echa kiedyś tętniącego życia, stary plakat upamiętniający jubileusz stulecia stacji radiowej RMF. W ciągu dnia należy mimo wszystko znaleźć też choć chwilę, by wysłać sygnał informujący o swoim istnieniu, bo być może gdzieś na globie jest jeszcze ktoś, jakiś człowiek, który przetrwał zagładę.

Dość oldschoolowy, nienowoczesny, sfatygowany i mocno rozklekotany żelazny kompan Ewy został stworzony kiedyś przez jej ojca po to, by za wszelką cenę zapewnić bezpieczeństwo dziewczynie. Bezwzględnie i stanowczo oczekuje od niej za każdym razem, kiedy zbliża się do swojego domu podania hasła. Kod dostępu zmienia się co trzy miesiące. Maszyna w obliczu samotności staje się najbliższym towarzyszem, rzec można przyjacielem Ewy. Od niechcenia prowadzi z nim różnego rodzaju dysputy i rozmowy. Choć wydaje się czasami, że maszyna ma ludzkie odruchy, to nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Artur był, jest i pozostanie tylko maszyną. To robot na miarę polskich warunków. Dość toporny i nieelastyczny. W zasadzie nie ma to znaczenia, dodaje to tylko swoistego uroku opowieści. Nie ma uczuć ani emocji, nigdy niczego nie zapomina, wszystko analizuje i pamięta. Ludzie czasami zapominają… Tym wciąż różnimy się od robotów. Bezduszne oczy robota nie widzą, tylko rejestrują. W pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie, wydawałoby się niepozornie i przypadkowo maszyna przeistacza się z najbliższego towarzysza Ewy w jej największego wroga. Zaczyna się wyścig z czasem i walka Ewy o życie z maszyną wyposażoną w sztuczną inteligencję, która staje się dla niej większym zagrożeniem niż otaczający świat, po zagładzie. Pozbawiona dostępu do wody, pożywienia dziewczyna toczy nierówną walkę. Bo przecież roboty na swój sposób poprzez swój brak uczuć, zrozumienia, refleksji i nieustępliwość są …nieludzkie. Zaprogramowane raz są nieustępliwie i zasadnicze.

Z pozoru nudna i przewidywalna historia zaczyna po pewnym czasie nabierać tempa. Szybko przekształca się w dramat, którego narastające napięcie podkreślają zdjęcia Tomasza Wójcika. To dzięki jego ujęciom niewielki budżet filmu nie przeszkodził w stworzeniu wyjątkowych obrazów opowieści science fiction. To, co pomaga urzeczywistnić powieść jest scenografia, bardzo oszczędna, ale przekonywająca Marka Zawieruchy i wzmocnienie obrazu świetnie pasującym dźwiękiem, za który odpowiadali w tej produkcji: Bart Putkiewicz oraz Natalia Sikorska. I choć opowieści o relacji człowieka z maszyną, przyjaźni czy też rywalizacji robotów z ludźmi było wiele (od Gwiezdnych wojen, przez 2001: Odyseję kosmiczną, Terminatora, po kolejne części filmu Transformers czy Matrixa) ta po raz kolejny podkreśla tę wyjątkową, nieprzekraczalną barierę między maszyną a człowiekiem. Co więcej, reżyser akcentuje w niej nieco inne wątki i wskazuje na inne aspekty problemów.

Ta brawurowo skromna opowieść filmowa, to w zasadzie pretekst do rozmyślania nad jej wieloma znaczeniami. Od jasno i wyraźnie zarysowanego ostrzeżenia o czekającej nas nieuchronnej katastrofie klimatycznej, związanych z nią konfliktach globalnych, po niezwykłą i życiodajną potrzebę bliskości, ludzkiego wymiaru kontaktu i relacji, przez bezwzględne stosowanie zasad, reguł, prawa, po znaczenie osamotnienia, wygnania oraz tego, czym jest człowieczeństwo. Nie znajdziemy w tym obrazie ani łatwych odpowiedz, ani emocjonalnej płycizny. To mimo wszystko pogłębiona i aluzyjna analiza tego, co dzieje się dziś wokół nas. Ale nie należy się spodziewać tak często spotykanych w produkcjach tego typu efektów specjalnych. Nie znajdziemy tu też rozwiązań rewolucyjnych, lecz znane motywy. Przyznam, że ma to swój urok i wcale nie pozbawia prawa kwalifikowania tego filmu do kategorii fantastyki.

Warto wspomnieć, że reżyser ma na swoim koncie kilka krótkometrażowych produkcji o tematyce ekologicznej. A to jest pierwszy pełnometrażowy debiut Biedronia, w którym dowodzi, iż świetnie opanował warsztat maksymalnego wykorzystania minimalnych środków bez uszczerbku dla produkcji. Doceniono tę umiejętność i film uzyskał wyróżnienie w Konkursie Filmów Mikrobudżetowych na 48. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2023 roku, gdzie wzbudził duże zainteresowanie.

W nich cała nadzieja (The Last Spark of Hope) (2023), Polska, reż. Piotr Biedroń

[Marcel z Kraśnika]


Foto: Materiały prasowe

TALENT SHOW – „DESZCZOWA PIOSENKA” – TEATR MUZYCZNY W POZNANIU

TALENT SHOW – „DESZCZOWA PIOSENKA” – TEATR MUZYCZNY W POZNANIU

Telewizja to niesamowite medium, które nie tylko przybliża świat, ukazuje nieznane, ale również kształtuje kariery. Nie tylko dziennikarskie, ale również polityczne. Takim ciekawym przykładem pozostanie widowisko stacji TVN – Mam Talent. Równie ważni, co uczestnicy czy członkowie jury, byli jego pierwsi prowadzący. Wówczas praktycznie nikomu nieznani Marcin Prokop i Szymon Hołownia. Minęły lata, a obaj panowie rozwinęli swoje talenty i zagospodarowali ciekawie swoje miejsca. Pierwszy w telewizji śniadaniowej będąc gospodarzem poranków adresowanych do milionów ludzkich serc, a drugi podbija umysły odmiennej publiki – sporej części społeczeństwa jako Marszałek Sejmu.

NIE-PRZYJACIÓŁKA – „USUŃ ZE ZNAJOMYCH” – TEATR KWADRAT IM. EDWARDA DZIEWOŃSKIEGO W WARSZAWIE

NIE-PRZYJACIÓŁKA – „USUŃ ZE ZNAJOMYCH” – TEATR KWADRAT IM. EDWARDA DZIEWOŃSKIEGO W WARSZAWIE

W tym roku kalendarzowym będziemy obchodzić pięćdziesięciolecie jednej z najbardziej warszawskich estrad – Teatru Kwadrat. W 1974 roku Edward Dziewoński, niezmordowany i niezapomniany kabaretowy Dudek, został pierwszym szefem placówki stworzonej pod auspicjami Komitetu do spraw Radia i Telewizji. Mawiało się: scena gwiazd, a chadzało po dobrą rozrywkę i dla zobaczenia wspaniałych aktorów. Ów szczególny koktajl kształtował smak wyjątkowy, bowiem – jak mówią almanachy – widownia przy ulicy Czackiego zawsze była wypełniona, a oklaski i zabawa stanowiły jej istotny element.