NIE-PRZYJACIÓŁKA – „USUŃ ZE ZNAJOMYCH” – TEATR KWADRAT IM. EDWARDA DZIEWOŃSKIEGO W WARSZAWIE

NIE-PRZYJACIÓŁKA – „USUŃ ZE ZNAJOMYCH” – TEATR KWADRAT IM. EDWARDA DZIEWOŃSKIEGO W WARSZAWIE

W tym roku kalendarzowym będziemy obchodzić pięćdziesięciolecie jednej z najbardziej warszawskich estrad – Teatru Kwadrat. W 1974 roku Edward Dziewoński, niezmordowany i niezapomniany kabaretowy Dudek, został pierwszym szefem placówki stworzonej pod auspicjami Komitetu do spraw Radia i Telewizji. Mawiało się: scena gwiazd, a chadzało po dobrą rozrywkę i dla zobaczenia wspaniałych aktorów. Ów szczególny koktajl kształtował smak wyjątkowy, bowiem – jak mówią almanachy – widownia przy ulicy Czackiego zawsze była wypełniona, a oklaski i zabawa stanowiły jej istotny element. Zawirowania stanu wojennego, gdy miejsce to stało się jednym z symboli aktorskiego bojkotu i niewpuszczania kamer telewizyjnych w celu rejestracji spektakli, doprowadziły do zerwania passy. Teatr zapłacił wysoką cenę – został zlikwidowany i włączony w strukturę Teatru na Woli. Pozbyto się Dziewońskiego, a po samodzielnej reaktywacji w 1985 roku stanowisko objął Edmund Karwański, który ze zmiennym szczęściem, gdyż doprowadził do utraty lokalizacji, pełnił funkcję do 2010 roku. Ostatnie trzynaście lat to era Andrzeja Nejmana, a od obecnego sezonu na czele instytucji stanęła Ewa Wencel. Równie ciekawie kształtują się losy miejsca, gdyż jego pierwotne położenie jest już legendą, a kolejne adresy to Klub Garnizonu Warszawskiego, a od kilku dobrych lat przestrzeń dawnego Kina Bajka przy ulicy Marszałkowskiej. Choć zmian było wiele jedno pozostało stałe – logo teatru. Trzykolorowy kwadrat, który również był okładką programów, w czasach w których istniał, bo dziś o nim chyba już nikt nie pamięta, że to ważny element wspomnień dla rzeszy teatromanów. Dlaczego ten cały wywód? Bowiem już wkrótce na łamach naszego Magazynu obszerny materiał o tejże wyjątkowej scenie. A owa specyfika wynika z jednego faktu, dedykowanego repertuaru. Owszem, czasy się zmieniają, dyrekcje, publiczność, ale linią programową pozostaje jeden wyznacznik – komedia, farsa, rozrywka. I choć nie wszystko można pochwalić, a specyficzny gust jednej dyrekcji nawet zganić, co czyniła prasa skrzętnie przez pewien czas, to nie ulega wątpliwości, że marka miejsca przyciąga widzów, którzy tłumnie szturmują widownię, a dawniej również kasę – małe okienko przy Czackiego. Miało to swój urok. To, co przyciągało to oczywiście aktorzy: Jan Kobuszewski, Wojciech Pokora czy Barbara Rylska. Ale to głównie tytuły stanowiły hity powodzenia: Czarujący łajdak, Mayday, a przede wszystkim przez wielu omijane szerokim łukiem, ale wciągające intrygą i salwami śmiechu – Szalone nożyczki.
Bardzo mocno sekunduję Ewie Wencel, jako nowej szefowej sceny. Poznałem jej program i wierzę, że to ciekawa koncepcja, w której mniej „wywracania się na skórce od banana”, a więcej uśmiechniętej rozmowy z widzem. Ważne, aby nie był to tylko tani kabaretowy wieczór, ale rozrywka na poziomie.
Inauguracja nowej dyrekcji to istotne wydarzenie. Ale za nim o tym, to inna refleksja. Spacer ulicą Londynu. Tuż obok wejścia do metra przy Leicester Square znajduje się Wyndham Theatre. Na afiszu The Unfriend. Oglądam zdjęcia przy wejściu. Niedowierzanie. Kalka ostatniej premiery Teatru Kwadrat. I nie chodzi o sam tytuł, ale elementy scenografii, a nawet twarze aktorów. I sobie myślę, ile jest oryginału w warszawskiej produkcji, a ile ściągnięcia z produkcji ze stolicy Wielkiej Brytanii? Inspiracje są i warto to pamiętać. Ale czy wszystko musi być identyczne? Czy format komedii musi być tożsamy jak produkcja musicalu? To ciekawy aspekt, do dobrej rozmowy. Ale powróćmy do sceny przy Marszałkowskiej. Tytuł zmieniono na Usuń ze znajomych, to już istotny zabieg, bo trochę zmienia kontekst opowieści. Autorem owej komedii jest Steven Moffat brytyjski scenarzysta oraz producent telewizyjny, który w teatrze jest mało znaną postacią, choć jego ostatnia sztuka zmusza do zadumy. W polskiej wersji niestety humor i śmiech raczej wymuszony, co jest konsekwencją nienajlepszego tłumaczenia Klaudyny Rozhin. Mimo to opowieść wcale nie jest banalna i ma podwójne dno. Angielska para w średnim wieku Peter i Debbie podczas rejsu luksusowym promem poznaje ekscentryczną Amerykankę Elsę. Znajomość rozwija się poprzez dysputy przy basenie, a poglądy kobiety mogą szokować stonowanych przedstawicieli klasy średniej, gdyż nie dość, że jest wyborczynią Donalda Trumpa, to jej konserwatywne myślenie stoi w sprzeczności ze stylem życia. I właśnie to jest klucz do owej sztuki. Dwuznaczność i niejednorodność. Jest to sprytna manipulatorka, w której kryją się dwie dusze – anioła wsparcia i demona zbrodni. Zbiegiem okoliczności Elsa przyjeżdża do Wielkiej Brytanii i odwiedza zapoznanych nowych przyjaciół. Tylko oni odkrywają tajemnicę, że jest ona podejrzewana o morderstwo kilku swoich byłych mężów i członków rodziny. I cała intryga krąży wokół jednego pytania – jak pozbyć się niewygodnego gościa? Bowiem pod jednym dachem mieszka jeszcze dwójka nastoletnich dzieci, którzy są typowym produktem współczesności – gry, wyalienowanie, własny świat. Złe kontakty z rodzicami, zatracona więź, typowy przykład rodziny w rozkładzie, gdzie każdy gra do własnej bramki. I właśnie owa toksyczna osoba z innego kontynentu, swoim czarem, komunikatywnością zmienia ten obraz. Buduje pozytywne zachowania, proste gesty, coś co możemy nazwać normalną relacją. Ale z drugiej strony wiemy, że przyjezdna kobieta to wampir o twarzy łagodności. I finał to udowadnia. Ale Moffat to świetny obserwator i widzi właśnie rodzinę jako największy problem społeczny – jej zagubienie i konieczność odbudowania relacji. Dziwny obraz nieprzystosowania społecznego, który coraz szerszym kręgiem dotyka kolejnych państw europejskich. Opowieść jest szersza – to również lokalna wspólnota, która potrzebuje „złotej duszy” do dialogu i współdziałania. I pytanie dlaczego to musi być demoniczna kobieta z dziwną przypadłością mordowania, aby ukształtować relacje międzyludzkie? A może tylko odmieńcy są w stanie nas uratować? Przyjazd Elsy odmienia nie tylko ludzi, ale również ich postrzeganie. Ma ona specyficzne podejście do życia, ale jakoś każdy ją akceptuje i nie warczy, bo przypadkiem śmie uważać i myśleć inaczej. Nikt jej nie omija łukiem, bo drwi ze szczepionek albo ekscentrycznie się ubiera. To wielka wartość owej sztuki.
Ale teatr to nie sama treść, gdyż wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Zaproszony ponownie do współpracy Marcin Sławiński zbudował przedstawienie mało dynamiczne, pełne zastopowań, wyczekiwań. Tu potrzeba zwięzłości, klarowności i szybkości. Dialogi winny iskrzyć, a są niestety drętwe. To buduje pauzy i przeraźliwą nudę. Aktorsko również jest średnio. Lesław Żurek jako Peter nie wie skąd się wziął. Gra jedną miną zagubienia i wycofania, ale do Dulskiego jeszcze mu daleko. Ilona Chojnowska jako jego żona chce być silna i przebojowa, ale jakoś to nie wychodzi, jest bladym tłem własnego męża. Swoją ociężałością i namolnością zachwyca jako sąsiad Paweł Wawrzecki. Klasą samą dla siebie jest natomiast Elsa w wykonaniu Lucyny Malec. Oczarowuje swoją pseudoniewinnością, sztuczny amerykański luz ma opracowany do perfekcji, zachwyca i przestrasza, bo przecież ma tę nieznośną tajemnicę morderstwa, które jest przekleństwem dla jednych, a może wybawieniem dla niej samej.
Premiera Kwadratu zrywa z pustym humorem na rzecz ciekawej opowieści ze szczyptą niewymuszonego śmiechu. Moffat świetnie nas obserwuje, widzi, a my przeglądamy się w tym zwierciadle niby obcym, ale bliskim. I mimo licznych zastrzeżeń, łącznie z londyńską kalką dobrze spotkać się w innym Kwadracie, gdzie wiesz, że nie będziesz wykpiony, ale potraktowany z uczciwością miejsca, a wychodząc pomyślisz co naprawić pod własnym dachem.

Usuń ze znajomych, Steven Moffat, reżyseria Marcin Sławiński, Teatr Kwadrat im. Edwarda Dziewońskiego w Warszawie, premiera: styczeń 2024.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Materiały prasowe



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *