Autor: admin

RAZEM – „INTO THE HAIRY” – L-E-V

RAZEM – „INTO THE HAIRY” – L-E-V

Ten kraj to niesamowita kuźnia talentów sztuki tańca. Zimą planowaliśmy numer „Magazynu Kulturalnego Chama” jemu poświęcony. Jednak obecna wojna pokrzyżowała plany. Ciężko pisać o kulturze, w świecie, gdzie giną ludzie i trwa tragedia jednostek. Mowa o Izraelu, w którym taniec wpisany jest w specyficzny, unikatowy i naturalny sposób w codzienność. Utwierdza w tym choćby scena tańca z butelkami w nieśmiertelnym Skrzypku na dachu. Ale oprócz owej tradycji najważniejszy jest dzień powszedni. Świadczą o tym liczne zespoły poczynając od Batsheva Dance Company z twórcą stylu Gaga na czele – Ohadem Naharinem, poprzez Kibbutz Contemporary Dance Company, który prowadzi Rami Be’er do kierowanego przez Tamira Ginza – Kamea Dance Company. Lista choreografów, którzy święcą triumfy na różnych scenach, jest przebogata.

POD KRZYŻEM – „CHŁOPI” – TEATR LUDOWY W KRAKOWIE

POD KRZYŻEM – „CHŁOPI” – TEATR LUDOWY W KRAKOWIE

To było spotkanie szczególne, wręcz symboliczne. Pierwsza w moim życiu wizyta w Teatrze Ludowym w krakowskiej Nowej Hucie. Nie mówię o Scenie pod Ratuszem, tu zdarzyło mi się bywać często, ale o odwiedziny w przestrzeni w pierwszym, polskim, socjalistycznym mieście. Dlaczego miejsce jest tak istotne? Bowiem budowała się w nim wizja teatru powojennego. Przecież tu, nie tylko reżyseria, a może przede wszystkim plastyka, kształtowała oblicze rangi przedstawień. Dyrekcja Krystyny Skuszanki, z mężem Jerzym Krasowskim, to szczególny czas inauguracji w 1955 roku. Na afiszu Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale Wojciecha Bogusławskiego z muzyką Jana Stefaniego, w inscenizacji Leona Schillera, ale reżyserii Wandy Wróblewskiej.

STRZAŁY AMORA – „DON KICHOT” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

STRZAŁY AMORA – „DON KICHOT” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

W naszym kraju klasyka baletowa to ograniczone pole repertuarowe. Jak mantrę sceny powtarzają te same propozycje i widz podróżnik zachodzi w głowę czy można coś nowego jeszcze wymyślić, aby odejść od sztampowej, jednorodnej idei narracyjnej? Otóż można! Takowy przypadek właśnie ma miejsce w Szczecinie, gdzie pole artystyczne zagospodarowała choreografka Anna Hop, tworząc ciekawą, oryginalną i dowcipną, choć czerpiącą z klasyki Mariusa Petipy, wersję Don Kichota z muzyką Ludwiga Minkusa. Droga do owej premiery była długa oraz zawiła i już jej analiza wystarczyłaby za treść recenzji. Przygotowania rozpoczęły się trzy lata temu, nawet zaplanowano datę premiery, ale ją anulowano. Spektakl powstawał, żył swoim życiem w instytucji, czekając na dogodny moment prezentacji. W między czasie zmieniło się kierownictwo baletu, a stery objął dotychczasowy tancerz łódzki i stawiający odważne, pierwsze kroki w choreografii Grzegorz Brożek. Przez jeden sezon wzbogacił mocno zespół, który obecnie liczy dwadzieścia pięć osób, co może nie jest liczbą rzucającą na kolana, ale ukazuje jego rozwój. Trzeba pamiętać, że jest to inwestycja, której efekty poznamy za kilka lat. Jednak na pewno nowy lider wykazuje się dużą sprawczością. Nie tylko powiększył skład kompanii, ale jest także obrotnym menadżerem. Choćby jednolita identyfikacja zdjęciowa wszystkich tancerzy to krok w dobrym kierunku. I obserwując ową młodą grupę ludzi, z całego świata od Japonii do Włoch, wyczuwa się zapał i głód nowych produkcji. Jak znamy naszą rzeczywistość do kolejnej premiery zapewne dojdzie za rok, ale obecna przysporzyła wiele radości i zadowolenia, pamiętając że jest to proces kształtowania formacji i należy mierzyć siły na zamiary. Bowiem można dostrzec mankamenty techniczne, ale na pewno nie da się odmówić ciekawego tańca i zapału do pracy.

Anna Hop, na co dzień związana z Polskim Baletem Narodowym, to artystka niezwykle zdolna i pomysłowa. Wielokrotnie ukazywała swój talent w Kreacjach – pokazach prac tancerzy warszawskiego teatru. Na tychże deskach przygotowała również kilka produkcji, które prześcigały się w poczuciu humoru, precyzji układu, a także innowacyjności podejścia do sztuki tańca. Tym razem, w Szczecinie, mierzyła się z materią tańca klasycznego. Efekt jest udany, bowiem powstał zwięzły i klarowny spektakl o poszukiwaniu miłości, pogoni za czymś nieosiągalnym, a jednocześnie bliskim. Cała forma, szczególnie pierwsza część, przypomina kreskówkę albo karty komiksu, które sprawną ręką odkrywają losy kolejnych bohaterów. Atutem jest funkcjonalna scenografia, odrealniona, odkształcona, współgrająca z zamysłem opowieści. Paleta postaci jest niekończąca się, ale każdemu przyświeca jeden cel – szczęście serca. Parafrazując można powiedzieć, że każda potwora znajdzie swojego amatora. Kolejne sceny są przetykane animowaną projekcją, która wzmacnia poczucie humoreski i wędrówki po uczucie. To zabieg ciekawy, oryginalny i pomysłowy. Choreografka zaczyna klasycznie. Od pracowni marzyciela Don Kichota, który studiując mapę i księgi, w marzeniu między snem a jawą, odkrywa Dulcyneę – pragnienie miłości, coś nieosiągalnego. I właśnie pogoń za ową wyidealizowaną kobietą, w asyście Sancho Pansy i dyskretnej asystenturze Amorka, rozpoczyna podróż, aby wspierać ludzi, łączyć charaktery, wzbogacać życie napotkanych na swojej drodze. Co ważne, odmienność względem znanych mi układów, polega na tym, że rola tytułowego bohatera jest pełnokrwista. Nie jest marginesem, który przechadza się po scenie z błędnym wzrokiem nieszczęśliwego rycerza, ale świetnie tańczy, uczestniczy w akcji, jest jej bohaterem. Hop umieszcza Don Kichota w centralnym punkcie opowieści, bowiem to on jest kreatorem zdarzeń, rozwoju akcji. Jednak miłosne kręgi należą do Amorka, który analogicznie jak Puk w Śnie nocy letniej Williama Shakespeare miesza w ludzkich sercach. Tworzy związki, pary, a także niweczy niechciane relacje. Jest cichym obserwatorem, ale unaocznia jak poszukiwanie drugiej połówki jest istotne i ważne. Hiszpania odbija się echem nie tylko w nutach kompozycji, ale również klimacie poszczególnych tańców. Żarliwość układu jest gorąca jak niebo nad Iberią. Budują się więzi Kitri z Basilio, Torreadora z Carmen, Lorenzo z Karczmarką, a Gamache z Cyganką. Nikt by tego lepiej nie ułożył niż duszek – wszechobecny Amorek, który miesza wino, sztylety, strzały i ludzkie charaktery. Podróżujemy z błędnym rycerzem, jego giermkiem, prowadzeni przez Dulcyneę poprzez plac miasta, obóz cygański, karczmę do walki z wiatrakami, ogrodu szczęścia i radosnego finału małżeństwa Kitri i Basilio. Ale to nie tylko radość tych dwojga, ale całej wspólnoty, bo przecież, może tylko we własnej fantazji i hiszpański idealista odnajduje chwilę radości.

Największym walorem szczecińskiej premiery jest taniec. Ukłon wobec sztuki neoklasycznej, która nie opuszcza sceny ani na moment. Anna Hop przygotowała układ może nie za trudny, ale wymagający, szczególnie od głównych bohaterów dużych umiejętności i klasy wykonawczej. Najjaśniejszą gwiazdą pozostanie Basilio w wykonaniu Patryka Kowalskiego. Świetny tancerz, o wielkich umiejętnościach, chyba znajduje się w życiowej formie, a w niektórych scenach, gdzie ruch jest istną galopadą, oczarowuje i zniewala. Drugi jasny punkt to Kitri Kseni Naumets, która swoją klasyczną techniką otacza całą przestrzeń sceny. Ich duety, ale przede wszystkim popisy solowe, piruety, skoki, są wspaniałą ucztą dla oka. Towarzyszy im zgrany zespół, któremu powierzono liczne pomniejsze role, mające odcienie komediowe jak Gamache – udany Anton Mladenov, ale przede wszystkim klasyczne, tu brylują panie: Chiara Belloni (Amorek), Boglarka Novak (Dulcynea), Nadine De Lume (Carmen). Całość kompanii wykonała świetną pracę, tworząc zgrany zespół wykonawczy. Dużo komplementów należy się również orkiestrze pod kierunkiem Jerzego Wołosiuka, który wspiera akcję sceniczną energią i żywiołowością muzyki.

Opuszczając Operę na Zamku każdy widz z uśmiechem będzie wspominał losy ponad tuzina bohaterów, miłosnych podbojów, ale również zastanowi się nad tym, co w życiu ważne. I chyba każdy odkryje, że znalezienie szczęścia obok drugiej połówki jest sprawą nadrzędną. I właśnie taki jest ten Don Kichot – pełen dobrej nadziei, udanego tańca, radości i serca, które oddała Anna Hop, i które przekazują tancerze każdego wieczoru.

Don Kichot, Ludwig Minkus, choreografia Anna Hop, kierownictwo muzyczne Jerzy Wołosiuk, balet Opery na Zamku w Szczecinie, premiera: październik 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Piotr Gamdzyk – Photography

CO BY BYŁO, GDYBY …? ŻYĆ KILKA RAZY – RECENZJA FILMU „POPRZEDNIE ŻYCIE”

CO BY BYŁO, GDYBY …? ŻYĆ KILKA RAZY – RECENZJA FILMU „POPRZEDNIE ŻYCIE”

Co by było, gdyby…? To pytanie zadał sobie pewnie choć raz w życiu każdy z nas. Nie raz chciałem cofnąć czas i zastanawiałem się co by było, jeśli zdecydowałbym kiedyś inaczej, jeśli postąpiłbym inaczej, powiedział, zrobił coś innego niż to miało miejsce… na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi, bowiem pozostają jedynie domysły. To, co jest, to historia, to, co się wydarzyło, fakty. Nie możemy mieć bowiem pewności i nigdy jej mieć nie będziemy, czy gdyby wydarzenia potoczyły się inaczej, gdybyśmy powiedzieli co innego niż to miało faktycznie miejsce, byłoby lepiej. Pewnie byłoby inaczej, ale czy bylibyśmy szczęśliwsi…? Jesienna nostalgia, czas podsumowań zdecydowanie sprzyjają takim rozważaniom.

TERAPIA ANJI RUBIK – „PTAKI CIERNISTYCH KRZEWÓW. RZECZ O MIŁOŚCI W KOŚCIELE” – TEATR POLSKI IM. HIERONIMA KONIECZKI W BYDGOSZCZY

TERAPIA ANJI RUBIK – „PTAKI CIERNISTYCH KRZEWÓW. RZECZ O MIŁOŚCI W KOŚCIELE” – TEATR POLSKI IM. HIERONIMA KONIECZKI W BYDGOSZCZY

Nie tak dawno przeczytałem tekst, że prościej jest realizować teatr publicystyczny niż wystawiać klasyczny dramat. Nie zgodzę się. Wszystko jest kwestią uczciwości, nakładu pracy i umiejętności twórczej. Bowiem widowiska sceniczne korespondujące z tym co tu i teraz, wykorzystujące pisane na bieżąco scenariusze, wymagają pogłębionych badań, odkryć i wielu rozmów. Jednak niestety, na polskich scenach, coraz rzadziej mamy do czynienia z wartościowymi poszukiwaniami. Miejsce zastępuje doraźność przyprawiona efekciarstwem, nawet nie widokiem efektownym. Najgorsze jest to, że artyści zajmują się już wszystkim. Są ekspertami w każdej dziedzinie, choć wielokrotnie poruszają się po materii społecznej, politycznej czy ekonomicznej, jak anioły we mgle.

JUDYTA W OBLICZU ZAGŁADY – „JUDYTA TRIUMFUJĄCA” – WARSZAWSKA OPERA KAMERALNA

JUDYTA W OBLICZU ZAGŁADY – „JUDYTA TRIUMFUJĄCA” – WARSZAWSKA OPERA KAMERALNA

Opera barokowa nie jest często obecna w naszych teatrach muzycznych. Faktycznie stale gości w repertuarze tylko w dwóch domach: Polskiej Operze Królewskiej i Warszawskiej Operze Kameralnej. Kiedyś można się pokusić o bilans ostatnich lat i ukazać blaski i cienie owej rywalizacji inscenizacji. Powodów owego deficytu utworów jest kilka. Zapewne należy mierzyć się z trudnościami wykonawczymi, ale również potencjalnych odbiorców jest niewielu. Choć napawa optymizmem, że dwa koncerty wybitnego kontratenora Jakuba Józefa Orlińskiego, w Filharmonii Narodowej, wyprzedały się w okamgnieniu. Nie pora decydować, ile w tym snobizmu, a ile rzeczywistej pasji publiczności, ale samo zjawisko jest godne zauważenia. W ogóle głos kobiecy w męskim wykonaniu przeżywa istny renesans. Talia artystów się powiększa, koncerty na świecie cieszą się wielką popularnością. A w tle zawsze pozostanie barok. Właśnie owe połączenie kunsztu wokalnego z muzyką epoki buduje niezapomniane wrażenia artystyczne. Ale mimo atrakcyjnej formuły koncertu to przestrzeń teatralna wydobywa z utworów więcej, ciekawiej, oryginalniej. A gdy za realizację zabierze się realizator wytrawny, słuchający dźwięków, rozumiejący scenę i przekaz, to wówczas powstaje widowisko zacne – interesujące i dojrzałe. Właśnie taką premierę przygotował zespół Warszawskiej Opery Kameralnej. Na afiszu Antonio Vivaldi i mniej znana w naszym kraju kompozycja Judyta triumfująca.

W oryginale rzecz osadzona w czasach Nabuchodonozora, który posyła wojsko pod wodzą Holofernesa, aby ukarało Judeę, która odmówiła finansowania wojny. Miasto Betulia broni się. Młoda wdowa Judyta wyrusza do obozu oprawców. Oczarowuje dowódcę, któremu w akcie desperacji ucina głowę. W ten sposób ratuje swoją wspólnotę. Kompozytor, wykorzystując formę oratoryjną, ukazuje rolę kobiety rozdartą między powinnością a zbrodnią. To z jednej strony przedstawienie determinacji w imię wspólnej sprawy, ale również pogwałcenie własnych zasad wiary, sprzeniewierzenie się boskiej prawdzie. Realizacji owego dzieła podjęła się Maria Sartova, niegdyś śpiewaczka, dziś wzięta reżyserka, której prace można oglądać w naszych instytucjach muzycznych. Inscenizatorka, podążając za literą libretta, zmienia przestrzeń zdarzeń. Nie ma odległej Judei, ale bliski świat zagłady z okresu drugiej wojny światowej. Przestrzeń małej sceny została zabudowana kolumnadą i lustrami weneckimi. Ów uniwersalizm skonstruowany przez Damiana Styrnę posiada dwa uzupełnienia na proscenium. To fragmenty lasu, zastygłe drzewa, które niosą tajemnicę jak niemi świadkowie zdarzeń. W konary wpleciony jest rower a także macewa. Drobne, symboliczne zaznaczenia świetnie definiuje pole wydarzeń. Dodatkowo uwertura wzbogacona jest sceną żydowskiego wesela, przemocowego ataku wojsk, mającego znamiona pogromu, które niweczy pokój a buduje wojnę. Co więcej, upodla ludzi, którzy zostają odarci z ubrań na rzecz jednakowych drelichów. Konstrukcja dwóch różnych światów – podbitych i podbijających jest jasnym ukazaniem upokorzonych i dekadentów. Akcja rozgrywa się w obozie Holofernesa i to świat dziczy, zwyrodnienia, patologii, wyuzdania i perwersji. Owe tło, wykorzystujące chór i tancerzy, mocno działa na wyobraźnię. Również przeniesienie akcji do czasów nam nieodległych to zabieg udany. Bowiem nie posiada znamion bezmyślnego osadzenia w określonym czasie, ale jest świadomą i dobrze przygotowaną konstrukcją adaptacji dzieła operowego. Główni protagoniści – wódz wojsk oraz młoda niewiasta – prezentują dwa kosmosy, światy. Sartova dobrze je nakreśla. Tym samym staje po stronie zdegradowanych, jasno usprawiedliwiając czyn Judyty jako powinność bożą w imię słusznej sprawy.

W owej operze ważną rolę odgrywają soliści. I choć jest to utwór kobiecy, to wygrywa jedyny w obsadzie partii głównych mężczyzna. Baryton Kamila Pękali jest mocny i dźwięczny, a postura demoniczna. Świetnie odtwarza najeźdźcę, ale także napalonego kochanka. Judyta Weroniki Rabek jest nieśmiała i wycofana, a głos ma niezwykle delikatny. Swoją pewnością i aktorskim kunsztem pokonuje ją jej służąca Abra – Joanna Radziszewska. Największe brawa należą się powiernikowi wodza Vagausowi – Sylwii Stępień. Na pierwszy rzut oka delikatna, ale o sile i barwie głosu ciekawej, a co więcej pewna i oddana sprawie niszczenia tego, co napotka. Równie udanie brzmiała wokaliza Jadwigi Postrożnej jako Oziasa – duchownego, utrzymującego lud w wierze, ale również w walce o słuszną sprawę. Jasnym punktem jest orkiestra Musicae Antiquae Collegium Varsoviense pod kierunkiem Hugo Reyne, mistrza fletu i oboju, o polskich korzeniach. Pod jego batutą zespół muzyczny grał sprawnie, stając się idealnym partnerem dla wykonawców, ale również zniuansowanie interpretował dzieło mistrza baroku.

W tym świecie pozytywów pojawia się jednak zgrzyt. Występuje on ostatnio niezwykle często i można podkreślać go do znużenia – tło taneczne. Przygotowany dla nich układ przez Emila Wesołowskiego, delikatnie mówiąc to nieporozumienie. Zastanawiającym jest, że niegdysiejszy szef baletu Teatru Wielkiego w Warszawie, twórca wielu realizacji, przygotował tandetne i prymitywne przejścia, którym bliżej do wybryków w domu publicznym, ale nie jako wstawka w tejże operze. Jest to trywialne, puste, pozbawione sensu. Wręcz niesmaczne. Ale z owego drugiego planu wielkie brawa należą się Yaroslavowi Muravetsowi. To kilkunastoletni chłopiec, który świetnie odgrywa rolę. Całym sercem oddaje się scenicznej wizji, a widzowie wierzą w jego ból oddzielenia od matki, samotności z siostrą i szczęścia ponownego pojednania. Bowiem Sartova jest wielką admiratorką, że po burzy przychodzi pokój. Ostatni hymn jest zwiastunem radości. Ale może to płonna nadzieja, gdyż żyjemy w świecie wstrząsów i codziennych wojennych zbrodni.

Wieczór w Warszawskiej Operze Kameralnej to rzecz o poświęceniu, sile kobiet i wyzwoleniu. Koresponduje z tym, co wokół nas. Doskwiera i boli, gdy musimy dokonywać wyborów w imię wyższej sprawy. Judyta zwyciężyła, z nią lud Judei. Ale czy naprawdę potrzebne są wojny? Niech dźwięki Vivaldiego będą przestrogą i pacyfistycznym wezwaniem. Pokój i współdziałanie – to hasła na wieki.

Judyta triumfująca, Antonio Vivaldi, reżyseria Maria Sartova, kierownictwo muzyczne Hugo Reyne, Warszawska Opera Kameralna, premiera: październik 2023.

                                                                                [Benjamin Paschalski]

DZIKO-POLACY – „WYZWOLENIE” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

DZIKO-POLACY – „WYZWOLENIE” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

Długo oczekiwałem na ten dzień. Często, przechadzając się po Targu Węglowym w Gdańsku, spoglądałem na inwestycję rewitalizującą Teatr Wybrzeże. Straszące puste wnętrze, następnie nowe okna, a dziś okazały budynek. Bryła pozostała, ale to co można zobaczyć w środku jest zupełnie nowym światem. Piękne wnętrze foyer, żyrandole, kręte schody. Całkowicie nowa zewnętrzna przestrzeń antresoli z widokiem na krajobraz Starego Miasta wzbogaca radość powrotu dużej sceny instytucji. W ten symboliczny sposób dyrektor Adam Orzechowski spełnił oczekiwania widzów. Dopełnił bowiem renowacji wszystkich przestrzeni, przekazując do dyspozycji pracownic i pracowników, a w szczególności publiczności, cztery nowoczesne, różnorodne przestrzenie artystyczne.

ŁÓDZKIE SPOTKANIA BALETOWE 2024 – DLACZEGO JESTEM NA NIE

ŁÓDZKIE SPOTKANIA BALETOWE 2024 – DLACZEGO JESTEM NA NIE

Raz na dwa lata w Łodzi odbywa się święto baletu. I impreza, która przeżywała swój renesans w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku, dziś chyba funkcjonuje siłą inercji, bowiem nie ma pomysłu co z nią można zrobić i jak powinna wyglądać. Przypadkowość programu już od kilku edycji jest zadziwiająca. Jednak co innego jest bardziej zastanawiające. Nazwa wydarzenia zawiera słowo „balet” a to nie „taniec”. Owszem dwa zjawiska funkcjonują obok siebie, ale nie ma między nimi znaku równości. Obecnie w naszym kraju mamy wiele festiwali tańca, a łódzka impreza szczyciła się właśnie ową odmiennością – hołdu dla sztuki baletowej.