ŚPIĄCA W RÓŻU – „ŚPIĄCA KRÓLEWNA” – ZESPÓŁ TANECZNY LANDESTHEATER W LINZU

ŚPIĄCA W RÓŻU – „ŚPIĄCA KRÓLEWNA” – ZESPÓŁ TANECZNY LANDESTHEATER W LINZU

Są balety, do których można powracać oraz przeżywać za każdym razem, gdy je się zobaczy kolejny raz. Choć dziś, w naszym kraju, nie spotkamy twórczości Piotra Czajkowskiego, to właśnie ten kompozytor pozostaje najważniejszym artystą muzyki baletowej. W tym sezonie, chyba już dwukrotnie, wzruszenia towarzyszyły podczas tanecznej baśni – Śpiąca królewna. Dwa różne wydarzenia, dwie choreografie: Marcii Haydee oraz Matthew Bourne’a. Dwa odmienne spojrzenia. Pierwsze przesycone klasyką, duchem zespołowości i indywidualizmu solistów. Wersja z Londynu to już inny świat. Przepełniona odwołaniami do współczesności i popkultury, stanowiła nowe odczytanie odwiecznej opowieści wywiedzionej z bajki Charlesa Perraulta. Do trzech razy sztuka. Tym razem padło na wykonanie w austriackim Linzu. To dobry przykład do kilku uwag i drobnych komentarzy. To miasto dwustutysięczne z pokaźnym zapleczem kulturowym, w którym ważną rolę odgrywa Landestheater skonstruowany jako centrum sztuk z operą, operetką, musicalem, teatrem dramatycznym i oczywiście zespołem tanecznym. Od dziesięciu lat kompania posiada, oprócz Schauspielhausu, w samym centrum miasta także Musiktheater. To ogromny budynek, z przepiękną salą widowiskową. Owa dekada to ponad dwieście premier, nieskończona rzesza spektakli, spotkań i wydarzeń. To miejsce żyje, repertuar się przeplata, a publiczność chętnie odwiedza przybytek kultury. Linz to miasto sztuki. Nad samym Dunajem znajduje się Brucknerhaus – przestrzeń, właściwie więcej niż jedna sala, dedykowana muzyce poważnej, ale i lżejszym formom. Tu też nie brakuje odbiorców. Przechadzając się wzdłuż rzeki można nie tylko odpocząć na rozległych skwerach, ale również wstąpić do pobliskiego muzeum. I miejsc tego typu w przestrzeni miasta jest więcej, dużo więcej. To świetny przykład jak można inwestować w sztukę, ale także fenomen uczestnictwa oraz dostępu do kultury. Teatr w Linzu to olbrzymie przedsiębiorstwo, które jest typowe dla całego obszaru niemieckojęzycznego. Również, co nie dotyczy dużych ośrodków, poszczególne grupy artystyczne, to zespoły nieduże, nieprzygotowane do wystawień na przykład wielkich dzieł baletowych. Od sezonu 2020/21 szefową tańca jest Roma Janus, która kieruje szesnastoosobową kompanią. Zazwyczaj, w mniejszych miastach, to właśnie rolą menadżera, a nie tylko lidera artystycznego, jest znalezienie adekwatnego repertuaru. Wielokrotnie wielkie ambicje należy odłożyć na bok i mierzyć się z rzeczywistością. A efekty mogą być zaskakujące. Dlatego w niedużych ośrodkach powstają wielokrotnie prace odkrywcze i nowatorskie. Tu nie ma podziału na gwiazdy i tło. Jest jeden zespół, który jest zobligowany do bycia na scenie przez cały spektakl. Bez wytchnienia i odpoczynku uczestniczyć w produkcji artystycznej. Ten uniwersalizm jest niezwykle ciekawy, bowiem musi to być zgrana drużyna gotowa do przygotowania różnorodnych zadań. W tym sezonie Roma Janus zaprosiła do współpracy między innymi Andreya Kaydanovskiego. Ten urodzony w Moskwie artysta, przez chwilę – w okresie dyrekcji zespołem w Bayerische Staatsoper Igora Zełenskyego, partnera Kateriny Tikhonovej, drugiej córki Władimira Putina, odsuniętego od pracy po agresji rosyjskiej w Ukrainie – pełnił funkcję choreografa-rezydenta. Z tego okresu zapisała się, pokazywana również w transmisji w czasie zarazy, Zamieć wzorowana na utworze Aleksandra Puszkina. Niestety produkcja nie należała do udanych, gdyż mrok i ciemność pokryły scenę, a ruch okazał się ciężki i bezbarwny. Nie pomogła muzyka Lorenza D’Angela, która przytłaczała, a nie ożywiała akcję. Nie zmienia to faktu, że ścieżka kariery Kaydanovskiego wygląda imponująco, a szerszemu gronu odbiorców znany jest z jednego z koncertów noworocznych Filharmoników Wiedeńskich, gdy z baletem Opery stolicy Austrii przygotował dwa taneczne fragmenty. Spotkanie w Linzu okazało się ciekawym doświadczeniem, gdyż artysta odrzucił całą baśniowość, budując własną, indywidualną, ciekawą opowieść.

Jednym z najważniejszych elementów pracy choreografa jest warstwa muzyczna. Tło stanowią wyimki z Czajkowskiego, ale również przestrzeń dźwiękowa opracowana przez bułgarskiego artystę Angela Vassilieva. I owe kompozycje się przenikają, przeplatają. Układ klasyczny to świat ułożony, a współczesne opracowanie – odzwierciedla nieznane, strach, ale również chęć poznania. Praca Kaydanovskiego zbudowana jest na kontraście dwóch światów. Sztucznego, wyidealizowanego oraz otwartego i dzikiego. Ten pierwszy to królestwo, pałac, luksus. Ideał. Tu należą się wielkie brawa parze scenografek za: dekoracje (Karolina Hogel) oraz kostiumy (Melanie Jane Frost). To świetnie przemyślana koncepcja. Całość to tonacje różu, barwy wyidealizowanej, przesłodzonej, jak wata cukrowa z odpustu. Ten świat jest pełen sztucznej ogłady i fasadowego przepychu. Nie wolno chodzić w butach – bo to zło, które się skrada i jest wielkim niebezpieczeństwem! Ten idealny, egoistyczny obraz składa się z cnót: urody, mądrości, bogactwa i siły. Cóż z tego jak nowo narodzone dziecko, księżniczka Aurora, owszem jest w centrum uwagi, ale raczej przechwalania się dobrodziejstwami, a nie korzystania z ich mocy. Analogicznie rodzice zapatrzeni są w siebie i swoje powodzenie. Dziewczynka, w tym różowym świecie jest na drugim planie. Do czasu pojawienia się Carabosse. Nie ma przekłucia palca wrzecionem, snu na sto lat i pięknego księcia. Jest prezent – buty, które chwieją w posadach idealnym królestwem i powodują tragedię – wypadnięcie księżniczki z okna. Odnajduje się ona w świecie natury – zwierząt, które są czymś odmiennym od dotychczasowej codzienności. Carabosse to nie mściwa czarownica, ale swoista nauczycielka życia, która burzy rękoma Księcia Desire, będącego zwyczajnym wiejskim chłopakiem, ten wyreżyserowany do granic możliwości świat rodzinnej, pseudo ciepłej, atmosfery. Aurora, w czerwonych butach, chce go zdobyć. Odtrąca kawalerów, ale nie można przeciwstawić się tradycji. I wbrew oporom własnego wnętrza, które odrzuca związek i relację, zgadza się na zamążpójście. Znów bez butów wkracza do przeszłości – schematu i uzależnienia od zobowiązań rodzinnych.

Kaydanovskiy zrealizował balet z psychologicznym kluczem. Ukazał jak rodzinna dominacja, a tak naprawdę egoizm, niszczy więzi i relacje. Jak ważna jest samodzielność i odwaga do podejmowania decyzji. A co najważniejsze wybór, który winien być autonomiczny oraz niezależny. Różowe otoczenie przypomina scenografię do Blacklandu Arpada Schillinga. Tam również w idealniej przestrzeni, wykończonej różanym szlakiem pokoju dziecinnego, rozgrywała się akcja lustrzanego odbicia społeczeństwa niedużego państwa w Europie – Węgier. Dziś, w baletowej formule, widzimy co znaczy wychowanie dziecka, jak nie można przesłodzić, a może warto mieć taką ciocię, albo wujka jak Carabosse, która pokaże inny świat. Bo za oknem nie panuje cisza, ale toczy się życie. Ciekawsze, odmienne, realistyczne. To zestawienie jest otrzeźwiające i dające do myślenia. Taniec Kaydanovskiego jednocześnie przyciąga i odrzuca. Nie jestem orędownikiem tego typu choreografii. Wydaje się ona banalna, nie ma technicznych trudności, ale wciąga. Jest lepka jak dłonie po czekoladzie, tylko warto je umyć, bo można się pobrudzić. Jest coś dziwnego w tym układzie, bo widać zapał tancerzy, poświęcenie, ale jest to wykonanie w pół drogi, jakby ograniczone inwencją twórcy. Nie zmienia to faktu, że koncept wygrywa z pracą choreograficzną. Artysta skompletował świetny zestaw współpracowników, którzy stworzyli widowisko komplementarne, podszyte ironią i humorem. W warstwie intelektualnej, odkrywczej, gdzie jak echo pobrzmiewa znana baśń o Śpiącej królewnie, jest to perfekcyjne wykonanie zadania. Ale tam, gdzie Kaydanovskiy jest wyszkolony i wykształcony pobrzmiewa nuta zawodu i niedowierzania, że tej klasy, choć młodego wieku, twórca popełnia błędy lub pozostawia luki artystycznej niemocy.

Zespół taneczny Landestheater w Linzu to zgrana kompania. Mimo owego wyrównanego poziomu na pierwszy plan wybija się Elisa Lodolini, która niewinna jako dziecko zmienia się w dojrzałą księżniczkę świadomą swoich wyborów i praw. Jej taniec jest ciekawy, a osobowość taneczna zauważalna. Artystom towarzyszyła Bruckner Orchester Linz pod kierunkiem stałego kapelmistrza teatru Ingmara Becka. Zespół muzyczny gra równo i głośno, bez nastroju i wzruszenia. Jednak w tym przypadku było to konieczne, nawet owa ostrość była wskazana. Dopełniającym elementem stała się warstwa dźwiękowa, idealnie współgrająca z wykonaniem na żywo.

Śpiąca królewna w Linzu, choć nie ma rzeczywistego snu, jest śnieniem o dzieciństwie, którego lepiej nie mieć i dorastaniu, które przychodzi na chwilę, aby szybko powrócić do rodzinnych powinności. To również przykład pracy lokalnego zespołu baletowego – czym jest, co znaczy i jakie posiada zadania w małym ośrodku kultury. Kaydanovskiy może nie zrewolucjonizował świata austriackiego miasta, ale pobudził do refleksji. Jednak kolejnym razem warto pomyśleć o inwencji tańca, aby powstało pełne dzieło – jednocześnie do zadumy, a także estetycznego przeżycia.

Dornroschen (Śpiąca królewna), Piotr Czajkowski, Angel Vasiliev, choreografia Andrey Kaydanovskiy, zespół taneczny Landestheater w Linzu, premiera: grudzień 2022.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Ashley Taylor



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *