Autor: admin

BALETOWY SZEKSPIR – „SHAKESPEARE DOUBLE BILL” – THE NATIONAL BALLET OF JAPAN W TOKIO

BALETOWY SZEKSPIR – „SHAKESPEARE DOUBLE BILL” – THE NATIONAL BALLET OF JAPAN W TOKIO

Ostatnim laureatem „Złotego Yoricka”, nagrody dla najlepszej inscenizacji Szekspirowskiej podczas festiwalu jego imienia w Gdańsku został Romeos & Julias unplagued. Traumstadt w wykonaniu Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu oraz Bodytalk w Munster. To odmienne, od dotychczasowych, uhonorowanie ma swój wieloznaczny wymiar. Nie jest bowiem tylko ukłonem dla tanecznej sceny, ale wskazuje, że czasem właśnie bez słów można inaczej, lepiej, dosadniej czy odmiennie zinterpretować dramaty nieśmiertelnego Williama Shakespeare’a. Sztuka baletowa od dawna czerpie z bogatego zbioru dramatopisarza. Ikoniczna jest Romeo i Julia do muzyki Sergiusza Prokofiewa, która gościła na wszystkich scenach świata w niezliczonej liczbie choreografii.

UCIECZKA DO ROCKOWEJ WOLNOŚCI – „WE WILL ROCK YOU” – TEATR MUZYCZNY ROMA W WARSZAWIE

UCIECZKA DO ROCKOWEJ WOLNOŚCI – „WE WILL ROCK YOU” – TEATR MUZYCZNY ROMA W WARSZAWIE

Istnieją kultowe lody, lizaki i gumy do żucia, które pamiętamy z dzieciństwa. Ale również pamięć przywołuje ikoniczne muzyczne utwory młodości. Z jednej strony Lady Pank, Republika, ale również jako metafora podporządkowania, w warstwie dosłownej, szkolnej opresji, a szerzej reżimu politycznego sprzed 1989 roku – The Wall Pink Floyd. Rock zawsze będzie synonimem wolności, swobody, niezależności. Wyrazem ekspresji nie tylko w warstwie muzycznej i słów utworów, ale również nonkonformistycznego stylu słuchaczy i odbiorców, którzy tworzyli nie tylko środowiska wiernych fanów, ale również formy subkultury młodzieżowej. Gdy wspominam młode lata, to widzę mojego brata i jego „ucieczkę” do wolności poprzez irokeza na głowie stawianego na cukier, farbowania na kolorowo jeansów w garnku, który nadawał się do wyrzucenia, a także marzenie o wyjeździe do Jarocina.

Wszystkie tatuaże Eryka i człowieczeństwo Filipa – Recenzja filmu „Filip”

Wszystkie tatuaże Eryka i człowieczeństwo Filipa – Recenzja filmu „Filip”

Kto z nas nie zastanawiał się, jak zachowałby się w czasie wojny? Czy byłbym odważny, czy jednak nie? Jak wyobrazić sobie, że nasi dziadkowie i nasze babcie, którzy przeżyli koszmar konfliktu potrafili później nie tylko dalej żyć, ale zakładać rodziny, uśmiechać się do siebie, cieszyć się z drobiazgów. Podziwiałem moich Dziadków i Babcie za tę umiejętność życia, nieustającego poszukiwania radości i bycia szczęśliwymi… czy byli?  Jak głęboko musieli pochować swoje wojenne wspomnienia? Bo z pewnością blizny przeżyć mieli

ogromne. Na te pytania pewnie nie znajdziemy i tym razem odpowiedzi. Bo nie na te pytania mamy odpowiedzieć sobie dzięki Filipowi. To nie jest kolejny o wojnie ani film wojenny, z rodzaju np.: Dunkierki, Na zachodzie be zmian, Katynia, czy Miasta 44,. Tych, jak wiemy powstało mnóstwo. Nie jest to również opowieść przede wszystkim o losach Żydów, jak Pianista czy Lista Schindlera. Choć w pewnym stopniu obserwujemy perypetie głównego bohatera, ukrywającego właśnie informację o swoim pochodzeniu przed nienawistnym światem hitlerowskich Niemiec. Wojna jednak stanowi w tym wypadku jedynie tło. To film o prawdziwym człowieku, niejednoznacznym, jego namiętnościach, który nie rozumie bestialstwa wojny, nie chce go zrozumieć, a może nawet sam staje się w pewien sposób okrutny. To obraz wewnętrznego rozdarcia, niezgody na zło i bezlitosność. Scenariusz oparty został na motywach powieści Leopolda Tyrmanda pod tym samym tytułem.

Film pt. Filip niesie niezwykle szeroki wachlarz przeżyć, choć szczęścia raczej tam nie znajdziemy, co najwyżej jego okruchy w ulotnych chwilach uniesień. Jak przyznał w rozmowie po seansie, Eryk Kulm Jr., który wcielił się w rolę głównego bohatera „bardzo długo wychodziłem z tej roli” i chyba jeszcze trochę w niej tkwi. Nic dziwnego – to adaptacja złożona, naszpikowana emocjami, przez co czujemy, że każdy nasz mięsień, jak u Filipa, zastyga w napięciu.

Jest rok 1941. Getto w Warszawie obserwujemy przez pryzmat dobrze radzącej sobie w ponurej rzeczywistości żydowskiej rodziny szczęśliwego Filipa i jego dziewczyny Sary (Maja Szopa), której oświadcza się chwilę przed ich wspólnym premierowym występem w kabarecie. Widowisko się rozpoczyna i nagle do sali wkraczają niemieccy żołnierze, którzy zaczynają strzelać. Sara ginie wraz z rodziną głównego bohatera. Tytułowy Filip (w tej roli bezapelacyjnie rewelacyjny Eryk Kulm Jr.) ucieka z piekła wojennej Warszawy i odnajdujemy go we Frankfurcie, dwa lata później, w 1943 roku, w centrum hitlerowskiego świata, pracującego jako kelner w restauracji ekskluzywnego hotelu. Przyjmując postawę obywatela świata, który – jak nam się wydaje po tym, co przeżył – ten młody człowiek nie jest już zdolny do uczuć i emocji, bez zaangażowania uwodzi co i rusz nowe kobiety, korzysta z życia w luksusie, wielokrotnie uciekając śmierci. Zespół kelnerów, baristów, somelierów i boyów hotelowych, czyli środowisko, w którym znalazł się Filip to niezwykła zbieranina emigrantów z całej okupowanej Europy. Są wśród nich: dwaj Holendrzy, Włoch, Czech, Belg, Węgier oraz najmłodszy z nich – Niemiec o imieniu Jupp. Filip, który uchodzi za Francuza, skrzętnie ukrywa swoje żydowskie pochodzenie. Ten multikulturowy miks barwnych osobowości, nieujawnionych życiorysów, niejasnych przeszłości, reprezentujących narody podbite okupowanej Europy, to w zasadzie cały obecny świat Filipa – jego tu i teraz.

Z Polski pomógł mu wydostać się Staszek (w tej roli przekonywający Robert Więckiewicz), zarządca fabryki, zatrudniającej robotników z Polski. Załatwił Filipowi potrzebne papiery i wymyślił historię mającą zataić, fakt, iż jest Żydem, który uciekł Polski. Staszek ma wszystko. W jednej ze scen sam przyznaje, że w Polsce giną polscy chłopcy, a on żyje sobie spokojnie, ma wszystko, nawet w nadmiarze: jedzenie, trzy garnitury, buty, codziennie inną kobietę. To świetnie zarysowana, wyrazista drugoplanowa postać. Ujawnia się w niej ta niesamowita sprzeczność, w której radość z przeżycia mimo wojennej zawieruchy mieszają się z wyrzutami sumienia, że się żyje spokojnie, a nie walczy z okupantem. To potworne poczucie winy doprowadzi go w końcu do samobójstwa. Ale zanim to nastąpi Staszek załatwi Filipowi paszport – pozwalający mu jako bezpaństwowcowi podróżować gdziekolwiek zdecyduje. To dokument na wagę złota, może otworzyć Filipowi drzwi do ucieczki w każdej chwili. Ale ten początkowo odmawia przyjęcia prezentu – nie chce wyjeżdżać z Frankfurtu, bowiem czuje się dobrze w miejscu, w którym się znalazł. Wydaje się, że po ucieczce z piekła getta, teraz jako kosmopolita w centrum nazistowskich Niemiec ma wszystko czego mu trzeba: dach nad głową, pracuje, cieszy się względną stabilizacją, dostępem do luksusu, romansuje z kobietami, pije drogie wina, dzięki sprytowi i sprzyjającym okolicznościom cieszy się swobodą w niemieckim mieście. Ale podskórnie czujemy, obserwując Filipa w mroku korytarzy hotelowych, że tak nie jest. Prowadzi on bowiem swoją walkę – walkę wielowymiarową. Jedna jej warstwa to starania o przetrwanie, ale druga to zuchwała rozgrywka z oprawcami. To zuchwałość wobec sytuacji w jakiej się znajduje. Filip jest bohaterem z krwi i kości, z emocjami, blaskami i cieniami charakteru zwykłego człowieka – poraniony i wściekły na to co jest wokół, wcale nie jest pogodzony z sytuacją, jak mogłoby nam się wydawać na początku. Wydaje się, że wojna stopniowo niszczy w nim człowieczeństwo. Choć z jednej strony chciałby spokoju, ale nie jest w stanie milczeć, kiedy okrucieństwo dzieje się tuż obok.

Warto wspomnieć, że w tamtych latach w trosce o czystość niemieckiej krwi związki między cudzoziemcami a Niemkami były surowo i bezwzględnie karane w nazistowskich Niemczech. Kobietom golono głowy, a mężczyzn wieszano lub rozstrzeliwano. Zastanawiające jest jednak to, że żadna z niemieckich kochanek Filipa nie zwraca uwagi, jakby nie zauważała żydowskiego pochodzenia Filipa – nic o tym nie słyszymy. Czy pokusa zbliżenia, z młodym, przystojnym mężczyzną, chwila jego atencji i przyjemności sprawia, że nie przestaje to być istotne czy one po prostu wypierają tę wiedzę? A może jest to zwykła luka w scenariuszu – jednak na tę bym nie stawiał, biorąc pod uwagę dbałość o szczegóły, widoczną w pozostałym materiale zarówno w warstwie scenariusza, wspaniałej scenografii, jak i kostiumów.

W grupie pracujących kelnerów Filip ma jednego przyjaciela. To Pierre (Victor Meutelet), pogodny, spokojny, prostolinijny Belg, z którym Filip dzieli swój skromny, wręcz obskurny pokój, spędza czas wolny od pracy i rozmawia po francusku. Ta dwójka poznaje młodą Niemkę, kontestatorkę opresyjnego systemu hitlerowskich Niemiec, szczęśliwie uchylającą się od wszechobecnych nakazów i łamiącą zakazy totalitarnego reżimu, nihilistkę Blankę (Zoë Straub). Cała trójka raczy się podkradanym z hotelu przez Pierre’a trunkiem. Niemka – nie dała się uwieść reżimowi ani nie dała się złamać, zastraszyć i oparła się tej strasznej machinie. Poniosła za to karę potępienia i wykluczenia, ale dla innych – między innymi tych wykluczonych – pozostała przyzwoitym Człowiekiem, o czym przypomni jej, nad wyraz delikatnie w jednej ze scen. 

Wydaje się, że cynizm Filipa oraz jego sytuacja się nie zmienią. A jednak, kolejne wydarzenia zaskoczą. Przekonujemy się, że nic nie pozostanie takie, jak nam się wydawało. Któregoś dnia, w czasie jednego z beztroskich wypadów na miejski basen uwagę Filipa skupia młoda dziewczyna. To Lisa, Niemka (w tej roli Caroline Hartig) mieszkająca i pracująca we Frankfurcie. Filip zaczepia ją, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Lisa odrzuca natręta. Wówczas na Filip zapowiada Pierre’owi, że rozkocha w sobie tę młodą dziewczynę, wykorzysta a następnie porzuci. To taka jego strategia walki, jego autorska, straceńcza forma zemsty za to potworne okrucieństwo, którego doświadczył i w którym żyje na co dzień, za to co Niemcy zgotowały jemu i innym, a może …  tylko jemu. 

Romans między Filipem a Lisą z czasem rozwija się i widzimy jak tych dwoje, mimo wszystko zakochuje się w sobie. Jak się okazuje, w hotelu, gdzie pracują główni bohaterowie ma się odbyć wkrótce wyjątkowa uroczystość – wesele krewnej wpływowego oficera Wehrmachtu, wyjątkowego oprawcy. Frankfurt doświadcza nalotów, a wydarzenia nabierają złowieszczego tempa. Filip spotyka też znajomą z Polski, która okaże się nie być tą, za którą się podaje. W tej roli przekonująca Sandra Drzymalska. Przypadek ten istotnie wpłynie na rozwój historii. Wraz ze zbliżającą się uroczystością w hotelu misternie utkany świat Filipa zaczyna się powoli rozpadać. Widz czuje to bardzo dobrze. Wojna upomina się o swoją zapłatę za chwilowy spokój w życiu bohaterów. Tak rozpoczyna się seria kolejnych, potwornie bolesnych strat Filipa. Pojawia się świeża warstwa bólu, która nakłada się na tę nieco przygasłą z getta w 1941 r., acz wciąż niezapomnianą traumę utraty najbliższych. Czy Filip może pozwolić sobie jeszcze na szczęście, może już go nie chce… Zamyka się za nim dotychczasowy świat.

Muzyka w tym filmie jest niezwykła. Warto wspomnieć, że odpowiada za nią Robot Kocha, a nad dźwiękiem czuwali Kacper Habisiak, Marcin Kosiński i Mariusz Wysocki. W chwilach przesilenia słyszymy równomierny bit – to bicie serca Filipa… w zestawieniu z silnym, stanowczym wzrokiem mocnego człowieka – działa to na widza jak hipnoza. Filip – to świetnie skrojona, uszyta na miarę współczesnych wymagań rozrywka, ale z nutą refleksji, taką, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Po zakończeniu projekcji kołacze się w głowie i powraca. Filmowi bohaterowie nie są jednoznaczni, czasami nawet sprzeczni, a tym samym niebanalni, ale przede wszystkim bardzo prawdziwi. To wspaniały przekrój ludzkich postaci i reakcji na wojenny koszmar. Poza wyjątkowym Kulmem w roli tytułowego bohatera i wspomnianymi już postaciami, należy wskazać niewielką, acz istotną dla dramatyzmu obrazu kreację Josepha Altamura wcielającego się w pogodnego Włocha – kelnera Francesco oraz Gabriela Raaba, który świetnie zagrał wydawałoby się delikatnego, acz bezwzględnego, okrutnego, niemieckiego oficera.

 W tej ekranizacji zło miesza się z dobrem, zobojętnienie z zemstą, emocje z ich brakiem i ta niejednoznaczność przeżyć, ich wpływu na bohatera skłania nas do kolejnych powrotów do tego filmu, do wybranych dialogów, obrazów wrażeń i emocji. To studium poranionego człowieka w wyjątkowo okrutnym czasie. Myślę, że będę wracał do rozważań nad naturą człowieka i do tego obrazu nie raz.

Eryk Kulm Jr. jest młodym, dopiero 32-letnim aktorem i na szczęście cała kariera przed nim. Jak podkreślił w jednym z wywiadów reżyser filmu Michał Kwieciński, że Kulm „jest aktorem wyjątkowym, niepodobnym do nikogo innego”. I to prawda.  Laureat nagrody im. Zbyszka Cybulskiego 2022 przyznawanej młodym aktorom wyróżniającym się wybitną indywidualnością, w tym wypadku zarolę w filmie Filip, Kulm Jr. w rozmowie tuż po filmie przyznał, że scenariusz filmu otrzymał 3 lata przed rozpoczęciem zdjęć. Miał wiele czasu, dużo swobody i przestrzeni, by przygotować się do roli, by w nią wrosnąć, zespolić się z nią. Przez rok uczył się języka niemieckiego. A, że słuch ma świetny to i francuski, i niemiecki brzmią u niego świetnie. Przyznał też, że gdyby każdy z aktorów miał taki komfort pracy i przygotowań jak on, wielu grałoby nadzwyczajnie. Słuchając go w czasie spotkania zaraz po seansie, miałem wrażenie, że albo Eryk stał się Filipem, a może to Filip gra teraz Eryka. Te dwa byty – nierealny i ten realny – pozostają wciąż połączone silną więzią. Jak sam Aktor przyznał ma wytatuowane dwie twarze – jedną radosną, a drugą smutną nie dlatego, że jest aktorem. A to dlatego, że na co dzień, w niemal każdej chwili mieszają się w nim jednocześnie oba te stany: radości i smutku. Kulm Jr. jest melancholijny, ale uśmiecha się tym szelmowskim uśmieszkiem również do nas jako Filip, uwodząc świadomie lub nie swoich widzów. Jednak gdzieś w jego oczach odnajdziemy ten ciężki bagaż przeżyć Filipa – który, jak się wydaje – pozostanie jeszcze jakiś czas, a może i na zawsze, nie tylko na skórze, ale i w samym Eryku.

Sądzę, że nieuchronnie nadchodzi czas Kulma Jr. – lata 20. XXI w. to będzie jego moment, czas Eryka. Filip miał swoją chwilę – dokładnie wiek wcześniej. Jak szczerze przyznał Eryk Kulm Jr., ma nadzieję, że dostanie kiedyś upragnionego Oskara, którego kto wie – może … przetopi na zegarek. A następnie z nim na ręku w jakimś barze zamówi flaczki, czując, że osiągnął właśnie to, czego chciał, na swoich warunkach. Czekam z niecierpliwością na kolejne wcielenia tego młodego, ambitnego aktora. I jestem przekonany, że tak jak w Filipie będzie niezwykle człowieczy.

FILIP, 2022, Polska, reż. Michał Kwieciński

Film uzyskał nagrodę Srebrne Lwy na 47 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2022 r. a ponadto nagrodę za zdjęcia dla Michała Sobocińskiego oraz nagrodę za charakteryzację dla Dariusza Krysiaka.

[Marcel z Kraśnika]


Foto: Jarosław Sosiński, Akson Studio

WRACAJĄ – Powroty fantastycznych lokacji

WRACAJĄ – Powroty fantastycznych lokacji

Na warszawską mapę gastronomiczną wracają dwa świetne adresy. Już niedługo będziecie mogli odwiedzić Nocny Market oraz Prochownię Żoliborz (w jej oryginalnym wydaniu). O ile powrót działalności street foodwego targu na Kolejowej był raczej pewny, to comeback kawiarni w Parku Żeromskiego jest piękną niespodzianką. Prochownia Żoliborz 

KOBIETY – KRYZYS – KLASYKA, CZYLI BALETOWE PLANY 2023/24

KOBIETY – KRYZYS – KLASYKA, CZYLI BALETOWE PLANY 2023/24

Dziś 29 kwietnia – Międzynarodowy Dzień Tańca. Losy nowożytne tejże sztuki wiążą się z Katarzyną Medycejską, która po małżeństwie z Henrykiem II na dwór francuski sprowadziła z Włoch balet dworski, a wraz z nim mistrza Balthazara de Beaujoyeux. Tenże w roku 1581 wystawił Ballet Comique de la Reyne uznany za pierwsze w historii widowisko baletowe. Dla owej historii szczególną postacią był Jean-Georges Noverre, który stworzył balet d’action będący samodzielną formą artystyczną. Dzień chrztu tegoż francuskiego tancerza i choreografa to właśnie data dzisiejszego święta. Przez kolejne dekady sztuka tańca dotarła na wszystkie kontynenty, zachwyca odbiorców, urzeka kolejne pokolenia i ukazuje generacje twórców. Przed nami, już za kilka miesięcy, kolejny sezon artystyczny – 2023/24.

OFIAROWANIE – „LIGHT OF PASSAGE” – NASJONAL BALLETTEN W OSLO

OFIAROWANIE – „LIGHT OF PASSAGE” – NASJONAL BALLETTEN W OSLO

Zdarzenia polityczne i społeczne nie stanowią kręgu zainteresowań twórców baletowych, zupełnie odmiennie niż ma to miejsce w teatrze. Tu właśnie nasza współczesność jest osią napędową reinterpretacji klasyki, a także tworzenia nowych tekstów dramatycznych. Nasza scena to wychwytujący barometr rzeczywistości, tego co w niej patologiczne, ale także warte podkreślenia, pochwalenia lub wykpienia. W ostatnich latach istotnym dla kreacji tańca stał się kryzys migracyjny. Nie ze względu na dużą liczbę projektów, ale ich znaczenie i artystyczny wyraz. Kilka tygodni temu, tancerze Opery Wrocławskiej, przygotowując wieczór baletowy, przedstawili pracę swojej szefowej Małgorzaty Dzierżon odwołujący się do owej społecznej tragedii i cierpienia. Z kolei na świecie szczególną pracą stała się realizacja Crystal Pite Flight Pattern. Przygotowana w 2017 roku w The Royal Ballet stanowiła niesamowitą, indywidualną artystyczną, ale również emocjonalną, wizję ludzkiej niemocy i zagłady. Ów sukces skutkował rozwinięciem owego pomysłu i stworzeniem pełnego spektaklu, zamkniętego w tytule Light of Passage z wykorzystaniem kompozycji Henryka Mikołaja Góreckiego III SymfoniiSymfonii pieśni żałosnych. Utworu szczególnego, w karierze naszego kompozytora, który ugruntował mu drogę na światowe estrady koncertowe. Trzyczęściowe misterium, złożone w warstwie wokalnej z trzech, różnych polskich tekstów, odwołuje się do relacji matka-dziecko. Utrata, rozstanie spowodowane tragedią i pożogą wojny. Owa boleść bijąca z muzycznego fragmentu stanowi genialne tło dla idei i konceptu Pite. Co ważne, kompozycje Góreckiego nie pierwszy raz goszczą na baletowej scenie. Kilkukrotnie, w swoich pracach, wykorzystywał je również Krzysztof Pastor. Szczególnie ważnym wydaje się, w tym kontekście, przywołanie pełnospektaklowego I przejdą deszcze… Tytuł wywiedziony z utworu Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, poruszał wątki naszej historii – od niepodległości do czasów Drugiej Wojny Światowej. Choreograf również ukazywał konteksty społeczne, relacje międzyludzkie, ból, cierpienie i zagładę. Owa muzyka przepełniona smutkiem i nostalgią koresponduje, jak żadna inna kompozycja, z narracją ukazującą traumę ludzkiej egzystencji. Jak zauważył Adrian Thomas, biograf życia twórcy: „Górecki dokonał syntezy całego wachlarza swych technik i impulsów twórczych, komponując jedno z najwybitniejszych i najbardziej indywidulanych dzieł XX wieku”.

Crystal Pite, kanadyjska choreografka, która rozpoczęła karierę tancerki w Ballet British Columbia, a także we frankfurckim zespole Williama Forsythe’a, to dziś jedno z najbardziej gorących nazwisk świata tańca. Jej prace można oglądać w większości najważniejszych zespołów baletowych na świecie. Niestety w naszym kraju jawi się marginesowo, pozostaje znana tylko znawcom sztuki, a jej prace jeszcze nie miały okazji pojawić się w Polsce. Czas ten deficyt nadrobić, bowiem estetyka, którą proponuje jest zjawiskowa. Jednym z największych walorów jej twórczości jest bardzo wnikliwe słuchanie i wsłuchiwanie się w muzykę. Do ostatniej produkcji nie przypadkiem został wybrany utwór Góreckiego. Nie tylko warstwa dźwiękowa, ale również słowa i ich znaczenie odgrywają kluczową rolę dla choreografki. Tak jak dzieło polskiego kompozytora posiada trzy części, analogicznie nowa realizacja Pite jest tryptykiem, który oscyluje wokół jednej problematyki. Light of Passage można tłumaczyć jako Światło Przejścia i w tytule jest tematyka warstwy narracyjnej. Artystka zabiera odbiorców, widzów, ale chyba nawet współodczuwających, w trudną, niewygodną podróż. Metaforyczny świat, który oglądamy na scenie przywołuje obrazy znane z ekranów telewizorów – cierpienie, które już kilkakrotnie padło w tym tekście, jest obecne poprzez każdą część wieczoru. Nie ma wytchnienia w podążaniu za bólem i utrapieniem człowieczeństwa. Kolejne fragmenty – Flight Pattern (Wzorcowy rejs), Covenant (Przymierze) oraz Passage (Przejście) – to wędrówka zbiorowości od krainy ciemności i czerni poprzez rozbłysk bieli do jasnej barwy i kolorystyki. Ale to nie zmiana nastroju, ale ukazanie alternatywy rozstania, nieuzasadnionych, nieoczekiwanych pożegnań. Pite nie daje nadziei, wprost przeciwnie, wskazuje na to, co nieuniknione w naszym życiu.

Motywacja do powstania spektaklu była jasna. Kryzys człowieczeństwa, egzamin, który był porażką dla ludzkości, kosztujący życie wiele istnień ludzkich – niemoc poradzenia sobie z falą migracyjną w ostatnich latach. Ale uniwersalizując można zauważyć motyw, który towarzyszy nam chyba od początków świata. Dehumanizacja, niepotrzebne ofiary, które są konsekwencją politycznych decyzji i nieustannych wojen. Zagłada jednostek, mas, milionów przetacza się przez nasze głowy i myśli, ale nadal, mimo lekcji historii nieustanie trwa. Pite zaczyna wieczór w sposób nieoczywisty. Rozświetlanie orkiestronu jest powolne, tak jak wolne są tempa kontrabasów i współgrających instrumentów smyczkowych. Czerń pokrywa całą scenę. Przesuwa się masa, tłum, który można przemnażać, powielać, multiplikować. Zmęczeni, zgwałceni, zniewoleni. Ten ruch jest senny, rytmiczny. Właśnie owe chodzenie jest zjawiskowe. Przejścia, tworzenie wspólnych figur zespołu niewyobrażalne. Choreografka stosuje zatrzymania, spowolnienia i minimalne poruszenia. Niczym drgania organizmów, dokładnie identycznie jak w pracach Sharon Eyal. Te drobne przesunięcia to jak ostatnie przebłyski życia, wołające o wybawienie, a może zbawienie. Ten świat jest zbolały i traumatyczny. Symboliczna utrata dzieci, nieustannego chwiania jak statku kołyszącego się na fali, przywołuje pod powiekami ofiary nieudanych eskapad, które nie dotarły do lądu. Właśnie owa grupa tworzy świetny układ, który nie otrzymuje wytchnienia. Pite, tak jest podczas całego wieczoru, faktycznie rezygnuje z układów solistycznych i duetów. Zespół i jego współgranie jest najważniejszym elementem widowiska. Niesłychana precyzja i oryginalność podbija emocje i skalę poruszonego problemu. Śmierć jest czymś nieuniknionym, nawet podskórnie wyczuwalnym. To rozstanie dokonuje się w tle białych płatków, które zamazują obraz, oddzielają tych, którzy jeszcze są od tych, których już nie ma. Część druga to obecność dzieci. Rozstanie, utrata, ból. Młodzi tancerze, ubrani na biało, są jak marionetki w rękach dorosłych. Owe przymierze – nadzieja wspólnej egzystencji – jest nierealne. Gdy banalne podskoki chłopca otwierają ów fragment, wiadomym jest, że to bieg do tragedii. Nasuwają się analogie do napisu „Dieti” przed zbombardowanym teatrem w ukraińskim Mariupolu, gdy najsłabszych nie udało się uratować. Fragment kończący to naturalne przejście do śmierci. Twórczyni wprowadza starszą parę, a tło staje się jasne, białe, pełne nadziei. Ale sensem jest naturalne rozstanie, odejście, choć niespodziewane i nieoczywiste. Crystal Pite stworzyła wieczór poświęcony utracie i śmierci. To szczególne współgranie z muzyką Góreckiego mocno odciska piętno na widzach, którzy jak zahipnotyzowani oglądają świat zbiorowej zagłady, odejścia dzieci i naturalnego rozstania. Jednak cudem owego spotkania baletowego jest taniec. Jest on nieoczywisty, a tak mocne wykorzystanie grupy nie zdarza się zbyt często. Norweski zespół wykonał koncept pierwszorzędnie. Tu nie ma rywalizacji o lepsze skoki i piruety. Jest sens ukazania jednostkowego przeżycia w formie grupowej ekstazy.

Artystom towarzyszyła orkiestra prowadzona przez grecką kapelmistrzynię Zoi Tsokanou, która poprowadziła zespół delikatną, wysublimowaną formą. Najsłabszym ogniwem okazał się głos Denise Beck. Jej sopran rozedrgany nie posiadał siły przekazu smutku i nostalgii, szczególnie gdy dźwięk winien znamionować ból i rozpacz matki, a mamy prostą frazę, bez większej emocji.

Życie pisze własne scenariusze. Owe spotkania, które posiadają głęboki przekaz, świetne opracowanie choreograficzne i takież samo wykonanie, zdarzają się niezwykle rzadko. Podróż do Oslo ukazała jak ważne jest posiadanie zgranego, współpracującego zespołu, a nie tylko świetnych solistów. Grupa pracująca pod stałym kierunkiem Ingrid Lorentzen ukazała niesamowitą paletę możliwości w niełatwym układzie Crystal Pite. Inteligentne połączenie współczesnej problematyki ze świetnym zamysłem przyczyniło się do jednego z najciekawszych baletowych konceptów ostatnich lat. Polityka i sztuka winny od siebie stronić, a jednak to właśnie życie zewnętrzne nadal nadaje tchnienie artystycznym przeżyciom i doświadczeniom, które na długo pozostają w pamięci.

Light of Passage, Henryk Mikołaj Górecki, choreografia Crystal Pite, Nasjonal Balletten w Oslo, premiera: kwiecień 2023.

[Benjamin Paschalski]


CZY CZŁOWIEK TO CZŁOWIEK? – „THE EMPLOYEES” – STUDIO TEATRGALERIA W WARSZAWIE

CZY CZŁOWIEK TO CZŁOWIEK? – „THE EMPLOYEES” – STUDIO TEATRGALERIA W WARSZAWIE

Pytanie, będące tytułem recenzji towarzyszyło mi w drodze powrotnej ze spektaklu w warszawskim Studio teatrgaleria. The Employees w reżyserii Łukasza Twarkowskiego poruszają kilka najciekawszych problemów obecnych w publicznym dyskursie. Opuszczając przestrzeń teatru, zastanawiałem się czy jesteśmy tymi samymi jednostkami ludzkimi, którymi byliśmy kilka lat temu? Przecież świat mediów społecznościowych zmienił nas całkowicie, wydestylował relacje interpersonalne na rzecz budowania pozycji w sztucznym, wykreowanym świecie wspólnot i niewiadomych kontaktów. To już może być temat udanego spektaklu. Jednak stołeczna scena idzie dalej, proponuje swoistą utopię, a może i coś realnego w nadchodzącym świecie.

TRUDNO NIE WIERZYĆ W DUCHY – DUCHY PRZEMIJAJĄCEJ PRZYJAŹNI – RECENZJA FILMU „DUCHY INISHERIN”

TRUDNO NIE WIERZYĆ W DUCHY – DUCHY PRZEMIJAJĄCEJ PRZYJAŹNI – RECENZJA FILMU „DUCHY INISHERIN”

Raz na jakiś czas przeglądam album z pożółkłymi już zdjęciami kolegów i koleżanek ze szkoły i zastanawiam się nad upływającym czasem. Przypominam sobie kumpli, przyjaciół, wspólne przygody, wygłupy, kawały, które robiliśmy innym, w tym… nauczycielom… wracam do moich pierwszych miłości, pierwszej dziewczyny… Kiedy tak sobie o tym myślę, zastanawiam się nad tym czym jest przyjaźń? Czy może trwać wiecznie? Czy zawsze jest motorem działań, podporą w chwilach wahania, kołem ratunkowym w momencie kryzysu, kiedy stoimy nad urwiskiem? Kiedy przyjaźń nas tłumi i blokuje, a kiedy wzmacnia i dodaje skrzydeł? Niektórzy z nas mają szczęście do przyjaźni trwających od symbolicznej kołyski. Tego typu relacje – zawiązane kiedyś – na początku naszego życia, z czasem utrwalają się. Związki między ludźmi istotnie wzmacniają wspólne przeżycia, które oplatają ich wspomnieniami i wrastają głęboko aż po kres dni… Niektóre z nich jednak bledną i rozluźniają się, słabną i zanikają, by zrobić miejsce na nowe.