Autor: admin

FALA CHAOSU – I TO MA BYĆ WIELKI ZWYCIĘZCA OSKARÓW? – RECENZJA FILMU „WSZYSTKO WSZĘDZIE NARAZ”

FALA CHAOSU – I TO MA BYĆ WIELKI ZWYCIĘZCA OSKARÓW? – RECENZJA FILMU „WSZYSTKO WSZĘDZIE NARAZ”

Co roku, kiedy nadchodzi przedwiośnie, za Oceanem Atlantyckim zbliża się czas rozdania jednych z najważniejszych, najbardziej rozpoznawalnych i popularnych na całym świecie nagród filmowych amerykańskiej akademii filmowej – Oskarów. W tym roku zwycięzcą tej gali był film pt. Wszystko wszędzie naraz, który otrzymał nagrody amerykańskiej akademii filmowej w następujących kategoriach: za najlepszy film, za najlepszą rolę żeńską, za najlepszą drugoplanową rolę męską, za najlepszą drugoplanową rolę męską.

UPADŁE ANIOŁY – „DYPTYK WIELKANOCNY” – OPERA I FILHARMONIA PODLASKA W BIAŁYMSTOKU

UPADŁE ANIOŁY – „DYPTYK WIELKANOCNY” – OPERA I FILHARMONIA PODLASKA W BIAŁYMSTOKU

Nie tak dawno pokłóciłem się z moim znajomym. Przedmiotem scysji była kwestia potencjalnego stworzenia i budowy nowej instytucji – opery w Rzeszowie. Mój rozmówca, mieszkaniec tegoż miasta, zapewniał mnie, że jest liczna publiczność, gdyż sala filharmonii, podczas koncertów jest wypełniona po brzegi. W mojej ocenie, utworzenie kolejnej opery to wielkie ryzyko, choć trzeba przyznać, że nasza ściana wschodnia winna zostać dowartościowana tego typu podmiotem. Niebezpieczeństw jest wiele. Podstawowy – opera to nie filharmonia. Koszty są odmienne, przygotowanie jednej premiery to nieporównywalna inwestycja względem nawet pełnego cyklu abonamentowego z muzyką symfoniczną. Po drugie

NAD NIEBEM HISZPANII – „DON KICHOT” – OPERA BAŁTYCKA W GDAŃSKU

NAD NIEBEM HISZPANII – „DON KICHOT” – OPERA BAŁTYCKA W GDAŃSKU

Jedną z największych bolączek polskich zespołów baletowych jest odnalezienie miejsca na mapie artystycznej naszego kraju. Istotnym jest, aby kompanie taneczne, współegzystujące w operowych wspólnotach, nie stanowiły marginesu repertuaru ani dodatku do wokalnych popisów, ale posiadały własny, autonomiczny program artystyczny. Należy również mierzyć siły na zamiary. Bowiem formacje zazwyczaj nie są liczne, oprócz Polskiego Baletu Narodowego czy Teatru Wielkiego w Łodzi, i aby nie dochodziło do kuriozalnych przedsięwzięć nieadekwatnych do możliwości obsadowych. Z tym problemem boryka się większość lokalnych zespołów w Europie, które zagospodarowują pole aktywności adaptacjami, uwspółcześnieniem klasyki, albo z niej rezygnują na rzecz propozycji indywidualności – szefa artystycznego zespołu. Rozwiązań jest wiele. W naszym kraju, również poszukiwania trwają. Jedną z takich regionalnych formacji jest balet Opery Bałtyckiej w Gdańsku. Jeszcze kilka lat temu formacja istniała pod nazwą Bałtyckiego Teatru Tańca, tworząc autorski projekt szefowej Izadory Weiss. Po jej rozstaniu z instytucją stery objął były tancerz Wojciech Warszawski. Zmienił azymut. Ze współczesności nastała klasyka. Wraz ze swoją zastępczynią Izabelą Sokołowską-Boulton tworzą swoiste, kameralne laboratorium prac nad największymi i najbardziej wartościowymi osiągnięciami świata tańca. Po Giselle i Kopciuszku, przyszedł czas na Don Kichota. I jadąc do stolicy Pomorza zastanawiałem się jak z zaledwie blisko trzydziestoosobowym zespołem można wystawić owe rozpromienione różnorodnością widowisko? I co ciekawe udało się. Jest efektownie i baletowo! Zawsze można chcieć więcej i lepiej, ale nie ma chałtury, jest krwista i logiczna historia łącząca zespół i uczniów szkoły baletowej.

Sama opowieść o błędnym rycerzu, czerpiąca ze źródeł Miguela de Cervantesa, jest prosta i nieskomplikowana. Pierwsze wykonanie, w początkach dwudziestego wieku, w carskiej Rosji, przygotowane przez niezmordowanego Mariusa Petipę, okrzyknięto wielkim sukcesem i świetnym pejzażem Iberii. Co ciekawe ponoć kompozytor – Ludwig Minkus – pisał muzykę pod dyktando choreografa. Ma ona charakter iście ilustracyjny zarówno względem toku akcji jak i poszczególnych postaci. Tym samym daje twórcom pole do eksperymentu. Wielokrotnie pojawiają się unowocześnienia, a także ulepszenia – naszpikowanie popisów technicznymi trudnościami, aby publiczność mogła nagrodzić gromkimi oklaskami swoich ulubieńców. Bowiem muzyka to faktycznie oddzielone fragmenty, które nie układają się w spójną całość, ale odwzorowują nastrój i klimat poszczególnych scen. Oderwanie ich od siebie wymusza pauzy, co wykorzystuje widownia dla uhonorowania wykonawców. I to mankament przy klasycznych baletach, bowiem te krótkie przerwy zaburzają ciągłość narracji, a reżyseria ukłonów wzbudza uśmiech politowania. Trzy akty gdańskie to swoista ścieżka na wyżyny. Po górach, po chmurach – skoro to historia o rycerzu szukającym swojej Dulcynei. Opowieść Warszawskiego i Sokołowskiej-Boulton to niczym księga, której kolejne karty przeglądamy. Wizualizacje Eliasza Styrny wprowadzają w świat abstrakcji, niczym film rysunkowy. Owa bajkowość ma swoje uzasadnienie. Podróż Don Kichota nie jest jego historią, a losami napotkanych bohaterów, których jest świadkiem i uczestnikiem. Baśń się zaczyna, gdy wojownik i marzyciel w towarzystwie służącego Sancho Panza, rozpoczyna eskapadę. Trafia do krainy pod słonecznym hiszpańskim niebem, aby śledzić losy Don Basilia zakochanego w Kitri, a także podboje miłosne matadora Espady. Ten świat wiruje, tańczy, oczarowuje. Choć początkowo nie zapowiada się najlepiej – gdyż pantomima i puste etiudy zawładnęły sceną, to kolejne fragmenty wzmacniają wiarę w balet. I w miarę jedzenia, konsumowania sztuki, apetyt rośnie. Niezwykle efektownie wypada fragment drugi – scena w karczmie, cygańskim taborze i świecie driad, która przypomina białe fragmenty Jeziora łabędziego. Jednak finał i pas de deux głównej pary są pokazem najwyższej próby. Choreografowie bowiem nie tworzą prostego układu, ale świetny artystyczny duet i technicznie efektowne wariacje. Jednak para twórców winna zadbać o lepszych partnerów wśród realizatorów. Projekcje Styrny są abstrakcyjne i dobrze, bowiem ich forma i kolorystyka współgra z mało realistyczną opowieścią. To jednak dekoracje i rekwizyty, a szczególnie kostiumy autorstwa Hanny Wójcikowskiej-Szymczak są z innego świata. Zawieszone elementy nad sceną przypominające kształtem zabudowę miasta są nieefektowne, a stroje niedopasowane do aury hiszpańskiej społeczności. To raczej zbieranina ubiorów, które nie korespondują z miejscem akcji. Kolory Hiszpanii są jaskrawe i wyraziste, a tu blado i jakoś szaro, a niby kolorowo. Zaserwowana paleta barw jest matowa co szkodzi odbiorowi widowiska.

Największą zasługą Warszawskiego i Sokołowskiej-Boulton jest przygotowanie dojrzałego układu dedykowanego zespołowi baletowemu na miarę wysokich możliwości. Należy zauważyć precyzję męskiej części czy to w tańcach cygańskich, czy w pokazach torreadorów. Królestwo driad należy zaś do damskiej części grupy. Ważne, że towarzyszą im uczennice szkoły baletowej i świetnie sobie radzą. Zawsze jestem sceptyczny, co do angażowania adeptów sztuki tańca. Tym razem wyszło to zjawiskowo. Zarówno amorki jak i zwiewne duchy pokazują klasę techniki klasycznej i zapał pracy artystycznej. Jednak królestwo sceny to soliści. Królem oczarowującym nie tylko kolejne partnerki, ale również publiczność swoją ekspresyjnością, jest Ruaidhri Maguire jako pogromca byków i serc. Gest, umiejętność wykończenia tańca, ale również mimika to podstawowe atrybuty roli. Mayu Takata jako Kitri jest żywiołowa, bardzo poprawna technicznie, ale brakuje jej jeszcze charyzmy pierwszoplanowej tancerki. I chyba największy talent gdańskiej sceny, niegdyś tancerz w Poznaniu, Gento Yoshimoto. To niesłychanie zdolny solista, który wyczarowuje przed widzami przepiękną techniczną paletę baletu. Tańczy zjawiskowo, jego piruety są precyzyjne, świetnie wykończone, a podnoszenia godne najlepszego mistrzostwa w tejże lidze. Posiada również osobowość sceniczną, bowiem potrafi bawić i wzruszyć, gdy na przykład dokonuje symbolicznego samobójstwa ironicznym przebiciem serca sztyletem. I tu rodzi się pytanie. Mimo pozytywnej oceny widowiska, to widać dużą różnicę w jakości wykonania pierwszoplanowych postaci, a zespołu baletowego. Dla kierownika kompanii to wyzwanie i ciężka praca nad podniesieniem techniki całego ansamblu. Dodatkowym plusem było wykonanie muzyki na żywo. Orkiestra grała równo, ale nie porywająco pod kierunkiem Francka Chastrusse Colombier. Wszystkie dźwięki wybrzmiały, ale podobnie jak ze stroną wizualną, niuansowość Hiszpanii jest większa. To nie marsze wojskowe, ale podkład dla miłości, walki i zapału jak z areny z bykami, a także świat niewinności. Muzyka baletowa wymaga większego docenienia, a nie tylko powierzchownego odegrania.

Wieczór w Operze Bałtyckiej pokazał efekt kilku lat pracy Wojciecha Warszawskiego i Izabeli Sokołowksiej-Boulton. Widać wyniki zmiany podejścia do sztuki tańca. Z wektorów współczesności na rzecz klasyki. Jest jasne mierzenie się z wyzwaniami, a nie budowanie zamków z piasku z pobliskiej nadmorskiej plaży. To dobrze, że twórcy niezwykle odpowiedzialnie podchodzą do zadań, a nie tworzą nieprzemyślany zbiór baletowego kalejdoskopu widowisk. Ciekawe jakie dalsze plany i zamierzenia. Czy dalej klasyka będzie nadawała ton gdańskiej scenie? Jeżeli miałbym doradzać, to pozostałbym w owym wyzwaniu, bo wychodzi niezwykle efektownie. Ale może też warto zaryzykować dla rozwoju zespołu. Decyzja pozostaje w rękach kierownictwa.

Don Kichot, Ludwig Minkus, choreografia: Izabela Sokołowska-Boulton, Wojciech Warszawski, Opera Bałtycka w Gdańsku, premiera: grudzień 2022.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Krzysztof Mystkowski KFP

BALETOWA COMMEDIA DELL’ARTE – „ARLEKINADA” – LIETUVOS NACIONALINIS OPEROS IR BALETO TEATRAS W WILNIE

BALETOWA COMMEDIA DELL’ARTE – „ARLEKINADA” – LIETUVOS NACIONALINIS OPEROS IR BALETO TEATRAS W WILNIE

Prostota, ludowość, a przez to powszechna komunikatywność, to nieodłączne atrybuty naszej, europejskiej tradycji. Tak jak nasz kontynent rozległy utrwaliła się w jego przestrzeni forma commedii dell’arte zainicjowanej w krainie włoskiej. Adresowana do szerokiego odbiorcy rozrywka, pełna gagów, zabawy i ironii stanowiła istotny element kultury. Powtarzalność postaci, nieskomplikowana treść, a przede wszystkim prosty przekaz trafiał do szerokiej publiki. To formuła, która integrowała wspólnotę na placach i ulicach. Analogicznie jak tania rozrywka Londynu – wizyta w teatrze szekspirowskim, spędzania czasu na otwartym jardzie, gdzie dialog, interesy przewijały się z teatralnym przeżyciem. Ulica chłonęła sceniczne życie, które stawało się jej metaforą a nawet tanią aluzją codzienności.

KOBIECE I MĘSKIE – „STABAT MATER” – TEATR WIELKI IM. STANISŁAWA MONIUSZKI W POZNANIU

KOBIECE I MĘSKIE – „STABAT MATER” – TEATR WIELKI IM. STANISŁAWA MONIUSZKI W POZNANIU

Wieczory baletowe są nieodłącznym elementem programu każdej kompanii tanecznej. Krótsze formy ułożone w jeden program, składający się z dwóch, trzech, a czasem więcej części, to próby ukazania różnorodności artystycznej, dialogu mistrzów i debiutantów, a także kunsztu zespołu. To sprawdzian możliwości i techniki tancerzy. Jednak zawsze istnieje pewne ryzyko, aby nie był to przypadkowy mariaż, ale przemyślany układ poszczególnych fragmentów. Balet Teatru Wielkiego w Poznaniu, pod kierunkiem Roberta Bondary, w każdym sezonie proponuje tegoż typu wydarzenie.

Nieudana podróż do Neapolu – Franco Warsaw

Nieudana podróż do Neapolu – Franco Warsaw

Warszawa od pewnego czasu jest rajem dla fanów pizzy w stylu neapolitańskim. Już kilka lat temu powstało w stolicy kilka bardzo dobrych miejsc. Moda na napoletanę wciąż trwa, co zachęca restauratorów do otwierania kolejnych lokali z tym przysmakiem – czasem lepszych, a czasem niepotrzebnych na gastronomicznej mapie Warszawy.

Na fali tej mody powstało Franco Warsaw. Miejsce klimatyczne, z ciekawym i naprawdę dobrze przemyślanym wnętrzem. Duża ilość kwiatów, industrialny wystrój i świetna lokalizacja. Zapowiada się pięknie, ale czy tak było?

Franco w swojej ofercie posiada kilkanaście neapolitańskich pizz. W przyszłości na Waryńskiego mamy móc skosztować również przystawek, makaronów i deserów. W menu szereg napojów alkoholowych (dość miła karta drinków) i tych bez niego (lemoniady itp.), dodatkowo dość szeroka jak na pizzerię karta win. Pierwsze wrażenie pozytywne. Czas jednak na opowieść o jedzeniu, obsłudze i odczuciach po całym pobycie we Franco.

Niedzielne popołudnie to idealny czas na eksplorację nowych miejsc. Siedząc na kanapie i zastanawiając się, gdzieś zjeść wymarzoną pizzę, wpadliśmy na pomysł wizyty w pobliskim Franco. Dobre opinie, świetna lokalizacja i chęć poznania nowego miejsca wygrały ze znaną i lubianą pizzerią Pizzaiolo. Od początku świat płatał nam figle i mieliśmy problem z odnalezieniem wejścia. Jednak udało się i znaleźliśmy się w środku pięknego wnętrza.

Obsługa we Franco totalnie nie czuje gości. Po sekundzie od zajęcia miejsc Pani zapytała, czy jesteśmy już gotowi – nie byliśmy… Ponieśliśmy więc srogą karę – 20 minut czekania na możliwość złożenia zamówienia. Kolejnym niezbyt logicznym ruchem obsługi było dostarczenie dań w partiach. Najpierw jedna pizza, następnie (po 5/7 min) – druga. Można było odnieść wrażenie braku zorganizowania i chęci zaopiekowania się gośćmi. Szkoda…

Nieudana podróż do Neapolu - Franco Warsaw

Zamówiliśmy bardzo smaczną lemoniadę z kolendrą. Następnie dotarła do nas pizza Quattro Stagioni – połączenie pomidorów San Marzano, mozzarelli fior di latte, prosciutto cotto, karczochów, oliwek, grana padano i bazylii. Tutaj pojawia się spory problem przy ocenie. Była to smaczna pozycja, jednak porównując ją z ofertą Nonny, Pizzaiolo czy Casa di Tuzza nie jest ona warta uwagi. Quattro Stagioni we Franco to bezpieczna opcja, która nie zachwyci, ale może zadowolić. Dużo gorzej wypadła druga z pozycji, a oczekiwania były spore. Pizza Pistacchi, czyli połączenie mozzarelli fior di latte, mortadeli, pesto bazyliowego, pistacji i bazylii okazała się sporym zawodem. Był to placek bez przeważającego smaku, po prostu nijaki. Miałem wrażenie, że w obu pozycjach pizzaiolo zapomniał dodać któregoś ze składników – czegoś, co łączyłoby te dania w całość. Na Pistacchi zabrakło również jakościowej mortadeli, a Quattro Stagioni miało deficyt karczochowy (było ich naprawdę malutko).

Ceny w Franco nie są niskie, a jakość dań i obsługi pozostawia wiele do życzenia. Myślę, że jest w Warszawie wiele ciekawszych miejsc oferujących pizzę w stylu neapolitańskim. Lokal na Waryńskiego nie jest najgorszym na ziemi, jednak nie będzie on dla mnie miejscem pierwszego wyboru.

MADE IN WROCŁAW – „TRYPTYK BALETOWY” – OPERA WROCŁAWSKA

MADE IN WROCŁAW – „TRYPTYK BALETOWY” – OPERA WROCŁAWSKA

Ostatnie tygodnie to trudny czas dla zespołów Opery Wrocławskiej. Odejście w trakcie sezonu dyrektorki Haliny Ołdakowskiej, wraz z zastępcami: Mariuszem Kwietniem oraz Basemem Akiki, zapewne znacząco wpłynęło na organizację i atmosferę pracy. Jednak mówi się, że kryzys jest motywujący. Oceniając poziom ostatniej premiery baletowej – można powiedzieć, że zgrany zespół przygotował rzecz oryginalną i godną najlepszych scen. Oby to nie była tylko jednorazowa jaskółka nadziei lepszego, ale ciągły proces ewolucji tanecznej kompanii. Z początkiem tegoż sezonu kierownikiem baletu została Małgorzata Dzierżon,

OPOWIEŚĆ STAREGO CHIŃCZYKA PATRZĄCEGO NA PEKTU-SAN – „MARIA DE BUENOS AIRES” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

OPOWIEŚĆ STAREGO CHIŃCZYKA PATRZĄCEGO NA PEKTU-SAN – „MARIA DE BUENOS AIRES” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

Argentyna, Buenos Aires – miasto moich marzeń. Stanąć w cieniu Teatro Colon, oddychać duszą metropolii, wypatrywać ścieżek przeszłości. Andrew Lloyd Webber uwiecznił ten kraj w świetnym musicalu Evita, poświęconym żonie Prezydenta Perona. Duszna atmosfera dymu papierosowego i muzyki tętni w każdym elemencie kompozycji, a kadry filmowe, z ekranizacji, dodają jaskrawości pulsu metropolii. Ten kraj to również, a może przede wszystkim, zmysłowe tango. Milonga w podrzędnej knajpie, z ociekającym potem, ze zmysłowym, olśniewającym ruchem par są pod moimi powiekami.