FALA CHAOSU – I TO MA BYĆ WIELKI ZWYCIĘZCA OSKARÓW? – RECENZJA FILMU „WSZYSTKO WSZĘDZIE NARAZ”

FALA CHAOSU – I TO MA BYĆ WIELKI ZWYCIĘZCA OSKARÓW? – RECENZJA FILMU „WSZYSTKO WSZĘDZIE NARAZ”

Co roku, kiedy nadchodzi przedwiośnie, za Oceanem Atlantyckim zbliża się czas rozdania jednych z najważniejszych, najbardziej rozpoznawalnych i popularnych na całym świecie nagród przyznawanych przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej – Oskarów. W tym roku zwycięzcą tej gali był film pt. Wszystko wszędzie naraz, który otrzymał statuetki w następujących kategoriach: za najlepszy film, za najlepszą rolę żeńską, za najlepszą drugoplanową rolę męską, za najlepszą drugoplanową rolę męską.

Współczesny świat dostarcza nam z tygodnia na tydzień nie tylko coraz więcej informacji, ale bombarduje nas z każdej strony najróżniejszymi bodźcami. A to dźwięk, agresywne reklamy, rachunki czekające na nas do zapłacenia, problemy w życiu zawodowym, brak czasu na życie prywatne. Co i rusz, docierają do nas wiadomości o niepokojącej liczbie osób zgłaszających problemy z radzeniem sobie z rzeczywistością, przygnębionych natłokiem wydarzeń, informacji, spraw i obowiązków. Współczesny człowiek ma problem ze skupieniem się nad tekstem dłuższym niż nagłówek w serwisie informacyjnym. Taką historię w skrócie opowiadają nam Dan Kwan oraz Daniel Scheinert reżyserzy obsypanego nagrodami filmu Wszystko, wszędzie, naraz, dla których jakiekolwiek zasady narracji filmowej czy konstrukcji choćby szczątkowej logicznej fabuły nie istnieją.

Ten film to nieskomplikowana historia biznesmenki prowadzącej pralnię Evelyn Wang (Michelle Yeoh), która zmaga się z multiplikującymi się codziennymi problemami, przytłoczeniem codziennością, zalewającą ją falą rachunków do rozliczenia, problemem porozumienia z urzędniczką podatkową, a co ważniejsze z córką (Stephanie Hsu) i opieką nad starszym schorowanym i wymagającym ojcem (James Hong). Do tego w powietrzu wisi kryzys w małżeństwie. Jej delikatny mąż (Ke Huy Quan), którego w zasadzie codziennie pomija i traktuje raczej jak swojego pracownika niż partnera, chce poprzez pozew rozwodowy zwrócić na siebie uwagę. Główna bohaterka, która wyraźnie zmęczona jest życiem zostaje nagle wplątana – nie wiedzieć, dlaczego i w jakim celu, w niezrozumiałą walkę między światami. W przedziwny, magiczny sposób przenika czasoprzestrzeń, odkrywa, że wokół niej rozgrywa się podwójna gra, toczy się jakaś walka pod powierzchnią znanej codzienności, a ona ma w tej walce odegrać najważniejszą rolę i wygrać z tajemniczym, nieokreślonym złem. W tym celu zaczyna wyłączać się z tego, co tu i teraz oraz swobodnie przenika powłoki rzeczywistości, poruszając się swobodnie między wszechświatami. Jej niezwykła dynamiczna – to za mało powiedziane (bo obrazy zmieniają się błyskawicznie, wzbudzając u widza poczucie dyskomfortu) – przygoda doprowadzić ma do osiągnięcia ostatecznego celu – uratowania całego uniwersum. W tym innym świecie Pani Wang zna wschodnie sztuki walki, zawrotne tempo nie powiązanych ze sobą specjalnie obrazów, wydarzeń jednak oślepia widza i sprawia, że zaczyna boleć głowa. Szybkość z jaką zmieniają się obrazy po jakimś czasie zaczyna nużyć. Choć niezwykle zmienna sekwencja obrazów nie jest przewidywalna, ale staje się … na swój sposób, paradoksalnie monotonna.

W niezwykłym natłoku obrazów, wybuchów, walki, błyskawicznie zmieniających się ujęć, trudno się odnaleźć. Bowiem nagle widzimy przygnębioną córkę bohaterki, która zaraz – w tym innym wszechświecie dostaje niewytłumaczalny zastrzyk energii i w peruce z różowymi włosami tańczy w pełnym makijażu, aż tu nagle w kolejnym ujęciu nagle zapada się sufit i wszędzie spada konfetti… w tym obrazie niewiele z siebie wynika i niewiele się ze sobą wiąże. Ten szybki kalejdoskop wymyślonych sekwencji i nieprawdopodobnych obrazów – zgodnie z tytułem „wszystko, wszędzie, naraz” mnie nie przekonał. Bo ciśnie się do głowy pytanie – po co to wszystko? By pokazać jak współczesność nas przytłacza? Mało to porywające w takiej wersji, jaką otrzymujemy. Jedyną ciekawą sceną, która pozostanie w mojej pamięci jest ta, w której nagle trafiamy nad urwisko i obserwujemy dwa głazy – dwie skały, które prowadzą ze sobą niemy dialog. Otacza je niesamowity, imponujący krajobraz, ogromna przestrzeń, budzące zachwyt i grozę łańcuchy górskie, są tłem dla tych dwóch głazów, które prowadzą rozmowę na tematy egzystencjalne, by zaraz po chwili zacząć z szaloną radością turlać się z wysokości.

Chciałbym wiedzieć czym wspomagali się reżyserzy, którzy są jednocześnie autorami scenariusza. Nie wiem co to za substancja, czy była jedna czy więcej, ale chciałbym jej zażyć by móc zrozumieć w czym tkwi uznanie i zachwyt nad tym obrazem. Mnie ten film nie tylko nie ujął, nie zachwycił, ale wręcz zmęczył Czy wytrzymałem mimo wszystko dzielnie do końca? Nie. Zasnąłem 20 minut przed końcem znudzony, natłokiem mało ze sobą powiązanych scen… poza głazami oczywiście. Obudziło mnie ciche: „Przepraszam, czy pan wychodzi? Film się już skończył”, miłej dziewczyny z obsługi kina, która przyszła sprawdzić czy ze mną wszystko w porządku. Film swoim miszmaszem kolejnych wątków, niezwykłym pomieszaniem z poplątaniem wszystkiego ze wszystkim, do tego banalnością, brakiem polotu i pomysłu na historię, niewiele wnosi nam do życia. Odkrywanie przed widzem tego, że żyjemy w chaosie i niezwykłym natłoku spraw, wydarzeń, rachunków, problemów, kolorów, w ciągle komplikujących i narastających zaległościach, nie rozumiemy się wzajemnie, bo nie chcemy lub tylko nie mamy czasu się usłyszeć… nie jest ani odkrywcze, ani tym bardziej w tym filmie porywające, a przytłaczające i … zwyczajnie nużące. Może jednak to świat i jego wrażliwość się zmienia. A ja, gdzieś ze swoim oczekiwaniem na zaskoczenie tym razem zostałem osamotniony i pozostawiony samemu sobie.

WSZYSTKO WSZĘDZIE NARAZ (Everything Everywhere All at Once) 2022, USA, reż. Dan Kwan, Daniel Scheinert.

[Marcel z Kraśnika]

 

Foto:Michelle Yeohprzy