Niekwestionowanym autorytetem dla pokoleń uczestniczących w życiu teatru studenckiego był poznański Teatr Ósmego Dnia. I właśnie tejże formacji poświęcona jest najnowsza premiera Teatru Powszechnego w Warszawie w reżyserii Marcina Libera. I jest jeszcze jedna analogia. Z offu podczas prologu spektaklu padają znamienne słowa: „Nazywam się Marcin L. jestem dzieckiem Teatru Ósmego Dnia”. Pisząc pod kryptonimem mogę orzec identycznie o sobie: duchowo czuję się dzieckiem tejże grupy teatralnej.
? Tani, jak artystyczny warsztat szkolny, kabaret w kilku scenkach o doli i znoju kobiet w naszym kraju. Wchodząc do teatru już jesteśmy bombardowani cytatem z Tomasza z Akwinu: „Kobiety są błędem natury… z tym ich nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczą o cielesnym i duchowym upośledzeniu…”. Tylko jakby ktoś zapomniał, że akwinita żył w XIII wieku, a nie wczoraj i poglądy średniowieczne absolutnie nie współgrają z dzisiejszą rzeczywistością. I tak toczy się ten spektakl na siódemkę aktorów.
Współczesna scena baletowa Szwecji posiada swoją ciekawą historię. Powojenne losy nierozerwalnie związane są z Birgit Cullberg oraz jej synem Matsem Ekiem. Dziś uzupełnia ten duet, posiadający własny i rozpoznawalny język choreograficzny, Alexander Ekman. Wśród kompanii baletowych, oprócz Królewskiego Baletu w Sztokholmie, wyróżnia się zespół baletowy Opery w Goteborgu. Kompania prowadzona przez Katrin Hall to czterdziestu tancerzy pochodzących z dwudziestu państw. Nie tylko jej międzynarodowy charakter, ale głównie dobór repertuaru wyróżnia ją nie tylko na mapie skandynawskich, ale i europejskich formacji tanecznych. Szczególnym znakiem rozpoznawczym stały się poszukiwania choreograficzne prowadzone przez najwybitniejszych twórców baletowych średniego i młodego pokolenia, wśród nich m.in.: Sidi Larbi Cherkaoui, Hofesh Schechter czy Damien Jalet. Program zespołu tanecznego daleki jest od powielania schematu pokazywania dzieł klasycznych. Jest to uwarunkowane zapewne samoświadmością braku odpowiedniej liczby tancerzy do prezentowania tego typu baletów. Katrin Hall odnalazła lukę i miejsce dla zespołu. To świetny przykład dla naszych, krajowych lokalnych grup baletowych funkcjonujących przy teatrach operowych. Nie rywalizowanie z największymi zespołami, ale własna wytyczona droga artystyczna, która staje się miarą sukcesu. Goteborg to miasto, co prawda drugie co do wielkości w Szwecji, to jednak zamieszkiwane tylko przez pół miliona osób. Widownia podczas wieczoru była wypełniona po brzegi, a przecież nie była to prezentacja nieśmiertelnego Dziadka do orzechów czy też Córki źle strzeżonej. Na dodatek widzowie reagowali żywiołowo na koniec wieczoru rwąc się do oklasków. To ukazuje, że współczesna sztuka tańca – świetnie przygotowana i wykonana może trafiać do szerokiego odbiorcy. Należy tylko znaleźć oryginalny sposób komunikacji z widzem. I to w Szwecji się udaje.
Wieczór baletowy rozpoczął układ Kanadyjki Cristal Pite. Jej Solo Echo, do Allegro i Adagio z dwóch sonat na wiolonczelę i fortepian Johannesa Brahmsa, to kompozycja na siedmiu tancerzy. Mottem stał się wiersz Marka Stranda Wersy zimy. I rzeczywiście owa pora roku jest istotnym elementem inspiracji. Tło akcji stanowi horyzont, który początkowo tylko w poprzecznej linii, a następnie w całej rozciągłości pokrywa tafla padającego śniegu. Tancerze w samotności poszukując drugiej osoby, a następnie trzeciej i czwartej, a potem kolejnych budują nastrojowy i poezyjny świat człowieka. Uniwersalny. Płcie zostały zatarte poprzez kostiumy, które są spójne dla tancerek i tancerzy. W świetnym ruchu, który wyraża indywidualny styl choreografki, łączący w sobie poezję i lekkość z fizycznością i ekspresyjnością. Mimo wielu walorów ten fragment wieczoru pozostawia niedosyt. Balet, mimo jasnej klamry od samotności do wspólnoty i ponownie indywidualności jest monotonny, a niektóre fragmenty stają się wtórne. Mimo to jest on przykładem poszukiwania artystycznego, gdzie poprzez taniec buduje się narracja jak w zimowy wieczór, mimo samotności poszukujemy innego. Duchowo, nostalgicznie i magicznie.
Drugi fragment przedstawienia to Autodance. Poprzez zestawienie go z układem Pite tworzy się nieświadomie awers i rewers jednej monety. Ta część jest również poświęcona człowiekowi wrzuconemu w przestrzeń określonego środowiska, swoistej pory roku. Tym razem izraelska twórczyni baletowa Sharon Eyal stworzyła pracę do muzyki Ori Lichtika, którą można porównać do mechanicznej kompozycji. Odszukać można źródła w cyberprzestrzeni, a tancerze to niczym figury z gier komputerowych i świata VR. Nie tylko muzyka jest świetnym partnerem dla konceptu choreografki, również uniwersalizujące tancerze kostiumy, gdzie mieszają się płcie i świetne światło oraz wszechogarniający dym odizolowanej przestrzeni, budują świat, który jest naszą bliską przyszłością. Mechanizacja i automatyka to najbardziej adekwatne określenia dla tańca. Tancerze, w pełnym napięciu mięśniowym, jak struny instrumentu naciągnięte do granic możliwości, kroczą po okręgu, po diagonali, w każdym kierunku prezentując wdzięki jak na wybiegu mody. I nagle, niespodziewanie jak za dotknięciem przycisku enter na klawiaturze komputera rozpoczyna się taneczny wybuch ekspresji. Jest to zjawisko wspaniałe! To przedstawienie perfekcyjnie pomyślane, również posiłkujące się improwizacjami tancerzy. Hipnotyczny ruch, który zniewala i powoduje, że staje się transem i wciąga odbiorcę jak świat gier komputerowych. Tancerze kroczą, maszerują, poznają swoje ciała, są w nieustannym zrytmizowany ruchu. To niesłychanie spójna, dopracowana w każdym szczególe kompozycja. Wielkie emocje i poszukiwania taneczne.
Zespół baletowy opery w Goteborgu jest niesłychane spójny i niezwykle zgrany. Na pierwszy plan wysuwa się, występujący w obu baletach Duncan C Schultz, który jest wyróżniającym solistą w SoloEcho, a jego ekspresja w Autodance zaraża nie tylko współwykonawców ale i widzów wieczoru.
Te balety posiadają jeszcze dwa elementy łączące. Oba zostały przygotowane przez choreografki, które poszukują – z bardzo dobrym efektem – własnego języka baletowego. Po drugie są dla siebie komplementarne. Pite mówi o tym co dziś ważne: samotności i poszukiwaniu. Eyal szuka w przyszłości nie tylko ruchu, ale i naszego, ludzkiego miejsca.
Doświadczenie w Goteborgu ukazuje, że lokalny zespół baletowy może zaznaczyć swoją obecność na mapie artystycznej poprzez konsekwentne poszukiwania artystyczne. To ciekawe miejsce, gdzie sztuka wysoka dla ogółu wygrywa z potoczną sztuką dla ludu.
Solo Echo, ch. Crystal Pite, muz. Johannes Brahms; Autodance, ch. Sharon Eyal, muz. Ori Lichtik, Goteborgs Operans Danskompani, wznowienie: grudzień 2019.
Nie, nie będzie to relacja krytyczna ze spektaklu na podstawie utworu Jana Augusta Kisielewskiego. Tytuł recenzji odwołuje się do stylu graficznego, rysunku, który ma na celu, w formie zdeformowanej, przedstawić daną osobę w sposób prześmiewczy czy wykpiwający. Zazwyczaj takowy obraz wywołuje uśmiech odbiorcy, może nie koniecznie zainteresowanego. Styl plastyczny jest też inspiracją dla teatru ruchu, pantomimy i tańca.
Kilkanaście lat temu o tym spektaklu mówiła cała Polska, ta zarówno teatralna jak i okołoteatralna. Stał się jednym z wielu przykładów prób ograniczania, przez polityków, wolności wypowiedzi artystycznej. Ówczesny senator Ligii Polskich Rodzin Jan Szafraniec oskarżył przedstawienie, a głównie autorów, o obrazę uczuć religijnych. Dołączyli do owego chóru nienawiści, wobec swobody twórczej, działacze lokalni – radni sejmiku wojewódzkiego. Cała akcja, wymierzona w jedną z najbardziej oryginalnych scen w naszym kraju, miała swoje konsekwencje. Wydłużyła ona proces usamorządowienia placówki i w konsekwencji stałego wsparcia działalności artystycznej przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Jakiś czas temu postanowiłem popełnić wpis „5 miejsc na śniadanie przy UW”, niestety testowanie śniadań nie idzie mi najlepiej, więc wpis jeszcze nie powstał. Co prawda jadłem poranne jedzonko niemal wszędzie przy UW, chciałbym mieć jednak świeżą opinię na temat tych miejsc, no i jeszcze zdjęcia . Ze śniadaniami się jeszcze nie udało, ale ofertę lunchy przetestowałem!
Wykorzystując swój tygodniowy urlop na próbę ogarnięcia studiów i ich zaliczenie, nie wahałem się ani chwili i przeprowadziłem lunch test miejsc blisko kampusu centralnego. Nie miałem specjalnych wymogów, chodziło tylko o dość bliskie położenie i niebycie Norą, Indeksem oraz Harendą, bo każdy już tam był i to nie raz… .
Jeszcze przed realizacją wydawało mi się, że będę miał problem z wyborem miejsce, ze względu na ich przesyt. Okazało się, że nie było tak łatwo znaleźć coś naprawdę ciekawego. W niedoli towarzyszyły mi dwie wspaniałe osoby. Kasię i Adama wyrwałem z pracy, by nie być samotnym testerem. Dziękuje pięknie! Buziaki!
Wybór padł na Selavi, Po Prostu Zachęta, Informal Kitchen, Bella Napoli oraz długo poszukiwaną (ze względu na ogromną kolejkę w Aioli) Kuchnia Wino i Oliwa – Restauracja Oliwa. Jak myślicie, gdzie zjadłem najlepiej? Gdzie było szybko i bez stresu, a gdzie pojawiły się problemy? Przedstawiam mój subiektywny ranking przetestowanych lunchy:
Miejsce 1 – Kuchnia Wino i Oliwa – Restauracja Oliva
Pierwszą lokatę zajmuję Restauracja Oliwa, o której nigdy wcześniej nie słyszałem, a do tego miejsca przyciągnęła mnie olbrzymia kolejka w Aioli. Całe szczęście, że tutaj trafiłem, bo było naprawdę miło, smacznie i sprawnie. W Oliwie lunch składał się z trzech dan: zupa, drugie danie (gdzie zawsze są dwie propozycje) i deser. Ja jadłem tutaj zupę szczawiową z jajkiem, lina na puree z groszku, wraz z gotowanym kalafiorem i sosem porowym oraz deser – biszkopt z bakaliami.
Wszystkie dania były smaczne, ciekawe, a produkty z których je przygotowano na pewno nie odstawały jakością od tych, których używa się tutaj na co dzień. Zupa była aksamitna, może trochę zbyt słona, ale czuć było w niej aromat szczawiu, a nie jedynie sztuczność, jak często bywa. Lin dość delikatny, niesuchy i smaczny. Najlepszą częścią drugiego dania był sos porowy, który pięknie łączył wszystko w całości i obłędnie smakował! O deserze rozpisywać się nie będę, był na miejscu i szybko zniknął!
Szybkość obsługi – 4,/5
Smak – 4,5/5
Cena – 26 zł
Adres – ul. Ordynacka 10/12
Miejsce 2 – Informal Kitchen
Srebrny medal otrzymuje Informal Kitchen, tutaj też w sumie nie mieliśmy się do czego przyczepić, również było smacznie, jednak wydaje mi się, ze składniki były nieco gorsze niż w Olivie. Dodatkowo na moją ocenę mogło wpłynąć menu, które było po prostu ciekawsze w dniu, kiedy byliśmy w Olivie. Abstrahując od okoliczności i samej oceny, przejdę do tego co jedliśmy. Lunch w Informalu zawsze składa się z czterech elementów: zupy, drugiego dania, deseru i napoju. Wszystkie pozycje lunchu niemal zawsze posiadają kilka wariantów do wyboru, co uważam za duży plus.
My z Adamem wybraliśmy ten sam zestaw. Na początek zjedliśmy zupę z kukurydzy, która miała przyjemną konsystencję i ciekawy aromat. Lekko słodki krem, fajnie pobudzony nutą pikanterii. Muszę powiedzieć, że była to zdecydowanie najlepsza zupa, którą jadłem podczas testu! Drugie danie to spora pizza z boczkiem. Nieco tłusta (przecież z boczkiem), z wypieczonymi bokami i całkiem dobrym efektem całości. Ciasto mogłoby być trochę lepsze, ale nie wymagałem cudów od lokalu, który nie jest przecież pizzerią.
Deserem była szarlotka, niestety z cynamonem, które nie lubię. Na minus na pewno kwestia tego, że nie mogliśmy wybrać napojów. Okazało się, ze Ice Tea, na które obaj mieliśmy ochotę się skończyło. Została nam woda. W mojej opinii Informal to zdecydowanie dobry wybór na lunch polecam!
Szybkość obsługi – 3,5/5
Smak – 4,5/5
Cena – 29 zł
Adres – Plac Małachowskiego 2 / Wejście od ul. Traugutta
Miejsce 3 – Po Prostu Zachęta
Po prostu Zachęta to miejsce, w którym spotkaliśmy najlepszą obsługę. Było szybko sprawnie, miło i z uśmiechem! Porcję byłby olbrzymie, a jedzenie nam smakowało. Knajpa w Zachęcie to lokal zdecydowanie do polecenia, długo wahałem się nad tym czy nie powinien być na miejscu 2. Wybrałem jednak Informal, ze względu na to, iż wydaje mi się, ze w Zachęcie korzystają z nieco gorszych jakościowo produktów.
W Po Prostu jadłem zupę borowikową z łazankami, Adam wybrał zupę gulaszową. Drugie danie to jednogłośny wybór – Burrito wołowe z serem cheddar, salsa fresca i frytkami. Zupy były przyjemne w smaku, z wyczuwalnymi grzybami i dość obfitą ilością mięsa i warzyw, w przypadku gulaszowej. Burrito było przede wszystkim ogromne, obaj nie daliśmy radę go dokończy, co jest naprawdę rzadko spotykanym przypadkiem. Na deser Zachęta zaserwowała nam makowiec. W Po prostu Zachęta w cenie lunchu otrzymacie zupę, drugie danie, deser i napój. Polecam!
Szybkość obsługi – 4,5/5
Smak – 3,5/5
Cena – 26 zł
Adres – Plac Małachowskiego 3
Miejsce 4 – Selavi
Tutaj miałem największe dylematy. Jednocześnie zjedliśmy smacznie i całkiem ciekawie, a jakość produktów był na naprawdę wysokim poziomie. Jednak nasz lunch trwał niemal 2 godziny, a Kasię obsługa doprowadziła niemal do szału, co popsuło miłe wyjście. W Selavi lunch składa się z zupy (do wyboru z dwóch propozycji), drugiego dania (do wyboru z czterech propozycji), deseru oraz wody lub lemoniady. My z Kasią wybraliśmy krem z cukinii z bazylią, tagliolini z szarpaną gęsią, sernik oraz lemoniadę. Najsłabszym punktem lunchu była zdecydowanie zupa. Był słona, a w konsystencji nie przypominała kremu, a raczej wywar, dodatkowo smaku cukinii gdzieś uleciał.
Drugie danie zdecydowanie zadośćuczynienie smaku zupy. Makaron był ugotowany w punkt, sos bardzo dobrze komponował się z mięsem, a porcja była naprawdę duża. Niestety tutaj również mam uwagę – bardzo nie równe porcję (zobaczcie na zdjęciu porcję Kasi i moją, jest kolosalna różnica).
Na zakończenie zjadłem najlepszy deser testu – sernik z musem czekoladowym. Muszę przyznać, że był naprawdę pyszny.
Jak ocenić miejsce, w którym lunch trwał 2 godziny, zupa była bardzo niesmaczna, a dwie porcje tej samej pasty wyglądały zupełnie inaczej? Samo nie wiem…
Szybkość obsługi – 1/5
Smak – 4/5
Cena – 29 zł
Adres – Plac Małachowskiego 2 / Wejście od ul. Traugutta
Miejsce 5 – Bellla Napoli
Piątą lokatę zajmuje Bella Napoli, a konkretnie jeden z punktów tej sieci na ulicy Świętokrzyskiej. To miejsce z najtańszym lunchem w zestawieniu, ale również najbardziej przeciętnym. W Bella Napoli na lunch dostaniemy zupę oraz drugie danie. My z Adamem wybraliśmy zupę borowikową oraz penne z borowikami, w sosie śmietanowo-pomidorowym. Zupa była dość smaczna, choć z mało wyczuwalnymi grzybami.
Drugie danie moim zdaniem było obojętne, żadne smak nie przeważał, smaki nie łączyło się w całość, jednak dało się to danie zjeść. Bella Napoli to według mnie lokal „drugiego wyboru”, jeśli naprawdę się nam śpieszy, a jesteśmy blisko to wybierzemy tę sieć. Wcześniej wymienione lokalizacje to absolutnie lepsze jedzenie i klimat, jednak Bella Napolii to jakaś alternatywa.
Szybkość obsługi – 3,5/5
Smak – 2,5/5
Cena – 20 zł
Adres – Świętokrzyska 14
A wy gdzie chodzicie na lunche? Podzielcie się swoimi opiniami na temat wspomnianych miejsc i polecajcie najlepsze lunche w Warszawie! Czekam na Wasze sugestie.
Dramaty Tennessee Williamsa w ostatnich latach, na polskich scenach, goszczą sporadycznie. Kilka lat temu przeżywały swój powrót za sprawą tłumaczeń Jacka Poniedziałka, gdy w jego reżyserii do Opola trafiła Szklana menażeria. Również w pamięci teatromanów pozostał Tramwaj na podstawie Tramwaju zwanego pożądaniem w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego z Isabelle Huppert i Andrzejem Chyrą z paryskiego Odeonu. Osobiście cenię sobie przedstawienie sprzed kilkunastu bodajże lat, gdy na deskach warszawskiego Teatru Dramatycznego występował berliński Volksbuhne z luźną adaptacją Tramwaju… autorstwa Franka Castorfa, zatytułowany Endstation Amerika.
Jest karnawał, jest zabawa. Chyba taki cel przyświecał dyrekcji teatru w Sosnowcu do przygotowania ostatniej premiery. I mimo zastrzeżeń, głównie do warstwy dramaturgicznej, jest to założenie słuszne. Spektakl posiada dobre tempo, jest dowcipny, melodie wpadają w ucho, a układy taneczne przyjemne dla oka. Czegóż trzeba więcej? Chyba nic, jeżeli przychodzi się do teatru po dziewięćdziesiąt minut niezobowiązującej rozrywki. Osobiście tego potrzebowałem i się nie zawiodłem.