Autor: admin

MIŁOŚĆ PRZYCHODZI I ODCHODZI, A ZIEMIA ZOSTAJE – RECENZJA FILMU „CHŁOPI”

MIŁOŚĆ PRZYCHODZI I ODCHODZI, A ZIEMIA ZOSTAJE – RECENZJA FILMU „CHŁOPI”

Kiedy wspominam wyjazdy na wieś, myślę „Wsi spokojna, wsi wesoła”, przywołując słowa Jana Kochanowskiego z Pieśni świętojańskiej o Sobótce. To tam, na prowincji życie płynie w innym, wydaje się spokojniejszym, tempie niż w miejskiej, pędzącej rzeczywistości. Rytm na wsi wyznacza przede wszystkim przyroda. Człowiek musi się z nią liczyć, bo to ona czasami decyduje o jego plonach, a tym samym pomyślności, dobrobycie lub jej braku. Ale i tu ludzie mają swoje pragnienia, emocje, problemy. Tu również jest miejsce na szczęście i miłość, jak i zdarzają się konflikty czy zdrady. Każda bowiem społeczność ma w sobie swój wewnętrzny krwioobieg.

SESJA KLARY – „ZEMSTA” – TEATR POWSZECHNY IM. JANA KOCHANOWSKIEGO W RADOMIU

SESJA KLARY – „ZEMSTA” – TEATR POWSZECHNY IM. JANA KOCHANOWSKIEGO W RADOMIU

Podróże po teatralnej Polsce mają swój niepowtarzalny urok. Poznawanie lokalnych ośrodków, instytucji kultury to nie tylko forma turystyki, ale również odkrywanie nieznanego. Choć chyba odwiedziłem wszystkie zakątki naszego kraju eksplorując korowód przedstawień, ale również cierpiąc katusze, to zawsze jest coś, co jest w stanie zaskoczyć. Czasem w miejscach nieoczywistych pojawia się atrakcyjne nazwisko reżysera lub reżyserki i od razu serce bije oraz rozpoczyna się planowanie wyjazdu. Takim zaskoczeniem, sprzed kilku dni, jest premiera teatru w Gorzowie Wielkopolskim, w którym nowy spektakl przygotował Krzysztof Garbaczewski.

MARZYCIEL – „TIK… TIK… BUM!” – TEATR MUZYCZNY ROMA W WARSZAWIE

MARZYCIEL – „TIK… TIK… BUM!” – TEATR MUZYCZNY ROMA W WARSZAWIE

Każdy z nas, w codziennym życiu, musi dokonywać wyboru. To, co dla nas jest najważniejsze – kariera, spełnienie, samorealizacja, a może rodzina, udany związek i wspólne szczęście? Ktoś powie – należy znaleźć złoty środek, gdyż ów balans buduje jednostkowe spełnienie. Ale zazwyczaj to bardzo trudne. Zawsze coś dzieje się kosztem czegoś. Nie można mieć wszystkiego, należy zawsze zapłacić określoną cenę za własne decyzje. W większości przypadków cierpią związki, gdyż wybieramy indywidualną chęć samorealizacji. Ale czy na końcu nie znajduje się pułapka samotności i na przykład nieoczywistej śmierci, choćby rozstania w młodym wieku? Ten wywód to nie nowy dział naszego bloga – doradztwo psychologiczne, ale życiowe rozterki pisane życiorysem Jonathana Larsona. Dla większości czytelników to postać anonimowa, wręcz nieznana. Nic dziwnego, bowiem odszedł niespodziewanie z naszego świata w 1996 roku, w wieku blisko trzydziestu sześciu lat, dziesięć dni przed swoimi urodzinami. Tętniak aorty zakończył piękną karierę w świecie Broadwayu, bowiem to twórca, który nie doczekał własnej premiery jednego z największych późniejszych hitów scen musicalowych Rent. Droga do owego sukcesu była kręta i nieoczywista, a życiorys Larsona jest świadectwem amerykańskiej maksymy – „od pucybuta do milionera”. Swoje życie ukazał w monologu rockowym, przekształconym w kameralny musical tik… tik… Bum!, który jest nie tylko ciekawym zapisem indywidualnych rozterek trzydziestolatka, ale również świadectwem pewnej epoki, czasu który za nami – lat dziewięćdziesiątych XX wieku.

Warszawski Teatr Muzyczny Roma mieni się najlepszą sceną musicalową w naszym kraju. Jednak ostatnie, spektakularne pozycje, niestety tego nie potwierdzają. To swoista równia pochyła, spadek jakości inscenizacji, sztampowość i brak realizacyjnych pomysłów. Owszem publiczność tęgo płacąc za bilety, równie spektakularnie oklaskuje kolejne wydarzenia, ale problem polega na tym, że ciężko odnieść się do innych propozycji, gdyż faktycznie nie ma konkurencji. Ale scena przy Nowogrodzkiej to nie tylko duże produkcje, ale również Nova Scena. Tu prezentowane są mniejsze formy, gdzie można odnaleźć ciekawe rozwiązania i poszukiwania. I właśnie ostatnia propozycja to wspomniany kameralny musical rozpisany na trójkę aktorów-wokalistów i czwórkę muzyków. Największy paradoks polega na tym, że nie trzeba spektakularnej techniki, wielkich fajerwerków, aby powstało wartościowe widowisko. Takim jest właśnie tik… tik… Bum! Prostota oczarowuje, a dziewięćdziesiąt minut mija jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Gdzie zatem jest lekarstwo na owe zwycięstwo? Odpowiedź jest banalna – w prostocie i szacunku dla własnej pracy. Wojciech Kępczyński, dyrektor sceny i reżyser spektaklu, nie sili się na wielkie eksperymenty, ale oddaje pole treści i wykonawcom. Bowiem właśnie rysy i charaktery bohaterów są najważniejsze. Sama fabuła jest prosta, ale urzekająca. Mieszkaniec Nowego Jorku Jon, marzyciel i idealista, poświęcając całe swoje życie, pracując w lokalnej knajpie, tworzy dzieło życia – opus magnum, które ma być przedsionkiem do wielkiej kariery muzycznej. Wspiera go w tym przyjaciel-gej, który funkcjonuje w świecie biznesu i tam widzi własną ścieżkę kariery. Jest i ta trzecia dziewczyna głównego bohatera – Susan. Żyjąca nie tylko miłością do chłopaka, ale również własnym artystycznym spełnieniem i nadzieją na taneczną karierę. Ten specyficzny trójkąt to przenikanie się charakterów i nastrojów. Relacji i związków. Co ważne musical nie jest statyczny, ale zmienia pola akcji. Co chwilę jesteśmy w innym miejscu. I tu można poznać rękę sprawnego inscenizatora, który z keyboardu czyni stół w restauracji, a z dwóch krzeseł siedziska luksusowego BMW. To niczym Korowód Arthura Schnitzlera, gdzie postaci zmieniają się w ograniczonym składzie wykonawczym. Dylematy naszej współczesności odbijają się w nastrojach i stanach umysłu Jona, który musi wybrać to, co w życiu jest najważniejsze. Własne niepowodzenia, ale i myśl o sukcesie to dwa stany napędzające jego twórcze napady. Ale również relacje z najbliższymi świadczą, że świat to nie tylko róże, ale przede wszystkim opadające kolce. Choroba przyjaciela Michaela, które ma rozwiązanie wiecznego rozstania, ukazuje jak ulotne jest życie, z którego trzeba czerpać garściami. Upór i wytrwałość Jona skutkuje sukcesem. Po pokazie warsztatów odzywa się tajemniczy S.S., który jest najbardziej wpływowym człowiekiem Broadwayu. Ten jeden prosty gest zmienia życie. Pokazuje możliwą zmianę. I jak ważne są marzenia, a przede wszystkim wiara w ich spełnienie.

Ten musical drogi, to istny wyścig zmian i dobrego wokalu w trakcie czternastu piosenek. To zasługa w głównej mierze Marcina Franca. Jego bohater jest lekko niedojrzały, idealistyczny, ale głosowo i ruchowo oczarowujący. To motor napędowy zdarzeń, aż chłonie się jego każde słowo, myśl i skupienie. Niewinność miesza się z pewnością siebie oraz mierzeniem z wyzwaniami otaczającego świata. Nie tylko zawodowego, ale również własnego życia. Maria Tyszkiewicz ma chropowaty głos i nie dorównuje swojemu wybrankowi serca. Maciej Dybowski lepiej odnajduje się w epizodach niż w roli przyjaciela. Odtwarzając sprzedawcę w cukierni bawi publiczność do łez. Przestrzeń małej sceny powoduje ograniczenia plastyczne. Mariusz Napierała zbudował mały apartament, z obowiązkowymi schodami na dach. To tu rozgrywa się gros akcji, ale owa scenograficzna architektura służy również za tło innych przestrzeni działań scenicznych. Jest kameralnie, rockowo, urzekająco. Choć oczywiście brakuje jednego hitu, który można by nucić wychodząc z teatru, to i tak ta opowieść życia trzydziestolatków pewnego czasu, przeplatana nadzieją i wiarą w sukces, jest spełnieniem musicalowej formuły.

Wieczór przy Nowogrodzkiej nie musi posiadać wielkiego widowiska, wybujałej scenografii i korowodu wykonawców. Wystarczy zgrane trio aktorów-wokalistów, prosta reżyseria, muzyka i pomysł scenariusza. Własne życie pisze ponoć najlepsze. Sztuka Jonathana Larsona jest tego świetnym przykładem. Odszedł przedwcześnie. Ale pozostanie w pamięci i marzeniach widzów – jakich musicali nie napisał, a może byłbym nowym Andrew Lloydem Weberem? Niestety, tego już się nigdy nie dowiemy.

tik… tik… BUM! Jonathan Larson, reżyseria: Wojciech Kępczyński, kierownictwo muzyczne: Jakub Lubowicz, Teatr Muzyczny Roma w Warszawie, premiera: listopad 2023.

[Benjamin Paschalski]


fot. Karol Mańk

ŻELAZNA DAMA IZRAELA – RECENZJA FILMU „GOLDA”

ŻELAZNA DAMA IZRAELA – RECENZJA FILMU „GOLDA”

W 2023 r. Izrael obchodził 75. rocznicę swojego powstania. 7 października, zaledwie dzień po 50. rocznicy ataku koalicji państw arabskich na to państwo, palestyńska organizacja Hamas z wielką siłą uderzyła na żydowskie bazy wojskowe i zaatakowała cywilów. Podobnie jak w 1973 r., w święto Jom Kippur, Izrael pozwolił się zaskoczyć, nie będąc wystarczająco przygotowany do odparcia agresji. Tak rozpoczęła się kolejna wojna na Bilskim Wschodzie, obejmująca swoim zasięgiem Autonomię Palestyńską oraz Izrael, wywołując głęboki kryzys polityczny, humanitarny w regionie. Pojawienie się na ekranach kin biograficznego dramatu pt. Golda wydaje się być znamiennym zbiegiem okoliczności.

HERBATA Z SU-CZONGIEM – „KRAINA UŚMIECHU” – MAZOWIECKI TEATR MUZYCZNY IM. JANA KIEPURY W WARSZAWIE

HERBATA Z SU-CZONGIEM – „KRAINA UŚMIECHU” – MAZOWIECKI TEATR MUZYCZNY IM. JANA KIEPURY W WARSZAWIE

Operetka wydaje się formą muzyczną, w naszym kraju, zupełnie zapomnianą. W latach PRL święcąca triumfy chyba za sprawą echa sławy wielkiego polskiego tenora Jana Kiepury, dziś odeszła w niesłuszną niepamięć. A szkoda. Bowiem może i trochę nieprzystające do naszych realiów libretta, lekko pokryte kurzem dawnej świetności, dają szansę inscenizatorom na zabawę konwencją, możliwość zagospodarowania dużego zespołu wykonawców, a także zbudowania emocjonujących opowieści miłosnych. Operetka – starsza siostra musicalu, to przede wszystkim gra w uczucia ze sporą dawką humoru. Sztuka dla ludu, rodzącego się mieszczaństwa, za sprawą udanych kompozycji, z melodiami wpadającymi w ucho czy to w tradycji wiedeńskiej Johanna Straussa, szerzej austro-węgierskiej Imre Kalmana oraz Franza Lehara, czy paryskiej Jacquesa Offenbacha, dostarczała dobrej zabawy i gwarantowała udany wieczór w teatrze.

REWOLUCJA CZERWONEGO POMIDORA – „LEKKODUCH” – TEATR IM. JERZEGO SZANIAWSKIEGO W PŁOCKU

REWOLUCJA CZERWONEGO POMIDORA – „LEKKODUCH” – TEATR IM. JERZEGO SZANIAWSKIEGO W PŁOCKU

Specyfiką naszych scen lokalnych jest wystawianie spektakli dla młodzieży szkolnej. W porze przedpołudniowej, w wielu teatrach w Polsce, kolejne klasy zasiadają na widowniach. Nie lada sztuką jest zainteresować tegoż odbiorcę, który może i z obowiązku edukacyjnego jeden raz w życiu spotka się z Melpomeną. Młody człowiek atakowany milionem bodźców, przede wszystkim związanych z mediami społecznościowymi, a także ofertą szklanego ekranu, nie do końca stara się zrozumieć specyfikę najbardziej społecznej ze sztuk. Ostatnia wizyta w Płocku, właśnie miała miejsce w trakcie przedpołudniówki i to co działo się na scenie dorównywało performance’owi, który dokonywał się na widowni. Po godzinie trwania spektaklu rozpoczynał się exodus kolejnych młodych widzów – wyprawa do toalety. To było niesamowite. Obowiązkowe zameldowanie pani nauczycielce, że dokonuje się odejścia i wkrótce powrotu. Oczywiście, prawie zawsze w parach, nie zważając nawet, że przechodzi się wzdłuż sceny i przeszkadza innym uczestnikom wydarzenia. Zadziwiająca sprawa zdrowia młodego pokolenia, które gremialnie choruje na pęcherz. Zalecenie dla kuratorium – badania lekarskie. Ale nie byłoby owego wstępu, gdyby nie samo przedstawienie, które w przewrotny sposób traktowało o mechanizmie szkolnictwa, postawach chęci zmiany i walki ze stereotypami. Wizyta w mazowieckim teatrze, który wielokrotnie opuszczałem pełen goryczy i rozczarowania, tym razem miała obraz niezwykle pozytywny. Nie tylko, że prezentowano utwór patrona sceny, ale również odnalezienia jednolitej, konsekwentnej formy. Może ona nie rzuca na kolana, ale jest ciekawym zabiegiem, intrygującym i wciągającym. I przede wszystkim niezwykle aktualnym, ponieważ powstały dramat dokładnie sto lat temu nad wyraz mocno łączy się z naszą rzeczywistością.

Jerzy Szaniawski, to zapomniana postać naszej literatury. Dwie nasze sceny, które obrały sobie twórcę za patrona, w Wałbrzychu i Płocku, starają się ową pamięć przywracać, a postać okurzyć, gdyż ją pokrywa niestety gruba warstwa zapomnienia. A owe dramaty to istne literackie perełki, które niestety nie wytrzymały próby czasu. Jednak w nich kryje się swoista tajemnica pewnej epoki, tradycji. Zaprezentowany w Płocku Lekkoduch w niektórych fragmentach przypomina Bal w operze Juliana Tuwima. Dwudziestolecie międzywojenne pełne dwoistości i niedopowiedzeń, które dziś obrosły lukrowaną narracją, stanowiły pasmo politycznej degradacji i upadku demokracji. Fala reżimów autorytarnych i totalitarnych, która zalała całą Europę, nie oszczędziła również Polski. Choć zamach majowy Józefa Piłsudskiego miał miejsce w 1926 roku, to trzy lata wcześniej rozpoczął się proces krótkotrwałej hegemonii partii narodowych w koalicji z „Piastem”. Walka i spór stanowiły wyznacznik relacji społecznych, a społeczeństwo stawało się niemym świadkiem owej rozgrywki o władzę. Można zadać pytanie co ma to wspólnego z utworem literackim, który został zadedykowany Juliuszowi Osterwie, odtwórcy roli tytułowej w prapremierowej prezentacji? Otóż bardzo wiele. Szaniawski w symboliczny sposób ukazuje świat pewnego czasu. Zblazowanego właściciela przedsiębiorstwa, który nie chce sprzedać ziemi pod rozbudowę szkoły. Czyni to jego spadkobierca – Michaś wraz ze swoją ukochaną Reną. I w ów specyficzny obraz wkrada się osoba Lekkoducha, człowieka zatrudnionego w firmie reklamowej, który dzięki aeroplanowi dociera do własnego rodzinnego świata. I staje na czele rewolucji i oporu złożonego z uczniów szkoły i przeciwników dominacji systemu edukacyjnego. Bowiem opresja władzy wyraża się w modelu nauczania, który nie zmusza do kreatywności, ale podporządkowania. Monolog Dyrektora szkoły jest jak fatalistyczna wizja kształtowania młodego pokolenia, które winno być posłuszne na nutę narodową, a nie wolne i kreatywne. Te słowa brzmią znajomo jakby wypowiedziane jeszcze parę miesięcy temu, choćby przez małopolską kurator oświaty. W systemie szkolnictwa, odbija się w dramacie Szaniawskiego, cała patologia władzy, która dąży do zdominowania i podporządkowania społeczeństwa – i tak sennego i apatycznego. Pretekstem do walki przeciw powiększeniu szkoły są kwestie ekologiczne – drzewa i natura. Koncepcja niczym wywiedziona od Antona Czechowa i jego Wiśniowego sadu. To tylko pretekst do zahamowania działań, które mają zniszczyć specyficzne status quo, a w konsekwencji rozpocząć falę dominacji i zaboru różnorodności. I choć rewolucja spełzła na niczym, gdyż jest pustym gestem pod czerwonym pomidorem, to pozostanie iskrą nadziei. Lekkoduch jest bowiem człowiekiem kaprysu i namiętności. Ulega urokom żony przyjaciela – Reny i wieńczy to jego pobyt w tajemniczym mieście własnej przeszłości.

Inscenizacja przygotowana przez Jana Tomaszewicza, szefa teatru w Gorzowie Wielkopolskim, rozwija się sennie, niemrawo, monotonie. Szarość, przetkana czernią obrazuje świat apatii i wycofania. Wszechogarniającej nudy. I w owej bylejakości jaskrawa – czerwona postać Lekkoducha rozbija nastrój wycofania. Staje się iskrą nadziei. Owych kilka chwil z odmieńcem jest szansą na zmianę. Porusza społeczność, tworząc dychotomiczny obraz świata małej wspólnoty. Reżyser umieszcza akcję na proscenium, budując jedynie wysoki podest, w ten sposób wykreślając pola gry. To dobry zabieg, gdyż obraz świetnie trafia do widzów, a strona wizualna jest niesłychanie ważna. Różnorodne, choć w ciemnych, jednolitych barwach kostiumy bardzo udanie ukazują charaktery postaci, a ich kalejdoskop niezwykle różnorodnie przewija się po scenie. Dodatkowo specjalne napisane teksty do piosenek, autorstwa Andrzeja Ozgi współgrają ze światem nas otaczającym. Aktorstwo jest na wyrównanym poziomie, choć Lekkoduch, może przez kostium odmienny, w wykonaniu Aleksandra Maciejczyka wyróżnia się na tle pozostałych bohaterów.

Obrazek Szaniawskiego to świat o rewolucji przed-w trakcie-i tuż po niej. Nieudanego zrywu w obronie niby cennych drzew, ale przecież w kontrze do dominacji jednej idei, jednej wartości, monopolu na pewne prawdy o zabarwieniu nacjonalistycznym. Młodzież chyba nie lubi albo nie umie słuchać. Ta podróż na siusiu to jak ucieczka Lekkoducha. Nie można się zniechęcać, trzeba wierzyć, walczyć, a mimo przeciwieństw zwycięstwo jest możliwe. Nie należy się blamować. Młodzieży! Przyszłość jest wasza. Słuchajcie tego, co na scenie, gdyż pod płaszczem szarości znajdują się mądre słowa. I wcale nie o historii, ale o tym co tu i teraz.

Lekkoduch, Jerzy Szaniawski, reżyseria Jan Tomaszewicz, Teatr im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku, premiera: październik 2023.

 [Benjamin Paschalski]


Fot. Waldemar Lawendowski

UMRZEĆ TYSIĄC RAZY – RECENZJA FILMU „ZIELONA GRANICA”

UMRZEĆ TYSIĄC RAZY – RECENZJA FILMU „ZIELONA GRANICA”

Kolejna wojna, kolejny konflikt, zmiany klimatyczne, agresje, kryzys hydrologiczny problemy z dostępem do żywności, świeżej, zdatnej do spożycia wody – to sytuacje, o których informacje docierają do nas praktycznie codzienne. Każda z nich pociąga za sobą rzesze ludzi uciekających z miejsc kataklizmów i szukających swojego miejsca na ziemi. Wśród nich są również ludzie emigrujący przed opresyjnymi reżimami politycznymi autokratycznych szaleńców i fundamentalistów. Migranci, ich fale docierają do społeczeństw równie przerażonych tym, co dla nich nieznane, jak Ci którzy do ucieczki zostali zmuszeni.

UKRAIŃCY W HAMBURGU – „RAWNESS” – HAMBURGER KAMMERBALLET

UKRAIŃCY W HAMBURGU – „RAWNESS” – HAMBURGER KAMMERBALLET

W życiu o wielu sprawach decyduje przypadek. Sytuacja na Bliskim Wschodzie spowodowała odwołanie europejskiego tournée jednego z najjaśniejszych punktów światowego tańca – Batsheva Dance Company. Tym samym powstała kalendarzowa luka, a bilet do Niemiec, gdzie miał się odbyć pokaz, był już zakupiony. Długo prowadziłem poszukiwania alternatywy. Przypadkiem odkryłem, że w Hamburgu, mieście, w którym zespół prowadzi jedna z najbardziej ikonicznych postaci baletu naszych czasów – John Neumeier, zawiązała się nowa formacja artystyczna. Impuls był jasny – trzeba zobaczyć ową inicjatywę. Tym bardziej był on wyraźny, że kompania wyrastała z dwóch powodów: artystycznego spełnienia i pomocy drugiemu człowiekowi. Inspiratorem do zawiązania nowego podmiotu jest Edvin Revazov.