Autor: admin

CO BY BYŁO, GDYBY …? ŻYĆ KILKA RAZY – RECENZJA FILMU „POPRZEDNIE ŻYCIE”

CO BY BYŁO, GDYBY …? ŻYĆ KILKA RAZY – RECENZJA FILMU „POPRZEDNIE ŻYCIE”

Co by było, gdyby…? To pytanie zadał sobie pewnie choć raz w życiu każdy z nas. Nie raz chciałem cofnąć czas i zastanawiałem się co by było, jeśli zdecydowałbym kiedyś inaczej, jeśli postąpiłbym inaczej, powiedział, zrobił coś innego niż to miało miejsce… na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi, bowiem pozostają jedynie domysły. To, co jest, to historia, to, co się wydarzyło, fakty. Nie możemy mieć bowiem pewności i nigdy jej mieć nie będziemy, czy gdyby wydarzenia potoczyły się inaczej, gdybyśmy powiedzieli co innego niż to miało faktycznie miejsce, byłoby lepiej. Pewnie byłoby inaczej, ale czy bylibyśmy szczęśliwsi…? Jesienna nostalgia, czas podsumowań zdecydowanie sprzyjają takim rozważaniom.

TERAPIA ANJI RUBIK – „PTAKI CIERNISTYCH KRZEWÓW. RZECZ O MIŁOŚCI W KOŚCIELE” – TEATR POLSKI IM. HIERONIMA KONIECZKI W BYDGOSZCZY

TERAPIA ANJI RUBIK – „PTAKI CIERNISTYCH KRZEWÓW. RZECZ O MIŁOŚCI W KOŚCIELE” – TEATR POLSKI IM. HIERONIMA KONIECZKI W BYDGOSZCZY

Nie tak dawno przeczytałem tekst, że prościej jest realizować teatr publicystyczny niż wystawiać klasyczny dramat. Nie zgodzę się. Wszystko jest kwestią uczciwości, nakładu pracy i umiejętności twórczej. Bowiem widowiska sceniczne korespondujące z tym co tu i teraz, wykorzystujące pisane na bieżąco scenariusze, wymagają pogłębionych badań, odkryć i wielu rozmów. Jednak niestety, na polskich scenach, coraz rzadziej mamy do czynienia z wartościowymi poszukiwaniami. Miejsce zastępuje doraźność przyprawiona efekciarstwem, nawet nie widokiem efektownym. Najgorsze jest to, że artyści zajmują się już wszystkim. Są ekspertami w każdej dziedzinie, choć wielokrotnie poruszają się po materii społecznej, politycznej czy ekonomicznej, jak anioły we mgle.

JUDYTA W OBLICZU ZAGŁADY – „JUDYTA TRIUMFUJĄCA” – WARSZAWSKA OPERA KAMERALNA

JUDYTA W OBLICZU ZAGŁADY – „JUDYTA TRIUMFUJĄCA” – WARSZAWSKA OPERA KAMERALNA

Opera barokowa nie jest często obecna w naszych teatrach muzycznych. Faktycznie stale gości w repertuarze tylko w dwóch domach: Polskiej Operze Królewskiej i Warszawskiej Operze Kameralnej. Kiedyś można się pokusić o bilans ostatnich lat i ukazać blaski i cienie owej rywalizacji inscenizacji. Powodów owego deficytu utworów jest kilka. Zapewne należy mierzyć się z trudnościami wykonawczymi, ale również potencjalnych odbiorców jest niewielu. Choć napawa optymizmem, że dwa koncerty wybitnego kontratenora Jakuba Józefa Orlińskiego, w Filharmonii Narodowej, wyprzedały się w okamgnieniu. Nie pora decydować, ile w tym snobizmu, a ile rzeczywistej pasji publiczności, ale samo zjawisko jest godne zauważenia. W ogóle głos kobiecy w męskim wykonaniu przeżywa istny renesans. Talia artystów się powiększa, koncerty na świecie cieszą się wielką popularnością. A w tle zawsze pozostanie barok. Właśnie owe połączenie kunsztu wokalnego z muzyką epoki buduje niezapomniane wrażenia artystyczne. Ale mimo atrakcyjnej formuły koncertu to przestrzeń teatralna wydobywa z utworów więcej, ciekawiej, oryginalniej. A gdy za realizację zabierze się realizator wytrawny, słuchający dźwięków, rozumiejący scenę i przekaz, to wówczas powstaje widowisko zacne – interesujące i dojrzałe. Właśnie taką premierę przygotował zespół Warszawskiej Opery Kameralnej. Na afiszu Antonio Vivaldi i mniej znana w naszym kraju kompozycja Judyta triumfująca.

W oryginale rzecz osadzona w czasach Nabuchodonozora, który posyła wojsko pod wodzą Holofernesa, aby ukarało Judeę, która odmówiła finansowania wojny. Miasto Betulia broni się. Młoda wdowa Judyta wyrusza do obozu oprawców. Oczarowuje dowódcę, któremu w akcie desperacji ucina głowę. W ten sposób ratuje swoją wspólnotę. Kompozytor, wykorzystując formę oratoryjną, ukazuje rolę kobiety rozdartą między powinnością a zbrodnią. To z jednej strony przedstawienie determinacji w imię wspólnej sprawy, ale również pogwałcenie własnych zasad wiary, sprzeniewierzenie się boskiej prawdzie. Realizacji owego dzieła podjęła się Maria Sartova, niegdyś śpiewaczka, dziś wzięta reżyserka, której prace można oglądać w naszych instytucjach muzycznych. Inscenizatorka, podążając za literą libretta, zmienia przestrzeń zdarzeń. Nie ma odległej Judei, ale bliski świat zagłady z okresu drugiej wojny światowej. Przestrzeń małej sceny została zabudowana kolumnadą i lustrami weneckimi. Ów uniwersalizm skonstruowany przez Damiana Styrnę posiada dwa uzupełnienia na proscenium. To fragmenty lasu, zastygłe drzewa, które niosą tajemnicę jak niemi świadkowie zdarzeń. W konary wpleciony jest rower a także macewa. Drobne, symboliczne zaznaczenia świetnie definiuje pole wydarzeń. Dodatkowo uwertura wzbogacona jest sceną żydowskiego wesela, przemocowego ataku wojsk, mającego znamiona pogromu, które niweczy pokój a buduje wojnę. Co więcej, upodla ludzi, którzy zostają odarci z ubrań na rzecz jednakowych drelichów. Konstrukcja dwóch różnych światów – podbitych i podbijających jest jasnym ukazaniem upokorzonych i dekadentów. Akcja rozgrywa się w obozie Holofernesa i to świat dziczy, zwyrodnienia, patologii, wyuzdania i perwersji. Owe tło, wykorzystujące chór i tancerzy, mocno działa na wyobraźnię. Również przeniesienie akcji do czasów nam nieodległych to zabieg udany. Bowiem nie posiada znamion bezmyślnego osadzenia w określonym czasie, ale jest świadomą i dobrze przygotowaną konstrukcją adaptacji dzieła operowego. Główni protagoniści – wódz wojsk oraz młoda niewiasta – prezentują dwa kosmosy, światy. Sartova dobrze je nakreśla. Tym samym staje po stronie zdegradowanych, jasno usprawiedliwiając czyn Judyty jako powinność bożą w imię słusznej sprawy.

W owej operze ważną rolę odgrywają soliści. I choć jest to utwór kobiecy, to wygrywa jedyny w obsadzie partii głównych mężczyzna. Baryton Kamila Pękali jest mocny i dźwięczny, a postura demoniczna. Świetnie odtwarza najeźdźcę, ale także napalonego kochanka. Judyta Weroniki Rabek jest nieśmiała i wycofana, a głos ma niezwykle delikatny. Swoją pewnością i aktorskim kunsztem pokonuje ją jej służąca Abra – Joanna Radziszewska. Największe brawa należą się powiernikowi wodza Vagausowi – Sylwii Stępień. Na pierwszy rzut oka delikatna, ale o sile i barwie głosu ciekawej, a co więcej pewna i oddana sprawie niszczenia tego, co napotka. Równie udanie brzmiała wokaliza Jadwigi Postrożnej jako Oziasa – duchownego, utrzymującego lud w wierze, ale również w walce o słuszną sprawę. Jasnym punktem jest orkiestra Musicae Antiquae Collegium Varsoviense pod kierunkiem Hugo Reyne, mistrza fletu i oboju, o polskich korzeniach. Pod jego batutą zespół muzyczny grał sprawnie, stając się idealnym partnerem dla wykonawców, ale również zniuansowanie interpretował dzieło mistrza baroku.

W tym świecie pozytywów pojawia się jednak zgrzyt. Występuje on ostatnio niezwykle często i można podkreślać go do znużenia – tło taneczne. Przygotowany dla nich układ przez Emila Wesołowskiego, delikatnie mówiąc to nieporozumienie. Zastanawiającym jest, że niegdysiejszy szef baletu Teatru Wielkiego w Warszawie, twórca wielu realizacji, przygotował tandetne i prymitywne przejścia, którym bliżej do wybryków w domu publicznym, ale nie jako wstawka w tejże operze. Jest to trywialne, puste, pozbawione sensu. Wręcz niesmaczne. Ale z owego drugiego planu wielkie brawa należą się Yaroslavowi Muravetsowi. To kilkunastoletni chłopiec, który świetnie odgrywa rolę. Całym sercem oddaje się scenicznej wizji, a widzowie wierzą w jego ból oddzielenia od matki, samotności z siostrą i szczęścia ponownego pojednania. Bowiem Sartova jest wielką admiratorką, że po burzy przychodzi pokój. Ostatni hymn jest zwiastunem radości. Ale może to płonna nadzieja, gdyż żyjemy w świecie wstrząsów i codziennych wojennych zbrodni.

Wieczór w Warszawskiej Operze Kameralnej to rzecz o poświęceniu, sile kobiet i wyzwoleniu. Koresponduje z tym, co wokół nas. Doskwiera i boli, gdy musimy dokonywać wyborów w imię wyższej sprawy. Judyta zwyciężyła, z nią lud Judei. Ale czy naprawdę potrzebne są wojny? Niech dźwięki Vivaldiego będą przestrogą i pacyfistycznym wezwaniem. Pokój i współdziałanie – to hasła na wieki.

Judyta triumfująca, Antonio Vivaldi, reżyseria Maria Sartova, kierownictwo muzyczne Hugo Reyne, Warszawska Opera Kameralna, premiera: październik 2023.

                                                                                [Benjamin Paschalski]

DZIKO-POLACY – „WYZWOLENIE” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

DZIKO-POLACY – „WYZWOLENIE” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

Długo oczekiwałem na ten dzień. Często, przechadzając się po Targu Węglowym w Gdańsku, spoglądałem na inwestycję rewitalizującą Teatr Wybrzeże. Straszące puste wnętrze, następnie nowe okna, a dziś okazały budynek. Bryła pozostała, ale to co można zobaczyć w środku jest zupełnie nowym światem. Piękne wnętrze foyer, żyrandole, kręte schody. Całkowicie nowa zewnętrzna przestrzeń antresoli z widokiem na krajobraz Starego Miasta wzbogaca radość powrotu dużej sceny instytucji. W ten symboliczny sposób dyrektor Adam Orzechowski spełnił oczekiwania widzów. Dopełnił bowiem renowacji wszystkich przestrzeni, przekazując do dyspozycji pracownic i pracowników, a w szczególności publiczności, cztery nowoczesne, różnorodne przestrzenie artystyczne.

ŁÓDZKIE SPOTKANIA BALETOWE 2024 – DLACZEGO JESTEM NA NIE

ŁÓDZKIE SPOTKANIA BALETOWE 2024 – DLACZEGO JESTEM NA NIE

Raz na dwa lata w Łodzi odbywa się święto baletu. I impreza, która przeżywała swój renesans w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku, dziś chyba funkcjonuje siłą inercji, bowiem nie ma pomysłu co z nią można zrobić i jak powinna wyglądać. Przypadkowość programu już od kilku edycji jest zadziwiająca. Jednak co innego jest bardziej zastanawiające. Nazwa wydarzenia zawiera słowo „balet” a to nie „taniec”. Owszem dwa zjawiska funkcjonują obok siebie, ale nie ma między nimi znaku równości. Obecnie w naszym kraju mamy wiele festiwali tańca, a łódzka impreza szczyciła się właśnie ową odmiennością – hołdu dla sztuki baletowej.

KLASYKA SPOTYKA ROCK – „BLACK SABBATH – THE BALLET” – BIRMINGHAM ROYAL BALLET

KLASYKA SPOTYKA ROCK – „BLACK SABBATH – THE BALLET” – BIRMINGHAM ROYAL BALLET

Poszukiwania baletowe są coraz bardziej oryginalne. I oczywiście to wielki pozytyw. Chęć dotarcia do jak najszerszego odbiorcy winna być priorytetem wszystkich scen, aby nie zamykać się na jedną stylistykę i ograniczać, na przykład, tylko do klasycznego repertuaru. Owe wyzwanie podjął Birmingham Royal Ballet, kierowany od 2020 roku przez Carlosa Acostę, wspaniałego, ikonicznego tancerza kubańskiego. Sama tradycja zespołu jest długa i zawiła. Warto wspomnieć, że historia sięga roku 1931, gdy Ninette de Valois ufundowała zespół w londyńskim Sadler’s Wells Theatre. Przez lata był to dom kompanii, która również szeroko funkcjonowała w objeździe. W 1987 roku, gdy powstała scena Hippodrome w Birmingham, rada miasta zaprosiła zespół jako rezydenta. Tak też się stało w 1990 roku, a grupa zmieniła nazwę na Birmingham Royal Ballet. Jest drugą co do wielkości w Wielkiej Brytanii, tuż za Royal Ballet, a przed English National Ballet. I choć repertuar to głównie klasyka, w tym sezonie produkcje w choreografii dawnego szefa Petera Wrighta, ale są i nowe poszukiwania. Na otwarcie sezonu świetnie pomyślane przedsięwzięcie, które okrzyknięto hitem na Wyspach, a bilety wyprzedane są we wszystkich miejscach prezentacji. Birmingham to miasto szczególne, kto był to potwierdzi – praktycznie nic w nim nie ma. Zero zabytków, deptak, tyle. Ale to właśnie tu powstała grupa Black Sabbath, ikona muzyki hardrockowej i prekursor heavy metalu. Inauguracja z roku 1968 zredefiniowała świat muzyki. Był to swoisty przełom, a kilkanaście albumów, miliony sprzedanych płyt zbudowały rzeszę fanów na całym świecie. Przechadzając się ulicami Birmingham można natrafić na ławeczkę poświęconą artystom. A w obecnym sezonie Birmingham Royal Ballet zaprezentował widowisko taneczne czerpiące z twórczości bandu.

Carlos Acosta postawił poprzeczkę niezwykle wysoko. Przedstawienie podzielone jest na trzy autonomiczne części, które łączy się w żywiole tańca w finale. Szef artystyczny zaprosił do realizacji trójkę choreografów, który pracowali z trzema kompozytorami. Ten nakład pracy i pomysłów już jest imponujący oraz odkrywczy. Zamysł szedł w kierunku, aby nie opowiadać chronologicznie historii, ale by piosenki – muzyka i słowa, stały się inspiracją dla tanecznej narracji. I może nie ma linearnych opowieści, to raczej fantazje na temat zespołu, to on jest w centrum uwagi. Wywiady z członkami grupy, ikonografia, wykorzystanie gitary i wokalizy ma jasno kierować znaczenia, że to jest świat muzyki widziany oczami ruchu. I założenia są jak najbardziej słuszne, tylko że z czasem ów zamysł się wyczerpuje i widz się zastanawia po co ten cały zamęt z Black Sabbath jak każda część poczyna być podobna do poprzedniej, przetworzona muzyka oddala się od rockowego brzmienia, a taniec owszem efektowny nie mówi absolutnie o niczym. Tworzy się celebra, akademia ku czci. Owszem wielka i pokaźna. Tylko, że chybiona.

Całość otwiera Heavy Metal Ballet w układzie Kubańczyka Raula Reinoso. To swoisty obrzędowy sabat. Źródło dla muzyki zespołu. Wyczerniona przestrzeń i analogiczne kostiumy budują mroczną atmosferę. Początkowy zespołowy taniec – owszem żywiołowy i spontaniczny – jest przerażająco nierówny, każdy ruch jest niezgrany, nieskoordynowany, jakby zabrakło prób, troski. Z czasem wykonania jest lepiej, ale pierwsze wrażenie nie jest najlepsze. Pozostaje niesmak. Wyciszone fragmenty – świetny duet w niekończącym się pocałunku to przykład pomysłowości i oryginalności, czułości i miłości. Matilde Rodrigues i Ryan Felix, nie odrywając ust od siebie, tworzą symbiozę tańca i uczuć. Równie udanie wypada, tańcząc na pointach, Eric Pinto Cata, którego precyzja ruchu jest niesamowita, wręcz olśniewająca. Jednak choreograf wprowadza różne elementy, które wzbudzają uśmiech na twarzy, a nie zachwyt. Banalne czarne postaci w płaszczach czy kuriozalna scena z wózkiem, który wiruje na sznurku wokół jednego tancerza. Część pierwsza wygląda tak jakby Raulowi Reinoso starczyło pomysłów na dziesięć minut, a do zagospodarowania miał trzydzieści. Jego kreska tańca jest klasyczna, powierzchowna i powtarzalna. Właściwie mało oryginalna. Zupełnie odmiennie wypada fragment drugi. Część Brazylijki Cassi Abranches ma odmienny klimat i styl. The Band odwołuje się do składu zespołu, w tle pobrzmiewają fragmenty wywiadów, wypowiedzi, rozmów. Choreografka ma świetny pomysł na realizację zadania. Wprowadza elementy capoeiry, które idealnie współgrają ze słowem mówionym. Ruch poszczególnych solistów, na wypowiedzianych słowach, jest dynamiczny, nierówny, oryginalny. Owe elementy przeplatane są ciekawymi kompozycjami Black Sabbath zaaranżowanymi przez Sun Keting. Pełne witalności i żywiołowości tworzą masową eksplozję ruchu, w której widać współczesną, oryginalną myśl taneczną. To nie tylko wspomniana capoeira, ale także elementy tańców latynoamerykańskich kształtują narrację. Finał, który miał być feerią i eksplozją ruchu, jest zadaniem w pół drogi. Everybody is a Fan w choreografii Pontusa Lidberga, znanego szwedzkiego artysty, zastanawia. Sam układ i jego pomysł odwołuje się do prac Williama Forsythe, głównie Playlist (Track 2), gdzie nośna muzyka budowała żywiołowe, pełne eksplozji klasycznego tańca widowisko. Lidberg czerpie z owego pomysłu garściami, tylko jego układ jest zwyczajnie nudny. Nie wiadomym jest w jakim celu – jedyny element dekoracji, srebrny wywrócony samochód, ze srogim diabłem – wędruje z jednej części sceny do drugiej. Niczego to nie zmienia, niczego nie mówi. Następnie krążki wcześniejszych płyt, zawieszone w poprzednich częściach, materializują się i stają podestem dla wykonawców, z ponownie wprowadzonym gitarzystą Marckiem Haywardem, który bryluje na strunach w części pierwszej i trzeciej. Tylko te zabiegi mają na celu ukrycie braku pomysłu na finał, który winien być eksplozją, a jest powolnym, sennym eposem, owszem ze spektakularnym tańcem w wykonaniu całego zespołu na końcu. Część trzecia nie daje poczucia spełnienia, owszem potwierdza tezę, że rock spotkał się z klasyką tańca i wszystko jest możliwe, tylko nie ma odpowiedzi czemu służyło owe zjednoczenie. Najwięcej słów zadowolenia należy kierować do zespołu tanecznego. Mimo początkowej wpadki, kolejne fragmenty wypadają niezwykle korzystnie. Widać wielkie umiejętności, siłę i zapał. W tym przypadku wygrywa klasyka nad współczesnością, choć żywiołowości w części drugiej nie da się zapomnieć jako jasnego punktu wieczoru.

Artystom towarzyszyła orkiestra Royal Ballet Sinfonia pod batutą współkompozytora części pierwszej i autora muzyki trzeciej – Christophera Austina. Brzmi niezwykle ciekawie i oryginalnie z wykorzystaniem elektroniki i efektów dźwiękowych. Świetny montaż buduje niesamowity klimat świata hardrocka z symfoniką. Cała trójka kompozytorów (Marko Nyberg, Sun Keting oraz Christopher Austin), mając do dyspozycji cały kalejdoskop repertuaru Black Sabbath, wykorzystała zaledwie kilka utworów, które przetworzone, zinstrumentalizowane i zorkiestrowane brzmią odmiennie, ale posiadają nutę drapieżności.

Publiczność była wyraźnie podzielona. Część wstała i gromkimi brawami oklaskiwała wykonawców. Spory odsetek zachował się zachowawczo i wycofanie. I to jest właśnie taki wieczór sprzeczności i niedopowiedzeń. Świetny, odkrywczy pomysł, ale gorzej wypada realizacja. Przegrywa balet, który jest powtarzalny i przewidywalny, oprócz części drugiej. A przecież muzyka Black Sabbath rewolucjonizowała świat, zmieniała rzeczywistość, przyciągała tłumy, kształtowała subkulturę. Rewolucji w tańcu nie będzie. Pozostała próba i trzeba liczyć na kolejne. Bowiem martwa sztuka umiera.

Black Sabbath – The Ballet, muzyka oryginalna Black Sabbath, choreografia Raul Reinoso, Cassi Abranches, Pontus Lidberg, Birmingham Royal Ballet, premiera: wrzesień 2023, pokazy w Plymouth.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Birmingham Royal Ballet

DROGA DO OPOLA – „40-LATEK” – TEATR RAMPA NA TARGÓWKU W WARSZAWIE

DROGA DO OPOLA – „40-LATEK” – TEATR RAMPA NA TARGÓWKU W WARSZAWIE

Każda epoka czasów PRL ma swój kultowy serial, który wpisany był w obraz naszej stolicy – Warszawy. Za Władysława Gomułki żyło się losami dwóch rodzin z ulicy Senatorskiej w Wojnie domowej. Za Edwarda Gierka losy rodziny Karwowskiego w Czterdziestolatku ekscytowały wszystkich, a obraz jego familii oddawał brzmienia propagandy sukcesu lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. A w latach osiemdziesiątych, następny blok i już inna dzielnica. Ze Śródmieścia przenosiny na Ursynów i losy mieszkańców w Alternatywy 4. Świetny to był Polaków obraz własny. Śmieszny, ironiczny, z nutą prawdy. Lubię powracać do owych perełek analogicznie jak do filmów Stanisława Barei.

OCZAMI CATHLEEN – „PEWNEGO DŁUGIEGO DNIA” – NARODOWY STARY TEATR IM. HELENY MODRZEJEWSKIEJ W KRAKOWIE

OCZAMI CATHLEEN – „PEWNEGO DŁUGIEGO DNIA” – NARODOWY STARY TEATR IM. HELENY MODRZEJEWSKIEJ W KRAKOWIE

Nie jest prosto definiować sztukę sceniczną. Zaskakuje bowiem kolejnymi odkryciami, poszukiwaniami. Ale chyba najciekawszym jest prostota. Odnalezienie praktyki, gdzie aktorstwo staje się pełnią teatralnego zjawiska przy zminimalizowanej scenografii, kostiumach, muzyce, które są tylko delikatną powłoką wzbogacającą. Trzeba być mistrzem, aby tak zaryzykować i oczywiście mieć do dyspozycji świetny zespół aktorski. Wówczas ta próba stanie się pełnokrwistym spektaklem, którego przekaz ma siłę uderzeniową lawiny śnieżnej. Takowym twórcą bez wątpienia jest Luk Perceval, który jest polskim teatromanom świetnie znany, bowiem mogliśmy, w ostatnich latach, oglądać aż siedem jego spektakli.