Najnowsze

MOŻE POUDAWAŁBYŚ DLA MNIE CZŁOWIEKA? – RECENZJA FILMU „W NICH CAŁA NADZIEJA”

MOŻE POUDAWAŁBYŚ DLA MNIE CZŁOWIEKA? – RECENZJA FILMU „W NICH CAŁA NADZIEJA”

Katastrofa klimatyczna wisi nad światem. I wydaje się, że mimo zabiegów wielu zaangażowanych aktywistów, ekologów, polityków i zwykłych obywateli globu, niestety większość rządów nie kwapi się od podjęcia radykalnych decyzji odstąpienia od paliw kopalnych. Już dziś w wielu miejscach na świecie wybuchają wojny, których przyczyną są zmiany klimatyczne. Liczne fale uchodźców mają też tę przyczynę – zmiany temperatur, niosące ze sobą zaburzenia bilansu hydrologicznego, problemu z dostępem do wody, kryzysy w rolnictwie, nagłe zdarzenia meteorologiczne, powodzie i susze zarazem. Co by było gdybym został sam na Ziemi? Czy jest to (nie)możliwa perspektywa? A jednak, co jakiś czas zastanawiam się nad tym, co bym zrobił…

TALENT SHOW – „DESZCZOWA PIOSENKA” – TEATR MUZYCZNY W POZNANIU

TALENT SHOW – „DESZCZOWA PIOSENKA” – TEATR MUZYCZNY W POZNANIU

Telewizja to niesamowite medium, które nie tylko przybliża świat, ukazuje nieznane, ale również kształtuje kariery. Nie tylko dziennikarskie, ale również polityczne. Takim ciekawym przykładem pozostanie widowisko stacji TVN – Mam Talent. Równie ważni, co uczestnicy czy członkowie jury, byli jego pierwsi prowadzący. Wówczas praktycznie nikomu nieznani Marcin Prokop i Szymon Hołownia. Minęły lata, a obaj panowie rozwinęli swoje talenty i zagospodarowali ciekawie swoje miejsca. Pierwszy w telewizji śniadaniowej będąc gospodarzem poranków adresowanych do milionów ludzkich serc, a drugi podbija umysły odmiennej publiki – sporej części społeczeństwa jako Marszałek Sejmu.

NIE-PRZYJACIÓŁKA – „USUŃ ZE ZNAJOMYCH” – TEATR KWADRAT IM. EDWARDA DZIEWOŃSKIEGO W WARSZAWIE

NIE-PRZYJACIÓŁKA – „USUŃ ZE ZNAJOMYCH” – TEATR KWADRAT IM. EDWARDA DZIEWOŃSKIEGO W WARSZAWIE

W tym roku kalendarzowym będziemy obchodzić pięćdziesięciolecie jednej z najbardziej warszawskich estrad – Teatru Kwadrat. W 1974 roku Edward Dziewoński, niezmordowany i niezapomniany kabaretowy Dudek, został pierwszym szefem placówki stworzonej pod auspicjami Komitetu do spraw Radia i Telewizji. Mawiało się: scena gwiazd, a chadzało po dobrą rozrywkę i dla zobaczenia wspaniałych aktorów. Ów szczególny koktajl kształtował smak wyjątkowy, bowiem – jak mówią almanachy – widownia przy ulicy Czackiego zawsze była wypełniona, a oklaski i zabawa stanowiły jej istotny element. Zawirowania stanu wojennego, gdy miejsce to stało się jednym z symboli aktorskiego bojkotu i niewpuszczania kamer telewizyjnych w celu rejestracji spektakli, doprowadziły do zerwania passy. Teatr zapłacił wysoką cenę – został zlikwidowany i włączony w strukturę Teatru na Woli. Pozbyto się Dziewońskiego, a po samodzielnej reaktywacji w 1985 roku stanowisko objął Edmund Karwański, który ze zmiennym szczęściem, gdyż doprowadził do utraty lokalizacji, pełnił funkcję do 2010 roku. Ostatnie trzynaście lat to era Andrzeja Nejmana, a od obecnego sezonu na czele instytucji stanęła Ewa Wencel. Równie ciekawie kształtują się losy miejsca, gdyż jego pierwotne położenie jest już legendą, a kolejne adresy to Klub Garnizonu Warszawskiego, a od kilku dobrych lat przestrzeń dawnego Kina Bajka przy ulicy Marszałkowskiej. Choć zmian było wiele jedno pozostało stałe – logo teatru. Trzykolorowy kwadrat, który również był okładką programów, w czasach w których istniał, bo dziś o nim chyba już nikt nie pamięta, że to ważny element wspomnień dla rzeszy teatromanów. Dlaczego ten cały wywód? Bowiem już wkrótce na łamach naszego Magazynu obszerny materiał o tejże wyjątkowej scenie. A owa specyfika wynika z jednego faktu, dedykowanego repertuaru. Owszem, czasy się zmieniają, dyrekcje, publiczność, ale linią programową pozostaje jeden wyznacznik – komedia, farsa, rozrywka. I choć nie wszystko można pochwalić, a specyficzny gust jednej dyrekcji nawet zganić, co czyniła prasa skrzętnie przez pewien czas, to nie ulega wątpliwości, że marka miejsca przyciąga widzów, którzy tłumnie szturmują widownię, a dawniej również kasę – małe okienko przy Czackiego. Miało to swój urok. To, co przyciągało to oczywiście aktorzy: Jan Kobuszewski, Wojciech Pokora czy Barbara Rylska. Ale to głównie tytuły stanowiły hity powodzenia: Czarujący łajdak, Mayday, a przede wszystkim przez wielu omijane szerokim łukiem, ale wciągające intrygą i salwami śmiechu – Szalone nożyczki.
Bardzo mocno sekunduję Ewie Wencel, jako nowej szefowej sceny. Poznałem jej program i wierzę, że to ciekawa koncepcja, w której mniej „wywracania się na skórce od banana”, a więcej uśmiechniętej rozmowy z widzem. Ważne, aby nie był to tylko tani kabaretowy wieczór, ale rozrywka na poziomie.
Inauguracja nowej dyrekcji to istotne wydarzenie. Ale za nim o tym, to inna refleksja. Spacer ulicą Londynu. Tuż obok wejścia do metra przy Leicester Square znajduje się Wyndham Theatre. Na afiszu The Unfriend. Oglądam zdjęcia przy wejściu. Niedowierzanie. Kalka ostatniej premiery Teatru Kwadrat. I nie chodzi o sam tytuł, ale elementy scenografii, a nawet twarze aktorów. I sobie myślę, ile jest oryginału w warszawskiej produkcji, a ile ściągnięcia z produkcji ze stolicy Wielkiej Brytanii? Inspiracje są i warto to pamiętać. Ale czy wszystko musi być identyczne? Czy format komedii musi być tożsamy jak produkcja musicalu? To ciekawy aspekt, do dobrej rozmowy. Ale powróćmy do sceny przy Marszałkowskiej. Tytuł zmieniono na Usuń ze znajomych, to już istotny zabieg, bo trochę zmienia kontekst opowieści. Autorem owej komedii jest Steven Moffat brytyjski scenarzysta oraz producent telewizyjny, który w teatrze jest mało znaną postacią, choć jego ostatnia sztuka zmusza do zadumy. W polskiej wersji niestety humor i śmiech raczej wymuszony, co jest konsekwencją nienajlepszego tłumaczenia Klaudyny Rozhin. Mimo to opowieść wcale nie jest banalna i ma podwójne dno. Angielska para w średnim wieku Peter i Debbie podczas rejsu luksusowym promem poznaje ekscentryczną Amerykankę Elsę. Znajomość rozwija się poprzez dysputy przy basenie, a poglądy kobiety mogą szokować stonowanych przedstawicieli klasy średniej, gdyż nie dość, że jest wyborczynią Donalda Trumpa, to jej konserwatywne myślenie stoi w sprzeczności ze stylem życia. I właśnie to jest klucz do owej sztuki. Dwuznaczność i niejednorodność. Jest to sprytna manipulatorka, w której kryją się dwie dusze – anioła wsparcia i demona zbrodni. Zbiegiem okoliczności Elsa przyjeżdża do Wielkiej Brytanii i odwiedza zapoznanych nowych przyjaciół. Tylko oni odkrywają tajemnicę, że jest ona podejrzewana o morderstwo kilku swoich byłych mężów i członków rodziny. I cała intryga krąży wokół jednego pytania – jak pozbyć się niewygodnego gościa? Bowiem pod jednym dachem mieszka jeszcze dwójka nastoletnich dzieci, którzy są typowym produktem współczesności – gry, wyalienowanie, własny świat. Złe kontakty z rodzicami, zatracona więź, typowy przykład rodziny w rozkładzie, gdzie każdy gra do własnej bramki. I właśnie owa toksyczna osoba z innego kontynentu, swoim czarem, komunikatywnością zmienia ten obraz. Buduje pozytywne zachowania, proste gesty, coś co możemy nazwać normalną relacją. Ale z drugiej strony wiemy, że przyjezdna kobieta to wampir o twarzy łagodności. I finał to udowadnia. Ale Moffat to świetny obserwator i widzi właśnie rodzinę jako największy problem społeczny – jej zagubienie i konieczność odbudowania relacji. Dziwny obraz nieprzystosowania społecznego, który coraz szerszym kręgiem dotyka kolejnych państw europejskich. Opowieść jest szersza – to również lokalna wspólnota, która potrzebuje „złotej duszy” do dialogu i współdziałania. I pytanie dlaczego to musi być demoniczna kobieta z dziwną przypadłością mordowania, aby ukształtować relacje międzyludzkie? A może tylko odmieńcy są w stanie nas uratować? Przyjazd Elsy odmienia nie tylko ludzi, ale również ich postrzeganie. Ma ona specyficzne podejście do życia, ale jakoś każdy ją akceptuje i nie warczy, bo przypadkiem śmie uważać i myśleć inaczej. Nikt jej nie omija łukiem, bo drwi ze szczepionek albo ekscentrycznie się ubiera. To wielka wartość owej sztuki.
Ale teatr to nie sama treść, gdyż wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Zaproszony ponownie do współpracy Marcin Sławiński zbudował przedstawienie mało dynamiczne, pełne zastopowań, wyczekiwań. Tu potrzeba zwięzłości, klarowności i szybkości. Dialogi winny iskrzyć, a są niestety drętwe. To buduje pauzy i przeraźliwą nudę. Aktorsko również jest średnio. Lesław Żurek jako Peter nie wie skąd się wziął. Gra jedną miną zagubienia i wycofania, ale do Dulskiego jeszcze mu daleko. Ilona Chojnowska jako jego żona chce być silna i przebojowa, ale jakoś to nie wychodzi, jest bladym tłem własnego męża. Swoją ociężałością i namolnością zachwyca jako sąsiad Paweł Wawrzecki. Klasą samą dla siebie jest natomiast Elsa w wykonaniu Lucyny Malec. Oczarowuje swoją pseudoniewinnością, sztuczny amerykański luz ma opracowany do perfekcji, zachwyca i przestrasza, bo przecież ma tę nieznośną tajemnicę morderstwa, które jest przekleństwem dla jednych, a może wybawieniem dla niej samej.
Premiera Kwadratu zrywa z pustym humorem na rzecz ciekawej opowieści ze szczyptą niewymuszonego śmiechu. Moffat świetnie nas obserwuje, widzi, a my przeglądamy się w tym zwierciadle niby obcym, ale bliskim. I mimo licznych zastrzeżeń, łącznie z londyńską kalką dobrze spotkać się w innym Kwadracie, gdzie wiesz, że nie będziesz wykpiony, ale potraktowany z uczciwością miejsca, a wychodząc pomyślisz co naprawić pod własnym dachem.

Usuń ze znajomych, Steven Moffat, reżyseria Marcin Sławiński, Teatr Kwadrat im. Edwarda Dziewońskiego w Warszawie, premiera: styczeń 2024.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Materiały prasowe

ŚMIESZNOŚĆ Z TATAREM – „POLOWANIE NA OSY. HISTORIA NA ŚMIERĆ I ŻYCIE” – TEATRGALERIA STUDIO W WARSZAWIE

ŚMIESZNOŚĆ Z TATAREM – „POLOWANIE NA OSY. HISTORIA NA ŚMIERĆ I ŻYCIE” – TEATRGALERIA STUDIO W WARSZAWIE

Historie kryminalne to atrakcyjny temat dla teatru i filmu. W okresie PRL istniała seria Teatru Telewizji ochrzczona mianem Kobry, gdzie zbrodnia i detektywistyczna intryga przyciągała przed ekrany szerokie masy odbiorców. Kultowy serial 07 zgłoś się bił rekordy popularności. Porucznik Borewicz nie jawił się tylko jako niezłomny as Milicji Obywatelskiej, ale również jego historie ukazywały tło obyczajowe półświatka i egzystencji lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Z owego specyficznego zainteresowania Polaków tematyką kryminalną zrodził się Magazyn Kryminalny 997, w którym rekonstrukcje zbrodni, poszukiwania przestępców ukazywały czarne strony ponoć epoki bez przemocy.

FROMBORK KICZ – „UKŁAD SPLĄTANY. KOPERNIK I INNI” – TEATR IM. WILAMA HORZYCY W TORUNIU

FROMBORK KICZ – „UKŁAD SPLĄTANY. KOPERNIK I INNI” – TEATR IM. WILAMA HORZYCY W TORUNIU

Niezwykle cenię sobie opowieści biograficzne w teatrze czy też filmie. Co prawda przyprawione fantazją, lekko a może nawet i daleko odbiegają od prawdy historycznej, to stanowią ciekawy obrazek pewnej epoki, środowiska, społeczności, elity. Bowiem to nie tylko rys indywidualny, ale szeroka możliwa panorama określonego wycinka czasu, w którym kosmos ludzki jest świetnym materiałem literackim, ale i prezentacyjnym na scenie czy też taśmie filmowej. Takowym polskim twórcą teatralnym, który wielokrotnie powraca do życiorysów, nieoczywistych tajemnych spotkań, które ukazują ludzkie charaktery artystycznej śmietanki, jest Maciej Wojtyszko.

WĄŻ I ŻMIJA – „O DWÓCH TAKICH, CO UKRADLI KSIĘŻYC” – TEATR LALKA W WARSZAWIE

WĄŻ I ŻMIJA – „O DWÓCH TAKICH, CO UKRADLI KSIĘŻYC” – TEATR LALKA W WARSZAWIE

Mam olbrzymi sentyment dla teatru dedykowanego dziecięcemu i młodemu odbiorcy. Trudno go nazwać sceną lalkową, gdyż odczuwam olbrzymi deficyt tej formy artystycznej, ale odwołuję się do całego kalejdoskopu widowisk adresowanych do naszych małoletnich widzów. Bowiem właśnie w tym wieku kształtuje się gust, ale również zwyczaj bywania w teatrze. Dla mnie pierwszym doświadczeniem teatralnym stał się Teatr Lalka w Warszawie. Chyba miałem  trzy lata, gdy przyprowadzony przez mamę zakochałem się w tym miejscu. Pierwszy spektakl w życiu – Urodziny słonia, oglądałem sześć razy. A gąbkowy kawałek tortu, który wręczano dzieciom podczas uroczystości zwierzęcia, przechowywałem przez długie lata w dziecięcym pokoju magii. To w nim kształtowały się widowiska wsparte dwoma krzesłami, sznurkiem i kocem oraz setką moich ukochanych pacynek. Szaleństwo było przednie, a kolejne wymyślone historie niesamowite. Pamięć zawodzi, ale ten świat pozostanie zawsze w sercu. Miałem szansę spotkać wspaniałych przewodników artystycznych, gdy podziwiałem prace w Teatrze Baj Krzysztofa Niesiołowskiego, a przede wszystkim wspominam podróże na ulicę Różaną do niesamowitego Guliwera prowadzonego przez Monikę Snarską. Gdzież są te czasy, gdy kolejne spektakle to poszukiwania formy. Chyba jestem jednym z nielicznych, którzy pamiętają baletowego z kukłami Pana Twardowskiego do muzyki Ludomira Różyckiego, marionetkowego Pinokia i świetnego, w quasi maskach Detektywa lisa prowadzącego śledztwo. Nie można także nie wracać do świetnych bajek wywiedzionych z baśni z tysiąca i jednej nocy wspartych geniuszem plastycznym Ali Bunscha. To były piękne czasy. Faktycznie trzy lalkowe sceny miały swoich wieloletnich gospodarzy, oprócz wspomnianych, to w Lalce owym łącznikiem, przy zmieniających się dyrekcjach, pozostał Adam Kilian. Uwielbiałem jego plastykę, połączenie ludowości z oryginalnością. Nie ma owych czasów, pamięć jest ulotna, niedługo już zapomnimy o owych chwilach, posiłkując się jedynie publikacjami wspomnień.

Jednak warszawski Teatr Lalka ma swój niebagatelny urok. I choć ulega modom, co też jest związane z percepcją widzów, od czysto lalkowych pokazów na rzecz żywego planu, to pozostaje w nim nuta dawnego czasu. Gabloty wypełnione historycznymi postaciami, piernikowe figury pokrywające ściany, fotele pamiętające czasy przeszłe, ale już tylko znajdujące się w foyer jako nostalgia minionego. I jeszcze bufet, w którym zajadało się galaretkę oraz popijało mleczne koktajle. Dawne, a jakże bliskie, gdy patrzy się na te same stoliki pokryte małymi kafelkami porcelany. W tym miejscu, zlokalizowanym w Pałacu Kultury i Nauki, jest jeszcze jedna nierozerwalna nić – nazwisko Kilian. Sięga ono czasów powstania sceny w Samarkandzie, gdy budowała ją Janina Kilian-Stanisławska, następnie wspomniany Adam, a dziś Jarosław. Można powiedzieć, że mimo zmieniających się czasów, to rodzinne przedsiębiorstwo, podobnej, uniwersalnej stylistyki, gdzie najważniejszym jest dobro dziecka. Wychowanie przez sztukę wsparte geniuszem literatury, sprawnej reżyserii i piękna scenografii.

Ostatnia praca w Lalce to O dwóch takich, co ukradli księżyc na podstawie Kornela Makuszyńskiego. I gdy zobaczyłem w repertuarze owe zamierzenie – pomyślałem muszę to zobaczyć! Powodów było kilka. Pierwszy, o dziwo – polityczny. Bowiem w roku wyborczym, chwilę po elekcji parlamentarnej sięgać po ów tytuł ma posmak małej sensacji. Przecież bracia Jarosław i Lech Kaczyńscy grali w wersji filmowej i skojarzenia zawsze będą występowały. Warto przypomnieć, że w roku 2005, gdy premiera miała miejsce w Słupsku, w reżyserii Ireny Dragan, to niektórym lalkowi bohaterowie przypominali twarze polityków, a sprawa miała szeroki zasięg medialny i lokalny. Niektórzy nazywali wystawienie prowokacją i kpiną z nowo obranej głowy państwa i lidera partii Prawo i Sprawiedliwość. Do tytułu podchodzono z ostrożnością. W ostatnim dwudziestoleciu pojawił się on w naszym kraju zaledwie pięciokrotnie. Owe fatum filmowe chyba zaszkodziło teatralnej karierze. Myślałem sobie, że Jarosław Kilian mrugnie okiem do dorosłych, pozostawiając fraszkę dla dzieci. Niestety, nie tędy droga. Drugi aspekt, to fantazja reżysera. Cenię sobie jego prace, szczególnie lubię pomysły na Shakespeare’a oraz Słowackiego, gdy z powagi wydobywa ludyczność i śmieszność. To ważne umiejętnie przekuć balon napuszenia na rzecz krotochwili i odmiennego spojrzenia. Nie wszystko co jest w Lalce cenię. Nie tak dawno ze swoimi koleżankami uciekaliśmy, gdzie pieprz rośnie z fatalnych Dzieci w Bullerbyn, naprawdę rozpacz. Ale ciekawie obserwuje się dzieci. Czy się nudzą, a może włączają w opowieść. O dwóch takich… zatem ma też swoją tajemnicę. 

Jarosław Kilian przygotował widowisko sprawne, przede wszystkim cieszące oko. To świetna praca ilustratorki książek i graficzki Joanny Rusinek, która niebagatelną własną fantazję pięknie odtwarza na scenie. Pod powiekami nadal mam wspaniałe abstrakcyjne miasteczko, z figurami wziętymi niczym z kart geometrycznych, a pszczoły to małe drony, które zagospodarowują całą przestrzeń sceny i widowni ku uciesze młodych widzów. Świat cieni, wzmaga niesamowitość i zaciekawienie. Świetna jest również scena maskowa ze zbójnikami, która pokazuje magię innego teatru, niekoniecznie żywego, ludzkiego planu. To właśnie owa sekwencja pobudza wyobraźnię, wyzwala poczucie wykorzystania zmysłów, a także ukazuje tajemnicę teatru. Drugim pozytywem jest muzyka Grzegorza Turnaua, która jest ważnym nośnikiem owego przedstawienia, a także ruch sceniczny Emila Wesołowskiego. W ten sposób buduje się dobra, sprawna opowieść – historia drogi. Bowiem reżyser tworzy narrację dwóch chłopców jako poszukiwanie nie tyle przygód, co odnalezienia siebie, sensu tego czym jest życie. Ma w tym dopomóc postać Anioła. Wydaje się to w dzisiejszym czasie zupełnie chybione. Część widzów w ogóle nie rozumie metafory chrześcijańskiej, jest od niej oderwana, gdyż edukacja w domu, wielokrotnie daleka jest od wiary katolickiej. Symbolika zatroskanej, zapracowanej i mimo wszystko kochającej matki wydaje się jedynie trafna. Każde dziecko jest świadome, że może liczyć na rodzicielkę, mimo krzywd, które nawet nieświadomie jej wyrządza. Kilian ponosi w tym zakresie sromotną klęskę, bowiem biała postać opiekuna odbiega od myślenia współczesności. Kto wie czy Batman, a może Supermen byłby bardziej trafiony. Jacek i Placek, niesforni chłopcy, mieszkańcy Zapiecka, opuszczają własny świat, aby poznać siebie. To właśnie jest istotą człowieczeństwa, a nie siła nadprzyrodzona. Podobny problem jest z tytułowym księżycem. Co prawda pojawia się w drugiej części jako magiczna kula, ale wcześniej go nie ma. Szkoda. Skoro jest tematem opowieści, winien być niezmiennym towarzyszem przygód i zwad młodych bohaterów. W głównych rolach obsadzono dwie młode aktorki Hannę Turnau i Magdalenę Pamułę. Już ów zabieg jest wątpliwy. Czyżby chęć odwrócenia uwagi od filmowych aktorów? Zresztą inna ekspresja jest dziewczyn a odmienna chłopaków. I to można zauważyć. Nie wierzy się tym postaciom, jasnym jest, że odtwarzają „ciała obce”, a nie są prawdziwym Jackiem i Plackiem. Zresztą reżyser zlecił im tyle zadań, że obie panie dostają zadyszki, co śmieszy starszego widza, który nieustannie wywijał koziołki na trzepaku, nigdy nie odczuwając choćby małej niedyspozycji.

Opowieść w Teatrze Lalka to podróż, poszukiwanie siebie, odkrywanie tajemnicy dlaczego warto być dobrym. To z jednej strony wizja węża i żmii, które zmieniają ubarwienie stając się łagodnym i dorosłym człowiekiem. Wiele w tym spektaklu mankamentów, które nużą odbiorcę, przeszkadza również dziwnie ciemna aura sceny. Jednak jest i kilka punktów udanych – choćby obraz zatroskanej, zapracowanej matki wierzącej w dobro swoich dzieci. Jednak w tym wszystkim za dużo pozoru, powagi. Chwile radości – choćby wyścig biegowy, gdy jeden z bohaterów ze smakiem zajada popcorn, to perełka poczucia humoru. Jednak takowych momentów jest niewiele. Jakoś atmosfera smutku i ciężkiego moralitetu z aniołem w tle przyćmiewa jasne strony owego widowiska.

I nie pomogą ciekawe piosenki, zjawiskowa scenografia, ruch sceniczny, gdy koncepcja nie do końca współgra z oczekiwaniami młodego widza. Ufałbym bardziej w jego wyobraźnię, bowiem filmy rysunkowe przeżywają swój renesans, a forma teatru lalkowego jest przebogata i różnorodna. Warto jej w pełni zaufać, bo wydaje się, że dzieci przychodzą po to do teatru, aby oderwać się od telewizora i katechetycznej narracji w szkole, z której coraz częściej rejterują.

O dwóch takich, co ukradli księżyc, Kornel Makuszyński, reżyseria Jarosław Kilian, Teatr Lalka w Warszawie, premiera: grudzień 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: M.Ankiersztejn

PROFESOR WILCZUR ŻYJE! – RECENZJA FILMU „ZNACHOR”

PROFESOR WILCZUR ŻYJE! – RECENZJA FILMU „ZNACHOR”

Na świecie są pewne stałe, cyklicznie powtarzające się wydarzenia. Nie ma w Polsce osoby, która w swoim życiu choć raz nie widziałaby Znachora w reżyserii Jerzego Hoffmana z 1981 roku. Najczęściej w czasie Świąt Wielkanocnych czy Bożego Narodzenia nadchodzi rytualny niemal w kraju nad Wisłą czas oglądania ekranizacji powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z 1937 roku. To niezwykły fenomen kulturowy, niepisana tradycja, międzypokoleniowy zwyczaj, w którym na wyścigi członkowie rodziny cytują fragmenty dialogów tej produkcji.

ZMORY – „NACHTTRAUME” – BALLET ZURICH

ZMORY – „NACHTTRAUME” – BALLET ZURICH

W życiu każdego teatromana pozostają widowiska niezapomniane. Takie, do których powraca się w myślach mimo upływu lat, dziesięcioleci. W mojej pamięci jest kilka takowych zdarzeń. Oczywiście nie czas przypominać dziecięce wzruszenia, ale raczej skupić się na wieku dojrzałym. Gdy zamykam powieki widzę świat Tadeusza Kantora w jego spektaklu wykonywanym już bez niego w stołecznym Teatrze Polskim przez jego zespół Cricot2. Podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych w roku 1992 prezentowano Dziś są moje urodziny. Cóż to był za spektakl!