Najnowsze

Piszę Anons do dzielni – Tapas po polsku

Piszę Anons do dzielni – Tapas po polsku

Anons to krótkie ogłoszenie. Czy to słowo kojarzy Wam się z gastronomią? Jeśli nie, to poznajcie Anons do Dzielni, czyli kameralne miejsce na Mokotowie, gdzie zjecie niezłą polską kuchnię z twistem. Maciej Nowak w jednym z ostatnich felietonów w Gazecie Wyborczej napisał o tej knajpce 

W POSZUKIWANIU STRACONEGO ŚMIECHU – „ZEMSTA” – TEATR IM. ADAMA MICKIEWICZA W CZĘSTOCHOWIE

W POSZUKIWANIU STRACONEGO ŚMIECHU – „ZEMSTA” – TEATR IM. ADAMA MICKIEWICZA W CZĘSTOCHOWIE

Mijam ulice, jeżdżę komunikacją i zawsze zastanawiam się nad jednym. Co myślą o Polakach przyjezdni? Patrzą na nas, masę ludzi, społeczność. I chyba za każdym razem, gdy o to pytam, dostaję odpowiedź: smutna mina, brak uśmiechu, niechęć na twarzy. Zawsze mnie to zastanawia skąd bierze się ten nasz pesymizm, gdyż sam uwielbiam śmiech i rozrywkę. Wszak „śmiech to zdrowie” tak jak „cukier krzepi”. Warto okazywać uprzejmość, a podobno zadowoleni ludzie żyją dłużej. Teatr powinien nas w tym wspierać, dodawać słońca, a nie tylko dostarczać melancholii.

POD CZARNYM ANIOŁEM – „TOSCA” – OPERA LUBELSKA

POD CZARNYM ANIOŁEM – „TOSCA” – OPERA LUBELSKA

W naszym świecie teatralnym coraz głośniej o Lublinie. Z jednej strony informacje o wewnętrznej sytuacji w dramatycznej scenie im. J. Osterwy kierowanej przez Redbada Klynstrę-Komarnickiego, z drugiej o planach inwestycyjnych rozbudowy placówki. Nie mniej interesujące wieści, nie tak dawno, docierały z Teatru Muzycznego. Kamila Lendzion, dyrektorka placówki, obwieściła światu, że z połączenia trzech instytucji: Centrum Spotkania Kultur, Filharmonii im. H. Wieniawskiego oraz właśnie Muzycznego powstanie jedna – Opera, która posiada błogosławieństwo Marszałka Województwa. Wybuchł skandal, gdyż nikt o niczym nie wiedział. Protesty, listy, żale i finał. Utworzono instytucję pod nazwą Opera Lubelska, ale tylko z przekształcenia placówki kierowanej przez ambitną szefową. Trochę to jak strzelanie z armaty do wróbla. Wielkie aspiracje a mizerny efekt. Ambicje zostały zaspokojone, ale przecież nie idzie o samą nazwę, tylko należy wypełnić program, zamierzenia, cele. Mikroskopijna scena przy Marii Curie-Skłodowskiej absolutnie nie jest adekwatna dla wielkich i spektakularnych widowisk, brak zaplecza, odpowiedniego składu wykonawczego, chóru, tancerzy implikuje masę problemów i finansowych wyzwań. Należy zastanowić się czy w naszym kraju stać nas na kolejną instytucję z dedykowanym repertuarem operowym, a co z programem tańca? Gdyż tradycja mówi o domu dla obu sztuk, a nie tylko wokalnej uczcie? Najdziwniejsze jest to, że dla każdego występu Muzyczny musi dokonywać wynajmu w Centrum Spotkania Kultur dysponującego Salą Operową z techniką i wyposażeniem adekwatnym dla wielkich produkcji. Jestem skrajnym przeciwnikiem unifikacji instytucji w jeden podmiot. W naszym kraju, w przeciwieństwie do Niemiec, owa praktyka się nie sprawdziła. Próby tego typu już były i skończyły się klapą. Za czasów ministra Kazimierza Dejmka połączono pod zarządem Janusza Pietkiewicza oraz szyldem Teatru Narodowego operę, balet i dramat. Wyszło fatalnie. Zero oszczędności, mniej premier i nieustanny konflikt o prymat sztuk. Kamila Lendzion powinna zrozumieć, że ma wielki atut w ręku. Może prowadzić teatru unikatowy w skali kraju – dom operetki. To pole faktycznie niezagospodarowane, a widzów pokaźna liczba. Należy mierzyć siły na zamiary i liczyć się z konsekwencjami podjętych decyzji. Eksperyment z Operą Lubelską chyba już drży w posadach, bowiem kolejna zapowiadana premiera to musical – Jesus Christ Superstar. Zatem o co ten cały ambaras? Pozostanie tajemnicą głównej bohaterki.

We wrześniu 2023 roku przy fanfarach wieszczących pojawienie się Opery Lubelskiej na deskach wynajętej przestrzeni zaprezentowano Toscę Giacomo Pucciniego w reżyserii Tomasza Mana. To utwór chyba najbardziej i najczęściej prezentowany w operowym świecie, samograj utkany ze zjawiskowych arii i przepięknej muzyki wpadającej w ucho, a także miłosna historia, która zwieńczona zostaje śmiercią trójki głównych bohaterów. I właśnie w tym jest jeszcze jedna istotna rzecz – wykonawcy. Musi być to co najmniej trio wyjątkowe, którego głosy będą nieść werystyczną opowieść, dotykać uczuć i wzruszać do łez odbiorców.

Inscenizacja lubelska jest wyobcowana z konkretnego czasu i miejsca. To uniwersalna opowieść, która daje wiele możliwości interpretacyjnych. Symbolika scenografii dyskretnie określa pola gry, ukazując w trzech aktach podobne rozwiązania dekoracyjne. Są nimi trzy plansze fotosów ukazujących kościół, pałac barona Scarpii i miejsce stracenia Mario Cavaradossiego. To dobre rozwiązanie plastyczne, dodatkowo niezmienne – umieszczone po dwóch stronach sceny – są żelazne wrota symbolizujące wejście do kaplicy, przejścia pałacowe i więzienne drzwi. Jednak najważniejszym jest wprowadzenie pantomimicznej postaci Anioła Śmierci (Wojciech Pyszniak), który w dyskretny sposób widoczny jest przez cały ciąg zdarzeń. Niby nieobecny, a cały czas zauważalny. Jego tajemnicza, złowroga postać jest świetną kompozycją dla nadchodzących wydarzeń. Posuwisty, delikatny ruch, niemy świadek tragedii, daje poczucie złowrogości i nieprzewidywalności tego, co nastąpi. To nie opiekun, ale demiurg, który w ostatnich scenach nie osłania piersią rozstrzelanego kochanka, ale zabiera do wiecznej krainy oszukaną, ślepo zakochaną śpiewaczkę Toscę. Ten zabieg inscenizacyjny jest dobrym rozwiązaniem, ale nie ukrywa innych mankamentów realizacyjnych. Przedstawienie jest niesłychanie statyczne, emocje między głównymi adwersarzami gdzieś wyparowały, brak uczuć, pasji. Jedynym elementem namiętności jest przemoc, którą z lubością stosuje Scarpia. Ale opera Pucciniego, choć wpisana w określony kontekst historyczny walki przeciw państwu kościelnemu, to przecież głównie utwór o miłości. Zakochanej parze malarza i artystki operowej, których polityka i wir wielkiego świata, rzuca w świat tragedii i śmierci. Owym demiurgiem jest ten trzeci – prefekt policji, niby ścigający zło i przeciwników politycznych, a tak naprawdę pełen seksualnej pożądliwości i małości człowiek. Owa intryga to dobrze skonstruowany dramat, który potrzebuje jedynie świetnych śpiewaków i sprawnej realizacji z kluczem. Man postawił na uniwersalizm, może i dobrze, ale pogubił się w szczegółach. Nie do zaakceptowania są plastykowe kanki z farbami, które pasują do scenicznego obrazu jak pięść do nosa. W scenie kościelnej, monumentalnego Te Deum nagle pojawia się krucyfiks jakbyśmy nagle zmienili miejsce gry, a jesteśmy w tej samej przestrzeni. Na dodatek wprowadzenie chórzystów z wielkimi krzyżami na szyi sprawia, że bardziej przypominają pustelników aniżeli zakonnice i księży. Tłum dzieci, słabo prowadzonych, zbliża obraz do koncertowej formy, a nie wielkiego, potężnego finału widowiska operowego. Reżyser zapomina, że żelazne drzwi służą konkretnym celom i nie można bezwolnie przez nie wchodzić i wychodzić, gdyż zakrawa to o śmieszność, bowiem burzy się intryga. Najbardziej spektakularne strzały plutonu egzekucyjnego są chybionym efektem, gdyż wyglądają jak noworoczne fajerwerki, czym wzbudzają śmieszność i kpinę. Jednak nie można zarzucić reżyserowi konsekwencji. Mimo wpadek i statycznego wykonania jego opowieść jest logiczna i spójna, a obraz anioła wywiedziony z fasady Zamku św. Anioła, miejsca rozstania i śmierci głównych bohaterów, jest świetnym przewodnikiem po owej tragedii, nienachalnym bohaterem, łącznikiem scen, napędzającą czarną mocą tragicznych zdarzeń.

Opera to przede wszystkim muzyka. I ona nastręcza najwięcej problemów. Największym bohaterem jest nagłośnienie. Bez niego nie mogłaby odbyć się prezentacja. Jednak pogłosy, szmery i różnice we wzmocnieniu głosów solistów są nieznośne dla odbiorcy. Orkiestra pod kierunkiem młodego kapelmistrza Vincenta Kozlovsky’ego brzmiała wyjątkowo głośno, raczej przygrywała solistom niż zniuansowała nuty włoskiego mistrza. Do wykonania głównych partii zaproszono solistów gościnnych. Karina Skrzeszewska obsadzona w partii tytułowej posiada ładny, choć matowy głos. Jej wykonanie, szczególnie arii Vissi d’arte, spotkało się z zasłużonymi oklaskami. Jednak jej partnerzy już nie mogą mówić o sukcesie wykonawczym. Paweł Skałuba jako Cavaradossi wykonywał partię nieczysto, więcej w niej krzyku gawrona niż rzeczywistego śpiewu, markowania nieudanych rejestrów. Trio zamyka Mariusz Godlewski jako baron Scarpia, który swoją demoniczną grą może i urzeka, ale dźwięki zbliżają go do wojskowego drylu, a nie scenicznej roli. Ciekawie i dobrze wypadł jako ścigany Angelotti – Wołodymyr Pańkiw, a także Zakrystianin Patryk Pawlak, który mimo szczupłej figury i znów wielkiego krzyża na szyi, nie wzbudza śmieszności, ale potęgą głosu buduje ciekawy epizod. Ale są i niewypały. Jakub Gąska jako Spoletta pomylił przedstawienia. Wchodzi do roli jako amant, a nie urzędnik organów ścigania, a jego głos jest tak mikry, że ryby chyba dźwięczniej oddychają niż to, co zaprezentował solista. To pomyłka, która ukazuje jasno i wyraźnie, że musical i operetka to nie opera i nie można mylić światów. To dwa różne modele walutowe jak kapitalizm i socjalizm. I aspiracji jednej osoby nie da się urzeczywistnić za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a potrzeba na to czasu, wymiany zespołu, który należy zbudować od nowa. Ale podkreślę jeszcze raz. Jestem temu przeciwny. Bowiem Lublin aspirujący do Europejskiej Stolicy Kultury powinien budować swoją rangę na oryginalności i odmienności, a tym może być wartościowa scena muzyczna – dom dla Lehara, Kalmana czy Abrahama.

Twór Opery Lubelskiej traktuję jako krótkotrwały epizod. Bowiem Tosca, mimo nawet poprawności inscenizacyjnej, ciekawych rozwiązań, ukazała braki zespołu dawnego Muzycznego. Można posilić się na eksperyment, ale marzenia mają to do siebie, że aby się ziściły trzeba dużo pracy, wytrwałości i zrozumienia z czym należy się zmierzyć. Obecnie to tylko mrzonki. A gdzie dalsze pomysły, idee, rozwiązania? Brak. Oby przyszło otrzeźwienie, bo jak na razie pozostaje wróżba finału w skrzydłach czarnego anioła.

Tosca, Giacomo Puccini, reżyseria Tomasz Man, kierownictwo muzyczne Vincent Kozlovsky, Opera Lubelska, premiera: wrzesień 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto. Grzegorz Winnicki Fotografia

DOM – „KIN” – GECKO

DOM – „KIN” – GECKO

Istnieją artyści, którzy wyłamują się utartym schematom i zaszeregowaniu w jednej dziedzinie sztuki. I może to jest jej kwintesencja, gdy tworzy się zjawisko twórcze posiadające kalejdoskop użytych środków, które różnymi zmysłami trafiają do odbiorców. Zastanawiam się wielokrotnie jak musiał wyglądać teatr Wsiewołoda Meyerholda. Możemy posiłkować się zdjęciami, opisami, ale zapisów filmowych praktycznie brak. Nie przez przypadek przywołuję jego osobę, bowiem jako twórca biomechaniki wykorzystanej w sztuce scenicznej ukazywał naturę znaczenia fizyczności, a nie tylko psychologicznego przeżywania.

POLSKA WIEŚ WALCZĄCA Z TAJEMNICĄ – RECENZJA FILMU „TYLE CO NIC”

POLSKA WIEŚ WALCZĄCA Z TAJEMNICĄ – RECENZJA FILMU „TYLE CO NIC”

Prowincja, małe wsie i miejscowości to niejako inny świat, tak rożny od miejskiej sieci budynków, natłoku dźwięków, dudnienia kroków, szumu i gwizdu komunikacji miejskiej, potoków pędzących samochodów. Nie raz zastanawiałem się, czy życie na wsi ma jeszcze przyszłość we współczesnym świecie. Jako człowiek z miasta mam – przyznam szczerze – niewielkie pojęcie o życiu na prowincji. Przeglądałem się tej codzienności tylko przez chwilę, jakiś czas temu. To rzeczywistość, która toczy się w innym rytmie, wymaga ogromnej pracy i samodyscypliny. Natury nie oszukasz.

NA COKOLE POLSKOŚCI – „SIÓDEMKA. SZÓS POLSKICH KRÓLOWA” – TEATR OCHOTY IM. HALINY I JANA MACHULSKICH W WARSZAWIE

NA COKOLE POLSKOŚCI – „SIÓDEMKA. SZÓS POLSKICH KRÓLOWA” – TEATR OCHOTY IM. HALINY I JANA MACHULSKICH W WARSZAWIE

Polska, Polak, Polacy – w głowie pobrzmiewają owe słowa, które z lubością powtarzane są przez media i wielu z nas. Ciekawe czemu służą, co mają znaczyć? Od ośmiu lat wszystko jest narodowe, nie może być odarte z tegoż przymiotnika, gdyż znaczy on lepsze, dostojniejsze, idealne. To trochę jak widzenie w tych wszelkich określeniach nas samych poprzez poprawianie własnego nastroju, samopoczucia czy samooceny. Naprawdę nie ważne kim jesteśmy, co osiągnęliśmy, do czego dążymy, ale sformułowania wytrychy określą nas jeszcze lepiej, dosadniej, pełniej. Jakbym czytał Wyzwolenie Stanisława Wyspiańskiego, gdzie jak echo brzmi okrzyk „Polska!”, tylko tam ma znaczenie pustego zawołania, lichej formy postawy. Gdzie jest zatem ta nasza tożsamość? Przywołując znów młodopolskiego małopolskiego autora chyba w sercu, w każdym z nas, z czym nie należy się ceremonialnie afiszować, ale myśleć i tworzyć. To jak spór Konrada z Muzą z przywoływanego dramatu – walki „czynu” z „gestem”. I właśnie tacy jesteśmy, uwielbiamy nasze narodowe pozy, schematy, zachowania. Zazwyczaj obcokrajowcy zauważają w Polakach naszą twarz – bez uśmiechu, w wiecznym niezadowoleniu. Stereotypowe ujęcia możemy spotkać wszędzie – w sklepach, restauracjach, samolotach, miastach, wsiach i miasteczkach. Jak nasz kraj długi i szeroki pokryty jest folklorem współczesności okraszonym nie ludową piosenką, ale właśnie specyficznym zachowaniem, które odbija ślady przeszłej, zadufanej sarmackiej pewności i wielkości z dozą prowincjonalnego nacieku, pełnego irracjonalnego zbioru mentalnych utartych schematów poczynań. W polskim teatrze takowych obserwatorów nas samych jest wielu, gdy jak w lustrze widzimy siebie, śmiejemy się z obrazka, który widzimy i nie wyciągamy wniosków, wszak to nie o nas, my jesteśmy inni. Przecież intelektualna elita w fotelu teatralnym ma inne zbiory rytuału codzienności. A przecież to chybiona teza. Ta Polska widziana oczami twórców scenicznych odnosi się do nas wszystkich. Wydaje się, że mistrzami owego gatunku jest duet Paweł Demirski z Moniką Strzępką, którzy od ponad dekady w swojej krajowej wędrówce po licznych scenach, ukazują dramaty pełne ironii i autorefleksji o nas samych. Wielokrotnie ów wątek podchwytuje Marcin Liber, nie zapominajmy także o Grzegorzu Jarzynie, który posiłkując się Dorotą Masłowską rysował nasz portret własny, wspólny, polski, narodowy. Do owego kalejdoskopu dołączył warszawski Teatr Ochoty, który zaprezentował adaptację powieści Ziemowita Szczerka Siódemka. To przykład dobrego teatru, zespołowej gry, gdzie ma być śmiesznie, choć często jest przegadanie, ale z dozą przemyśleń dla każdego widza opuszczającego mury zasłużonej placówki przy ulicy Reja.

Lubię to miejsce. Tu spędziłem chwilę młodości, wszak jako pasjonat, od lat dziecięcych, teatralnych wrażeń nie mogłem nie uczestniczyć w zajęciach grupy Haliny i Jana Machulskich. I choć kariery teatralnej nie osiągnąłem, to jednak było to doświadczenie ważne, pewnego czasu poznawania warsztatu i kulis scenicznych. Dziś nie ma tego świata, chyba nawet ducha. Miejsce zmieniło oblicze i formuła teatru, choć dalej z zajęciami artystycznymi, zbliża go do klasycznej repertuarowej placówki. Istotnym jest, że to faktyczne centrum spędzania czasu dla mieszkańców dzielnicy Ochota, bowiem nie tylko sztuka, ale również obecna gastronomia jednoczy widzów w tym małym i przytulnym miejscu. Repertuar posiada jeden walor. To kameralne wydarzenia, bowiem zespół aktorski faktycznie zaangażowany jest do każdej produkcji, które oscylują od dramatów psychologicznych do adaptacji literatury. Prym wiodą reżyserie dyrektora artystycznego Igora Gorzkowskiego, ale wartość siedliska podnoszą realizacje Małgorzaty Bogajewskiej, Anny Skuratowicz czy Michała Zdunika. Te poszukiwania ukazują ile można wyczarować słowem w niezwykle małej przestrzeni zmiennej widowni. I właśnie z owymi wyzwaniami zmierzył się Rafał Szumski realizując przedstawienie drogi Siódemkę. Szós Polskich Królową. Mając do dyspozycji piątkę aktorów i filigranową scenę zbudował rajd po naszej tożsamości i myśleniu. To trochę jak rockowa jazda bez trzymanki poprzez pewną drogę o magicznym numerze siedem.

Chyba każdy posiadacz automobilu podróżował tą trasą, która wiedzie z południa na północ niczym, będąc śladem królowej rzek – Wisły. Dziś co prawda już prawie we wszystkich odcinkach została zastąpiona ekspresową S7, ale wspomnienia pozostały. Ziemowit Szczerek trochę zawęża jej rewiry, gdyż rajd ma mieć miejsce od jednej dawnej stolicy – Krakowa do obecnej metropolii – Warszawy. Zabieg nie jest przypadkowy, gdyż właśnie ów specyficzny świat trzech województw: małopolskiego, świętokrzyskiego i mazowieckiego jest obrazem tożsamości, przywar i lokalnych tajemnic. Główny bohater, tuż po Halloween w listopadowy pierwszy dzień miesiąca, wyrusza w ową drogę. Lekko okraszony napitkiem zaczyna nieokiełznaną wyprawę niby znaną trasą, ale zadziwiająco odmienną tegoż dnia. Zombie wychodzą na drogę, święcą ową misję, która z góry wydaje się stracona. To trochę jakby zaczarować ową wyprawę, ale w odmienny, negatywny sposób. Napotkani przypadkowi towarzysze, ludzie i zdarzenia ukazują niebajkowy, ale przerysowany świat naszej polskości. Szumski za jedyny element dekoracji, oprócz ekranu z projekcjami, wykorzystuje cokół pewnego pomnika, który staje się firmamentem nas samych. To na nim budują się poszczególne sceny, zachwytu nad narodową tożsamością. Można je odczytywać jako metaforę opuszczonych monumentów z lat dawnych, świecących swoją dawną chwałą, ale upadłych wraz ze zmianą systemu w roku 1989. To jak pozostawieni, niemi świadkowie, miejsce intratne dla spotkań półświatka i niespełnionej młodzieży. To właśnie na nim piątka młodych bohaterów wygrywa dramat spotkań i podróżniczej nieoczywistości. Wątki z Wiedźmina, opustoszałe zamki, a przede wszystkim utarte schematy i tradycja stają się osią tej opowieści. Formuła narracji nie jest skomplikowana. To miks słowa i żywiołowej akcji, gdzie aktorzy przyjmują kolejne role, zmieniając się w tytułowego bohatera. Ów kolaż postaci ma swój sens, gdyż ukazuje jego degrengoladę i zatracenie, a także konstruuje odmienne światy kolejnych niesamowitych zdarzeń. Język jest dowcipny, ale czasem brakuje nożyczek, które sprawnie pocięłyby materiał tekstu, aby odrzucić to, co mniej istotne od tego, co ważne. Te krótkie sekwencje są jak wideoklipy, które zmieniają się niczym jak w telewizji muzycznej, gdzie jeszcze wiruje Zenon Martyniuk, a już jesteśmy w Zakopanem Sławomira. To historia o Polsce z Disco-Polo pełnej stereotypów, zadziwiających ludzi, których sami spotykamy, zdarzeń, miejsc i sytuacji.

Największym walorem jest właśnie grupa, która świetnie wciela się w wielość postaci i zdarzeń. I choć z czasem trwania spektaklu można odczuć przesyt kolejnych, irracjonalnych sekwencji, to ma on niepodważalny urok. Reżyser dobrze radzi sobie z materią, choć czasem zbyt ufa słowu, które wielokrotnie można wyeliminować. Narracja jest podstawowym elementem widowiska, a to winno być zastąpione dialogiem, krwistą rozmową, gdzie sączy się nasza polska gadka szmatka, a nie kazanie niczym księdza podczas niedzielnej mszy.

To przedstawienie podszyte jest dwuznacznością. Z jednej strony, wyśmiewa nasze przywary, ale z drugiej ukazuje, że nie możemy żyć bez tego, co polskie, nasze, narodowe. I może to jest ta specyficzna miłość do ojczyzny, że chcemy wyrwać się z tego chocholego tańca bylejakości, ale brniemy do niego wciąż i nieustannie. Bo przecież wirowanie, w proste nuty muzyki z radiowego głośnika, gdy sączą się Oczy zielone wzruszają każdego z nas. Bo tacy jesteśmy, my Polacy, sentymentalni, tradycyjni, ale przez to oryginalni.

Siódemka. Szós Polskich Królowa, na podstawie powieści Ziemowita Szczerka, reżyseria Rafał Szumski, Teatr Ochoty im. Haliny i Jana Machulskich w Warszawie, premiera: listopad 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Artur Wesołowski:

W WIGILIJNĄ NOC – „OPOWIEŚĆ WIGILIJNA” – OOPPERA-BALETTI W HELSINKACH

W WIGILIJNĄ NOC – „OPOWIEŚĆ WIGILIJNA” – OOPPERA-BALETTI W HELSINKACH

Święta, święta i po świętach. Magia owych zimowych dni nie tylko oczarowuje każdego z nas, ale również staje się inspiracją dla świata tańca. Oczywiście nieśmiertelnym baletem, który współgra z owymi najbardziej rodzinnymi, pełnymi tajemnic dniami pozostanie Dziadek do orzechów do muzyki Piotra Czajkowskiego. Jednak są i inne utwory, które przywrócono lub zagościły w tym roku na europejskich scenach. W Londynie Matthew Bourne ze swoją kompanią przypomniał Edwarda Nożycorękiego, będącego świetną, rodzinną rozrywką o uczuciu i wspólnocie, gdzie bal bożonarodzeniowy to perła tanecznego kunsztu.

MASKI SATYRÓW – „FOBIA” – NOWY TEATR W WARSZAWIE

MASKI SATYRÓW – „FOBIA” – NOWY TEATR W WARSZAWIE

Istnieją spektakle nieoczywiste, które wymykają się jednoznacznym ocenom, trudno je zakwalifikować, a ich głębia i złożoność wymaga raczej teatrologicznych i społecznych esejów niż krótkiej recenzji ze zjawiska artystycznego. Ową niejednorodność ukazuje ostatnia premiera w Nowym Teatrze w Warszawie. Choć scena nierozerwalnie łączy się z osobą Krzysztofa Warlikowskiego, który buduje własny, indywidualny kosmos sceniczny w tym unikatowym miejscu, to również pole zostaje wielokrotnie oddane innym indywidualnościom teatralnym. Zazwyczaj to młode nazwiska, ale również można spotkać i uznanych twórców. Za stałego gościa, który przygotował już trzeci spektakl, można uznać szwedzkiego artystę Markusa Ohrna. Jego odmienna forma myślenia teatralnego z jednej strony odrzuca, a z drugiej przyciąga.