Najnowsze

ŻYĆ RÓWNOCZEŚNIE – RECENZJA FILMU „DOPPELGÄNGER. SOBOWTÓR”

ŻYĆ RÓWNOCZEŚNIE – RECENZJA FILMU „DOPPELGÄNGER. SOBOWTÓR”

Kiedy przypominam sobie, jakie miałem marzenia z dzieciństwa, to bycie szpiegiem zaraz po strażaku i piromanie plasowało się na jednym z najwyższych miejsc. Chciałem być taki sprytny, zawsze dobrze ubrany, nieujawniający do końca kim jestem. Dziś wiem, że bycie szpiegiem wcale nie jest takie proste, bezproblemowe i wspaniałe, jak kiedyś myślałem. Zawsze też wydawało mi się, że jestem niepowtarzalny i wyjątkowy. I nie ma drugiego takiego jak ja. Spotkałem się jednak w moim życiu z uwagą, że ktoś mnie skądś zna i kogoś komuś przypominam. Czasami zastanawiam się, a niekiedy mam też wrażenie, że ktoś podobny do mnie żyje gdzieś na świecie.

WRÓŻBA ULRYKI – „BAL MASKOWY” – OPERA ŚLĄSKA W BYTOMIU

WRÓŻBA ULRYKI – „BAL MASKOWY” – OPERA ŚLĄSKA W BYTOMIU

Trwający sezon przejdzie bez wątpienia, do almanachów opisujących dzieje budynków operowych, jako jeden z najbardziej ciekawych. Bowiem dwie przestrzenie architektoniczne historycznych budowli: w Poznaniu i Bytomiu przeszły metamorfozę i po kilku latach przerwy oraz rewitalizacji powitały na nowo publiczność spragnioną sztuki operowej i baletowej. O ile w stolicy Wielkopolski w przestrzeni foyer i szatni nie widać wielkich zmian, o tyle technika i zaplecze sceniczne przeszły olbrzymią przemianę. Prawie analogicznie jest w śląskim mieście, z tą różnicą, że można zauważyć przebudowę, która dla widzów ma negatywne skutki.

KOLOROWANKA – „KARNAWAŁ ZWIERZĄT” – OPERA BAŁTYCKA W GDAŃSKU

KOLOROWANKA – „KARNAWAŁ ZWIERZĄT” – OPERA BAŁTYCKA W GDAŃSKU

Agresja Rosji wobec Ukrainy posiada różnorodne konsekwencje. Nie stała się obojętna również wobec kultury. Polska, jako jedno z niewielu państw w Europie, chyba oprócz nas tylko Litwa, zdecydowała się wyeliminować repertuar muzyczny najeźdźcy ze scen operowych, baletowych i sal koncertowych. Dla wielu owa decyzja jest nie tylko bolesna, ale chyba raczej niezrozumiała. Cóż bowiem wspólnego z dzisiejszą polityką Rosji mają dawne dzieła Piotra Czajkowskiego? Niektórzy bronią takiego stanowiska, ukazując że kultura to istotny czynnik w dyplomacji agresora i tym samym służy wspieraniu tegoż kraju. Trochę to pokrętna teza. I nie ulega wątpliwości, że najbardziej cierpią odbiorcy, którzy pozbawieni możliwości obcowania ze spuścizną artystyczną tego obszaru, nie mają szansy poznania owego bogactwa. W jednej z moich niedawnych rozmów pojawiło się stwierdzenie, czy rzeczywiście jest tak ważne pokazywanie w okresie przedświątecznym baletowej wersji Dziadka do orzechów? W moim odczuciu tak. Powiem to pozycja kanoniczna, dzięki której wykształciły się pokolenia odbiorców tańca. To trochę tak jakby zapytać czy u zwieńczenia choinki powinna być gwiazda, czy może jednak traktor? Jakoś klimat owego utworu, jego nieśmiertelna egzystencja na scenach świata, wpisują go jako coś obowiązkowego, koniecznego i artystycznie dojrzałego w duszę teatralnej przestrzeni. Jednak w naszym kraju, wobec solidarnego środowiskowego odrzucenia owej twórczości, stało się niezbędne poszukiwanie nowych widowisk, które adresowane do młodego odbiorcy stałyby się idealnym prezentem, aby z rodzicami wybrać się do teatru w zimowy wieczór. Owe wyzwanie spotkało wszystkie nasze muzyczne sceny. Balet Teatru Wielkiego w Poznaniu przygotował Królową Śniegu w choreografii szefa zespołu Roberta Bondary do nowej kompozycji Przemysława Zycha. To niezwykle udana praca pełna ciekawego ruchu i komplementarnej opowieści o poszukiwaniu szczęścia poprzez ból i cierpienie. Już wkrótce, choć już po okresie bożonarodzeniowym, nową produkcję adresowaną dla dzieci przygotuje Polski Balet Narodowy. Będzie to Pinokio do muzyki Mieczysława Wajnberga w choreografii Anny Hop. Z inicjatywą wystąpił również zespół baletowy Opery Bałtyckiej w Gdańsku. Prężnie i interesująco prowadzona grupa przez Wojciecha Warszawskiego zaprosiła do współpracy, debiutującą w naszym kraju choreografkę, choć naszą rodaczkę – Katarzynę Kozielską. Artystka, absolwentka szkoły Johna Cranko oraz przez lata tancerka Stuttgart Ballet, po czasie licznych międzynarodowych osiągnięć, zawitała nad nasze polskie wybrzeże. Szkoda, że tak późno i również rozczarowaniem jest tytuł i jego przygotowanie – bowiem nie dał on szansy ukazania palety twórczych możliwości. Co gorsza jego forma artystyczna nie jest w pełni do zaakceptowania. Choć to projekt adresowany do młodego widza, to raczej widzowie wyjdą ze spektaklu rozczarowani, a nie naładowani pozytywnym obrazem sztuki baletowej. Niestety realizacja nie ma siły i uroku każdego Dziadka do orzechów.

Na afiszu w Gdańsku pojawiły się miniatury muzyczne Camille Saint-Saensa zatytułowane Karnawał zwierząt. Owych czternaście krótkich kawałków to zaledwie czterdzieści minut kompozycji. Gdy słuchalibyśmy ich w filharmonii to zapewne byłby to świat niezwykle atrakcyjny, bowiem nasza wyobraźnia potrafi wykreować niesamowite obrazy. Ale gdy mamy już do czynienia ze spektaklem tanecznym to należy oczekiwać dużo więcej. Winna być to sprawna, efektowna opowieść, która oczaruje publiczność. Tak niestety nie jest. Gdański zamysł rozbija się na oderwane, z nieznośnymi pauzami, fragmenty będące próbą ilustracji poszczególnych zwierząt – mieszkańców lasów, sawanny czy też dżungli. Ale tytuł owej kompozycji posiada jeszcze drugi człon, który wydaje się kluczowy. Karnawał chyba każdemu z nas kojarzy się z brazylijskim sambodromem, na którym tłoczą się spragnieni efektów widowiskowych widzowie, ale przede wszystkim przemierzają go zjawiskowi wykonawcy – uczniowie szkoły samby. I właśnie okazałość, różnorodność, spontaniczność i niesamowity ruch, który jest polem rywalizacji, oczarowuje uczestników owego zdarzenia. W Gdańsku mamy obraz jakby ktoś zapomniał cóż to takiego jest ta owa feeria, bowiem statyczność i chęć zbudowania pseudobaletowego widowiska zabija lekkość, zmieniając je w niestrawny kawałek twardej kromki chleba. Zamysł inscenizacyjny to powrót do lat naszego dzieciństwa. Chłopiec otwiera książkę z konturami rożnych ssaków czy też płazów i za pomocą kolorowych flamastrów lub kredek ubarwia ów świat bladych stronic zeszytu. Kształtuje tęczowy świat własnej wyobraźni. Buduje wielobarwną stronicę, która staje się sceną i przestrzenią prezentacji kolejnych zwierząt. Strona wizualna jest niezwykle ważnym elementem owego przedstawienia. Scenografka i autorka kostiumów Joanna Borkowska zbudowała ciekawy, świat tła, ze zmiennymi figurami ukazującymi się na scenie w kolejnych popisach solistów. Jednak stroje artystów to istna porażka. Ponoć wywiedzione z fantazji dzieci są trudną do rozszyfrowania zagadką – kto jest kim. Już król zwierząt – lew z dziwną obrożą, a nie grzywą – zbliża się do wizji słońca. Kułany, czyli ssaki kopytne Azji zbliżone do konia, poprzez powiązanie dwójki tancerzy nie tylko stają się trudne do zdefiniowania, ale ubiór dodatkowo ogranicza możliwości ruchowe. Żółwie wyglądają jak kamienie, a uszy słonia to jak prostokąty zwisające, a nie rozłożyste narządy słuchu. Owe przykłady można mnożyć, ale wniosek nasuwa się jeden. To co dla twórców jest oczywiste nie musi być takim dla publiczności. Co więcej, kostium winien ułatwiać pracę tancerzom, a w tym przypadku jedynie utrudnia i krępuje ruchy. Katarzyna Kozielska, mimo kilkukrotnego wykorzystania powtórzeń w muzyce, nie rozbudowuje kompozycji. Tym samym niektóre fragmenty trwają po kilkadziesiąt sekund i nie ma możliwości wgłębienia się w układ tańca poszczególnych zwierząt. Owe ruchy nie są na dodatek oryginalne, nie posiadają charakterystycznych wykreśleń dedykowanego każdemu zwierzęciu z palety różnorodności. Owa powierzchowność powoduje zlewanie się układu w jedną magmę. Ale cóż z tego jak jeszcze brakuje w tym wszystkim łącznika, spoiwa, kleju. Przedstawienie to zlepek kilkunastu popisów. Niektóre z nich na pewno zasługują na wyróżnienie. Próbą ukazania ciekawego neoklasycznego duetu była sekwencja w Akwarium w wykonaniu Natalii Cedrowicz oraz Victora Verdecii. Ten pełen ciepła, uczucia i dobrego nastroju zasługuje na wysoką lokatę. Soliści świetnie go wykonują i odnajdują się w pomysłach choreografki. Podobny efekt, wsparty elementem oryginalności, widać w układzie Kukułki (Maria Kielan-Yoshimoto) w lesie, a także ciekawych Skamielin. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych fragmentów z utworu Saint-Saensa pozostaje sekwencja Łabędzia, która przeszła do historii baletu znana z układu Michaiła Fokina przygotowanego dla wielkiej baleriny baletów rosyjskich Sergieja Diagilewa – Anny Pawłowej. Umierający łabędź jest jedną z najbardziej wzruszających i dotykających pozycji w tradycji tanecznej. Kozielska przygotowała subtelne, delikatne wykonanie, które rozpoczyna się na skale a wieńczy u jej stóp. Natalia Cedrowicz świetnie operuje rękoma co pogłębia wymiar estetyczny owej sceny. Jednak to kolejny z licznych epizodów, które są jak szybkie przewijanie kliszy w aparacie do zdjęć. Nim zaczniemy skupiać się na wykonaniu już nastaje nieznośna pauza, aby przejść do kolejnego numeru. Wielką szkodą jest, że finał, który jest zjawiskowy i spontaniczny, nie jest przerywnikiem poszczególnych fragmentów. Ukazałoby to różnorodność zielonych krain, a również można byłoby poczuć się jak na safari, gdy kolejne galopady zwierząt przemierzają w poszukiwaniu radości i zwady lub ucieczki przed niebezpieczeństwem.

Ów cykl tanecznych pokazów, niestety niepełna opowieść, a raczej przekładanie kolejnych kart kolorowanki przez młodego bohatera, posiada swojego lidera. Nie na scenie, a w orkiestronie. To muzycy Opery Bałtyckiej pod kierunkiem Piotra Mazurka. To niesłychana radość, że muzyka brzmi świeżo i radośnie i jest wykonywana na żywo. Przyznać należy, że czasem zamykałem oczy, aby rozkoszować się jej dźwiękiem w ucieczce przed wstydliwym, powtarzalnym układem tańca.

Owe gdańskie doświadczenie ukazuje kilka faktów. Nie da się zastąpić Dziadka do orzechów nieśmiertelnego Piotra Czajkowskiego, nawet jak chcielibyśmy go bardzo wymazać gumką z naszych scen i pamięci. Debiut Katarzyny Kozielskiej nie ukazał jej pełnych możliwości jest raczej próbką, wprawką i na tym należy poprzestać. Żal trochę dzieci, bo z karnawału nici, a nierozszyfrowane postaci pozostaną na wieki anonimowe. Ale może pomóc muzyka jako przewodnik do świata zwierząt. Tylko zatem po co cały animusz taneczny jak można było poprzestać na koncertowej formie? To trudne pytanie i musimy z nim pozostać do czasu, gdy ktoś odnajdzie lepszy koncept do interpretacji tanecznej miniatur Camille Saint-Saensa.

Karnawał zwierząt, Camille Saint-Saens, kierownictwo muzyczne Piotr Mazurek, choreografia Katarzyna Kozielska, Opera Bałtycka w Gdańsku, premiera: grudzień 2023.

[Benjamin Paschalski]


Fot. Krzysztof Mystkowski /KFP

MIŁOŚĆ PRZYCHODZI I ODCHODZI, A ZIEMIA ZOSTAJE – RECENZJA FILMU „CHŁOPI”

MIŁOŚĆ PRZYCHODZI I ODCHODZI, A ZIEMIA ZOSTAJE – RECENZJA FILMU „CHŁOPI”

Kiedy wspominam wyjazdy na wieś, myślę „Wsi spokojna, wsi wesoła”, przywołując słowa Jana Kochanowskiego z Pieśni świętojańskiej o Sobótce. To tam, na prowincji życie płynie w innym, wydaje się spokojniejszym, tempie niż w miejskiej, pędzącej rzeczywistości. Rytm na wsi wyznacza przede wszystkim przyroda. Człowiek musi się z nią liczyć, bo to ona czasami decyduje o jego plonach, a tym samym pomyślności, dobrobycie lub jej braku. Ale i tu ludzie mają swoje pragnienia, emocje, problemy. Tu również jest miejsce na szczęście i miłość, jak i zdarzają się konflikty czy zdrady. Każda bowiem społeczność ma w sobie swój wewnętrzny krwioobieg.

SESJA KLARY – „ZEMSTA” – TEATR POWSZECHNY IM. JANA KOCHANOWSKIEGO W RADOMIU

SESJA KLARY – „ZEMSTA” – TEATR POWSZECHNY IM. JANA KOCHANOWSKIEGO W RADOMIU

Podróże po teatralnej Polsce mają swój niepowtarzalny urok. Poznawanie lokalnych ośrodków, instytucji kultury to nie tylko forma turystyki, ale również odkrywanie nieznanego. Choć chyba odwiedziłem wszystkie zakątki naszego kraju eksplorując korowód przedstawień, ale również cierpiąc katusze, to zawsze jest coś, co jest w stanie zaskoczyć. Czasem w miejscach nieoczywistych pojawia się atrakcyjne nazwisko reżysera lub reżyserki i od razu serce bije oraz rozpoczyna się planowanie wyjazdu. Takim zaskoczeniem, sprzed kilku dni, jest premiera teatru w Gorzowie Wielkopolskim, w którym nowy spektakl przygotował Krzysztof Garbaczewski.

MARZYCIEL – „TIK… TIK… BUM!” – TEATR MUZYCZNY ROMA W WARSZAWIE

MARZYCIEL – „TIK… TIK… BUM!” – TEATR MUZYCZNY ROMA W WARSZAWIE

Każdy z nas, w codziennym życiu, musi dokonywać wyboru. To, co dla nas jest najważniejsze – kariera, spełnienie, samorealizacja, a może rodzina, udany związek i wspólne szczęście? Ktoś powie – należy znaleźć złoty środek, gdyż ów balans buduje jednostkowe spełnienie. Ale zazwyczaj to bardzo trudne. Zawsze coś dzieje się kosztem czegoś. Nie można mieć wszystkiego, należy zawsze zapłacić określoną cenę za własne decyzje. W większości przypadków cierpią związki, gdyż wybieramy indywidualną chęć samorealizacji. Ale czy na końcu nie znajduje się pułapka samotności i na przykład nieoczywistej śmierci, choćby rozstania w młodym wieku? Ten wywód to nie nowy dział naszego bloga – doradztwo psychologiczne, ale życiowe rozterki pisane życiorysem Jonathana Larsona. Dla większości czytelników to postać anonimowa, wręcz nieznana. Nic dziwnego, bowiem odszedł niespodziewanie z naszego świata w 1996 roku, w wieku blisko trzydziestu sześciu lat, dziesięć dni przed swoimi urodzinami. Tętniak aorty zakończył piękną karierę w świecie Broadwayu, bowiem to twórca, który nie doczekał własnej premiery jednego z największych późniejszych hitów scen musicalowych Rent. Droga do owego sukcesu była kręta i nieoczywista, a życiorys Larsona jest świadectwem amerykańskiej maksymy – „od pucybuta do milionera”. Swoje życie ukazał w monologu rockowym, przekształconym w kameralny musical tik… tik… Bum!, który jest nie tylko ciekawym zapisem indywidualnych rozterek trzydziestolatka, ale również świadectwem pewnej epoki, czasu który za nami – lat dziewięćdziesiątych XX wieku.

Warszawski Teatr Muzyczny Roma mieni się najlepszą sceną musicalową w naszym kraju. Jednak ostatnie, spektakularne pozycje, niestety tego nie potwierdzają. To swoista równia pochyła, spadek jakości inscenizacji, sztampowość i brak realizacyjnych pomysłów. Owszem publiczność tęgo płacąc za bilety, równie spektakularnie oklaskuje kolejne wydarzenia, ale problem polega na tym, że ciężko odnieść się do innych propozycji, gdyż faktycznie nie ma konkurencji. Ale scena przy Nowogrodzkiej to nie tylko duże produkcje, ale również Nova Scena. Tu prezentowane są mniejsze formy, gdzie można odnaleźć ciekawe rozwiązania i poszukiwania. I właśnie ostatnia propozycja to wspomniany kameralny musical rozpisany na trójkę aktorów-wokalistów i czwórkę muzyków. Największy paradoks polega na tym, że nie trzeba spektakularnej techniki, wielkich fajerwerków, aby powstało wartościowe widowisko. Takim jest właśnie tik… tik… Bum! Prostota oczarowuje, a dziewięćdziesiąt minut mija jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Gdzie zatem jest lekarstwo na owe zwycięstwo? Odpowiedź jest banalna – w prostocie i szacunku dla własnej pracy. Wojciech Kępczyński, dyrektor sceny i reżyser spektaklu, nie sili się na wielkie eksperymenty, ale oddaje pole treści i wykonawcom. Bowiem właśnie rysy i charaktery bohaterów są najważniejsze. Sama fabuła jest prosta, ale urzekająca. Mieszkaniec Nowego Jorku Jon, marzyciel i idealista, poświęcając całe swoje życie, pracując w lokalnej knajpie, tworzy dzieło życia – opus magnum, które ma być przedsionkiem do wielkiej kariery muzycznej. Wspiera go w tym przyjaciel-gej, który funkcjonuje w świecie biznesu i tam widzi własną ścieżkę kariery. Jest i ta trzecia dziewczyna głównego bohatera – Susan. Żyjąca nie tylko miłością do chłopaka, ale również własnym artystycznym spełnieniem i nadzieją na taneczną karierę. Ten specyficzny trójkąt to przenikanie się charakterów i nastrojów. Relacji i związków. Co ważne musical nie jest statyczny, ale zmienia pola akcji. Co chwilę jesteśmy w innym miejscu. I tu można poznać rękę sprawnego inscenizatora, który z keyboardu czyni stół w restauracji, a z dwóch krzeseł siedziska luksusowego BMW. To niczym Korowód Arthura Schnitzlera, gdzie postaci zmieniają się w ograniczonym składzie wykonawczym. Dylematy naszej współczesności odbijają się w nastrojach i stanach umysłu Jona, który musi wybrać to, co w życiu jest najważniejsze. Własne niepowodzenia, ale i myśl o sukcesie to dwa stany napędzające jego twórcze napady. Ale również relacje z najbliższymi świadczą, że świat to nie tylko róże, ale przede wszystkim opadające kolce. Choroba przyjaciela Michaela, które ma rozwiązanie wiecznego rozstania, ukazuje jak ulotne jest życie, z którego trzeba czerpać garściami. Upór i wytrwałość Jona skutkuje sukcesem. Po pokazie warsztatów odzywa się tajemniczy S.S., który jest najbardziej wpływowym człowiekiem Broadwayu. Ten jeden prosty gest zmienia życie. Pokazuje możliwą zmianę. I jak ważne są marzenia, a przede wszystkim wiara w ich spełnienie.

Ten musical drogi, to istny wyścig zmian i dobrego wokalu w trakcie czternastu piosenek. To zasługa w głównej mierze Marcina Franca. Jego bohater jest lekko niedojrzały, idealistyczny, ale głosowo i ruchowo oczarowujący. To motor napędowy zdarzeń, aż chłonie się jego każde słowo, myśl i skupienie. Niewinność miesza się z pewnością siebie oraz mierzeniem z wyzwaniami otaczającego świata. Nie tylko zawodowego, ale również własnego życia. Maria Tyszkiewicz ma chropowaty głos i nie dorównuje swojemu wybrankowi serca. Maciej Dybowski lepiej odnajduje się w epizodach niż w roli przyjaciela. Odtwarzając sprzedawcę w cukierni bawi publiczność do łez. Przestrzeń małej sceny powoduje ograniczenia plastyczne. Mariusz Napierała zbudował mały apartament, z obowiązkowymi schodami na dach. To tu rozgrywa się gros akcji, ale owa scenograficzna architektura służy również za tło innych przestrzeni działań scenicznych. Jest kameralnie, rockowo, urzekająco. Choć oczywiście brakuje jednego hitu, który można by nucić wychodząc z teatru, to i tak ta opowieść życia trzydziestolatków pewnego czasu, przeplatana nadzieją i wiarą w sukces, jest spełnieniem musicalowej formuły.

Wieczór przy Nowogrodzkiej nie musi posiadać wielkiego widowiska, wybujałej scenografii i korowodu wykonawców. Wystarczy zgrane trio aktorów-wokalistów, prosta reżyseria, muzyka i pomysł scenariusza. Własne życie pisze ponoć najlepsze. Sztuka Jonathana Larsona jest tego świetnym przykładem. Odszedł przedwcześnie. Ale pozostanie w pamięci i marzeniach widzów – jakich musicali nie napisał, a może byłbym nowym Andrew Lloydem Weberem? Niestety, tego już się nigdy nie dowiemy.

tik… tik… BUM! Jonathan Larson, reżyseria: Wojciech Kępczyński, kierownictwo muzyczne: Jakub Lubowicz, Teatr Muzyczny Roma w Warszawie, premiera: listopad 2023.

[Benjamin Paschalski]


fot. Karol Mańk

ŻELAZNA DAMA IZRAELA – RECENZJA FILMU „GOLDA”

ŻELAZNA DAMA IZRAELA – RECENZJA FILMU „GOLDA”

W 2023 r. Izrael obchodził 75. rocznicę swojego powstania. 7 października, zaledwie dzień po 50. rocznicy ataku koalicji państw arabskich na to państwo, palestyńska organizacja Hamas z wielką siłą uderzyła na żydowskie bazy wojskowe i zaatakowała cywilów. Podobnie jak w 1973 r., w święto Jom Kippur, Izrael pozwolił się zaskoczyć, nie będąc wystarczająco przygotowany do odparcia agresji. Tak rozpoczęła się kolejna wojna na Bilskim Wschodzie, obejmująca swoim zasięgiem Autonomię Palestyńską oraz Izrael, wywołując głęboki kryzys polityczny, humanitarny w regionie. Pojawienie się na ekranach kin biograficznego dramatu pt. Golda wydaje się być znamiennym zbiegiem okoliczności.

HERBATA Z SU-CZONGIEM – „KRAINA UŚMIECHU” – MAZOWIECKI TEATR MUZYCZNY IM. JANA KIEPURY W WARSZAWIE

HERBATA Z SU-CZONGIEM – „KRAINA UŚMIECHU” – MAZOWIECKI TEATR MUZYCZNY IM. JANA KIEPURY W WARSZAWIE

Operetka wydaje się formą muzyczną, w naszym kraju, zupełnie zapomnianą. W latach PRL święcąca triumfy chyba za sprawą echa sławy wielkiego polskiego tenora Jana Kiepury, dziś odeszła w niesłuszną niepamięć. A szkoda. Bowiem może i trochę nieprzystające do naszych realiów libretta, lekko pokryte kurzem dawnej świetności, dają szansę inscenizatorom na zabawę konwencją, możliwość zagospodarowania dużego zespołu wykonawców, a także zbudowania emocjonujących opowieści miłosnych. Operetka – starsza siostra musicalu, to przede wszystkim gra w uczucia ze sporą dawką humoru. Sztuka dla ludu, rodzącego się mieszczaństwa, za sprawą udanych kompozycji, z melodiami wpadającymi w ucho czy to w tradycji wiedeńskiej Johanna Straussa, szerzej austro-węgierskiej Imre Kalmana oraz Franza Lehara, czy paryskiej Jacquesa Offenbacha, dostarczała dobrej zabawy i gwarantowała udany wieczór w teatrze.