Autor: admin

WSPANIAŁY SMAK MIŁOŚCI – BON APPÉTIT! – RECENZJA FILMU „BULION I INNE NAMIĘTNOŚCI”

WSPANIAŁY SMAK MIŁOŚCI – BON APPÉTIT! – RECENZJA FILMU „BULION I INNE NAMIĘTNOŚCI”

Czy zastanawiałeś się nad smakiem smutku, słodyczą radości czy szczęścia, dźwiękiem ciszy, czy soczystością zieleni, intensywnością czerwieni, delikatnością i chłodem błękitu, czy goryczą porażki? Jaki Twoim zdaniem smak ma miłość? Moim – zdecydowanie nie bulionu… Ale smaki i zapachy to niesamowita magiczna moc. Mają w sobie siłę odświeżania przeszłości, tych najczęściej dobrych przeżyć. Czyż bowiem niektóre z nich nie przywołują wspomnień z dzieciństwa? Bardzo często próbując jakąś potrawę czy czując zapach pieczonego ciasta, przypominają nam się dawno nieodczuwane lub nawet zapomniane wrażenia. I wówczas najczęściej pojawiają się w pamięci bliskie osoby, urocze chwile, znajome miejsca, zastygłe obrazy jak stopklatki z naszego życia.

TAŃCZĄC MUZYKĘ POLSKĄ – „WIECZÓR BALETOWY KOMPOZYTORÓW POLSKICH” – BALET TEATRU WIELKIEGO W ŁODZI

TAŃCZĄC MUZYKĘ POLSKĄ – „WIECZÓR BALETOWY KOMPOZYTORÓW POLSKICH” – BALET TEATRU WIELKIEGO W ŁODZI

Blisko rok temu opublikowałem tekst o stanie baletu w naszym kraju. Odbił się minimalnym echem. Trochę podyskutowałem z zainteresowanymi, odbył się kongres tańca, na którym nie byłem i faktycznie jesteśmy w punkcie wyjścia. U progu kolejnego sezonu płynie mało optymizmu, bowiem trudno mówić o jakościowej i ilościowej zmianie. Planowanych premier jak na lekarstwo. Ale jest i pewna jaskółka nadziei. W Teatrze Wielkim w Łodzi dokonała się zmiana na stanowisku kierownika baletu. Dominika Muśko zastąpiła Anna Nowak. Tancerka, choreografka i menadżerka związana ze sceną międzynarodową, ostatnio baletem narodowym Malty. Prężnie rozpoczęła rządy od weryfikacji zespołu.

W OBJĘCIACH POLITYKI – „ŁASKAWOŚĆ TYTUSA” – OPERA BAŁTYCKA W GDAŃSKU

W OBJĘCIACH POLITYKI – „ŁASKAWOŚĆ TYTUSA” – OPERA BAŁTYCKA W GDAŃSKU

Niezwykle ciekawym, w świecie sztuki, są metamorfozy, które dokonują się w instytucjach kultury. Takim miejscem, które pozytywnie zaskakuje w ostatnim czasie, jest Opera Bałtycka w Gdańsku. Sprawnie kierowana, od 2019 roku, przez Romualda Wiczę-Pokojskiego coraz mocniej zaznacza swoją obecność na mapie kulturalnej kraju. Należy pochwalić wybór nowego dyrektora muzycznego Yaroslava Shemeta. Pochodzący z Ukrainy dwudziestosiedmiolatek to wschodząca gwiazda dyrygentury, co świetnie wróży rozwojowi placówki muzycznej. Drugi promień, o skali ogólnopolskiej, a kto wie czy z czasem nie światowej, to organizacja Baltic Opera Festival wykreowany przez Tomasza Koniecznego, naszego wybitnego śpiewaka operowego. Udział orkiestry w wydarzeniu, szczególnie w Latającym Holendrze Richarda Wagnera, był objawieniem i wielkim pozytywnym zaskoczeniem. Jednak to codzienność wyznacza rangę instytucji. Program jest coraz ciekawszy, łączący rozwój sztuki operowej i baletowej. Owe współgranie wszystkich części składowych miejsca jest niezwykle ważne. Należy pamiętać, że jest się z czym mierzyć, bowiem legenda Bałtyckiego Teatru Tańca Izadory Weiss jest nadal żywa. Dziś co prawda zespół baletowy skierował swoje zainteresowania w kierunku klasyki i mierzy się z wyzwaniami oraz ograniczeniami liczbowymi kompanii, a także wyborami repertuarowymi.

Ostatnia podróż do Gdańska podyktowana była jednak premierą operową. Jak magnes przyciągnęło nazwisko reżyserki Mai Kleczewskiej. Wybitna, świetnie odnajdującą się w teatrze dramatycznym, o czym nie świadczą tylko wielokrotnie komentowane Dziady Adama Mickiewicza w Teatrze Słowackiego w Krakowie, ale przede wszystkim dawne prace choćby w Starym Teatrze w Krakowie czy warszawskim Powszechnym. Artystka współpracowała, ze zmiennym szczęściem, w teatrach muzycznych, a więc opera nie jest jej obca. I pełen nadziei zasiadłem na widowni Opery Bałtyckiej. Pierwszym zdziwieniem był fakt, że widownia zapełniła się jedynie w czterdziestu procentach! Czyżby szacowny Wolfgang Amadeusz Mozart nie cieszył się powodzeniem na Wybrzeżu? Na afiszu jedna z mniej znanych kompozycji – Łaskawość Tytusa. Oryginalnie opowieść o losach rzymskiego cesarza Tytusa Flawiusza stała się hołdem z okazji koronacji Leopolda II, króla Czech. Rzecz o dobrym władcy, chwilę przed wyborami parlamentarnymi w Polsce winna stać się gratką niesłychaną, a nazwisko inscenizatorki pobudzać ów posmak niezwykłości. Jednak jest inaczej. Inscenizacja nie jest wielkim sukcesem, a brak publiczności może być konsekwencją pomysłu wystawienia.

Całość przywodzi na myśl prace rosyjskiego reżysera Dmitrija Tcherniakova, który wielokrotnie scenograficznie osadza swoje widowiska w niby nieadekwatnych przestrzeniach do treści libretta. W Gdańsku, scenografka Justyna Łagowska buduje świat lokalny, bliski odbiorcy. Całość rozpoczyna odtworzona sekwencja Światełka do nieba wieńczącego Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, gdy został zamordowany Prezydent Miasta Paweł Adamowicz. I właśnie jego osoba staje się swoistym Tytusem, władcą prawdziwie dobrym, łaskawym i miłosiernym. I tu rodzi się najwięcej znaków zapytania. Bowiem sama treść opery może widzieć w bohaterze narcyza i samoluba, a także łasego na hołdy oraz względy satrapę. Jednoznaczne opowiedzenie się po stronie dobra gmatwa sensy, nie daje pola do indywidualnej interpretacji odbiorcy. Akcja została osadzona w przestrzeni sali Rady Miasta, odtwarzając ją skrupulatnie i dokładnie. Flagi Polski i Unii Europejskiej, zielone sukno na stołach, liczne krzesła, stół prezydialny. Czyli zobaczymy polskie piekło. Tylko opera jest o pojednaniu, a nie sporze. Trochę to nieprzystające do naszych realiów. Kontekst polityczny faktycznie w utworze nie występuje, a powód chęci dokonania mordu na władcy jest konsekwencją targających uczuć, a nie walki o władzę. Kleczewska wprowadza dualne postaci – śpiewaków i tancerzy. I już nie wiadomo czemu to służy, bo wygląda jak przebłysk myśli – a teraz sobie coś zatańczę. Układy są banalne, nic nie znaczące. Ale ów myślowy chaos idzie dalej, bowiem artystka gubi sensy, wprowadza w scenach bohaterów, których być nie powinno, gmatwają się znaczenia, relacje. Akt drugi zrywa całkowicie z pierwszym. Przenosimy się o kilkadziesiąt lat, w tejże samej sali funkcjonuje swoisty dom starców. Tu rozpamiętuje się czas miniony, w oryginale niedawną przeszłość i dochodzi do owej tytułowej łaskawości. Umiejscowienie akcji w domu spokojnej starości ma jeszcze jedno znaczenie. Reżyserka mówi nam, że pojednanie możliwe jest po latach, gdy opadną emocje politycznej zwady, ucichną podszepty uczuć na rzecz racjonalnego, ale podszytego wieczną niechęcią dialogu. Niestety owe wieloznaczne poszukiwania inscenizacyjne nie pomagają w odbiorze dzieła. Widz jest totalnie zagubiony poprzez irracjonalność rozwiązań i mnogość pomysłów.

Strona wokalna też pozostawia wiele do życzenia. Trochę winy w tym samej Kleczewskiej, która wielokrotnie spycha na sam koniec sceny solistów. Nie można usłyszeć głosów, a obraz zbliżony przez kamerę nie rekompensuje niedoborów dźwięku. Przeciętni soliści nie są w stanie unieść ciężaru wykonania. Jacek Szponarski jako Tito ma matową i nienośną barwę głosu. Gabriela Celińska-Mysław w partii Sesto jest totalnym nieporozumieniem. Delikatna barwa absolutnie nie koresponduje z charakterem postaci, a w garniturku wygląda jak chłopczyk w komunijnym oczekiwaniu. Kontratenor Jakub Foltak nie odnajduje się w partii Annio. Jedynym rozjaśniającym, ową przeciętność, przebłyskiem jest Aleksandra Kubas-Kruk w partii Vitelli. Jej demoniczność, barwa głosu uwiarygodnia zdradzieckość podszytą walką o miłość. Nie lepiej jest z chórem, którego brzydka, nierówna wokaliza zabija wrażenia słuchowe. W tym muzycznym rozgardiaszu najlepiej wypada orkiestra pod kierunkiem Yaroslava Shemeta. Choć i tu ma miejsce wpadka – nagłośnienie klawesynu, który znajduje się z jednego boku sceny, a dźwięk sączy się z głośnika z przeciwległego brzegu. Fatalne rozwiązanie, wręcz nieakceptowalne w świecie muzyki.

Dziwny to spektakl w Gdańsku. Ma być nowocześnie i oryginalnie, a efekt jest chwilami nieznośny. Wielokrotnie prostota jest lepsza od myślowego grochu z kapustą. I może tylko pytanie, gdy opadnie kurtyna, warte jest zastanowienia – czy warto być dobrym? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale idealiści zawsze przegrają w świecie zwady i politycznej gry.

Łaskawość Tytusa, Wolfgang Amadeusz Mozart, reżyseria Maja Kleczewska, kierownictwo muzyczne Yaroslav Shemet, Opera Bałtycka w Gdańsku, premiera: październik 2023.

[Benjamin Paschalski]


Fot. Krzysztof Mystkowski /KFPr

WSPIERAMY LEGNICĘ

WSPIERAMY LEGNICĘ

Dziś dzień wyborów parlamentarnych w Polsce, niedziela. Dobry pretekst do napisania owego tekstu. Bowiem jedną z najważniejszych rzeczy bycia obywatelem to nie tylko spełnienie przywileju partycypacyjnego, ale szczególny rodzaj solidaryzmu społecznego. Jako dziecko wychowywałem się w duchu pierwszej Solidarności. Uliczne protesty, ulotki w domu, nieustanne rozmowy rodziców i znajomych. Istny tygiel chęci zmiany. Co zostało z tamtego czasu? W społeczeństwie niewiele, ale dla mnie osobiście wszystko. Nauczyłem się, że należy wspierać, być, aktywizować się, a na pewno ryzykować. Cenię teatr włączający, nie trawię sceny publicystycznej, doraźnej, przypadkowej. Takiej, co niby mówi w ważnej sprawie, a nie rozumie sensów i znaczeń. Dobrych kilkanaście lat temu spotkałem się z pierwszym spektaklem Teatru z Legnicy.

Białostocka miłość do biesiady – Restauracja Sztuka Mięsa

Białostocka miłość do biesiady – Restauracja Sztuka Mięsa

Kilka tygodni temu zostałem zabrany na wyprawę po pięknej podlaskiej krainie. Białystok i okolice miałem okazję już kilka razy odwiedzić, jednak gastronomicznie nie był to dla mnie teren mocno zgłębiony. Jeśli wybieracie się do stolicy Podlasia, nie możecie ominąć „Sztuki Mięsa”. Często trafiamy do miejsc 

GIRLS BAND – „SIX” – TEATR SYRENA W WARSZAWIE

GIRLS BAND – „SIX” – TEATR SYRENA W WARSZAWIE

Nie tak dawno dostałem prezent, który mnie bardzo ucieszył. Pomyślałem – strzał w dziesiątkę, ktoś świetnie zna moje zainteresowania, będzie udana lektura. To książka Ten cały musical autorstwa tria Mateusz Borkowski, Jacek Mikołajczyk, Marcin Zawada. Ponoć panowie znają się na problematyce. Jeden z nich dyrektor artystyczny Teatru Syrena, wzięty reżyser gatunku, inny kurator festiwalu, nie tak dawno zastępca wspomnianego i trzeci muzykolog i krytyk muzyczny. W mediach peany o publikacji – świetne, wyśmienite, nowy Przewodnik w cyklu wcześniejszym Kańskiego, Turskiej i Kydryńskiego. I tak sobie czytam, przekładam kolejne kartki i nie mogę wyjść z zadziwienia. Czterdzieści stron wstępu nie wykracza dalej niż wiedza wikipedyczna. Autorzy mienią się ekspertami, a tam sztandarowa opowiastka o amerykańskiej scenie, bez narracji choćby brytyjskiej. Gdy dochodzimy do Polski – ani słowa o Metrze Janusza Józefowicza i Janusza Stokłosy. Pokaźny fragment o Wojciechu Kępczyńskim, trochę o Teatrze Muzycznym w Gdyni i tyle. Zdziwienie kompletne. Potem przegląd przedstawień, tu nadrobienie zaległości o warszawskim musicalu i na koniec biogramy artystów. Całość tak napisana, że czytam poszczególne życiorysy oraz ścieżki kariery i nic nie rozumiem. Język zagmatwany, pogubione wątki. Myślę, gdzie był redaktor? Kto za to odpowiada? Nie lepiej jest z wyborem zdjęć. Trochę Broadwayu i West Endu oraz oczywiście – nasze krajowe. I dochodzimy do sedna, bowiem kilka kart pokrywają fotografie z warszawskiego Teatru Syrena! Panowie, odrobinę pokory! Owszem może i na tej scenie pojawia się widowisko muzyczne, ale aby porównywać się z najlepszymi to niestety daleka droga, a przecież miał to być leksykon uczciwy i rzeczywisty. A wyszła podprogowa reklama własnego miejsca pracy. Ehhh. I właśnie musical przy Litewskiej jest jak owa publikacja. Mieni się nadzieją najlepszej sceny w naszym kraju, a to niestety wydmuszka. I potwierdza to ostatnia premiera. Owszem publiczność klaszcze, ale poziom widowiska jest bliższy taniego kabaretu, a nie myślenia o gwiazdkach w szacownych gazetach Londynu i Nowego Jorku. Oczy ze wstydu i zdumienia przecierałem, bowiem kobieta zrobiła musical o kobietach, a to co wyszło to ośmieszenie i poniżenie płci pięknej. Po prostu wstyd.

Na afiszu Syreny pojawił się utwór – niestety to nie musical, bardzo błędne określenie – Six. Stworzony przez duet Toby Marlow i Lucy Moss w czasach ich studiowania w Uniwersytecie w Cambridge jako projekt akademicki pokazywany podczas Fringe Festival w Edynburgu w 2017 roku. Ponoć odniósł tam sukces, potem wymieniono obsadę i trafił do stolic świata muzyki: Londynu i Nowego Jorku. Tam też podobno sukcesy, choć jak wieść niesie więcej zainteresowania sprawił jeden z twórców jako osoba niebinarna. I po owych zdarzeniach czas na Warszawę. Zapowiedzi były huczne i wielkie. I warto zaznaczyć, że to koncert, a nie rzeczywisty spektakl. W tle mały, kobiecy muzyczny zespół, który przygrywa do kolejnych kawałków, a na scenie istny girls band śpiewający i tańczący jak Spice Girls w swoich najlepszych czasach. Kanwę opowieści stanowi opowieść o sześciu żonach Henryka VIII. I przekrzykują się zdradzone, upokorzone, uśmiercone, aby ukazać, która miała najgorsze życie z wybrankiem serca. To rodzaj konkursu o laur publiczności, ale nie żadna dramatyczna opowieść! Po prostu zbiór kilku kawałków od ckliwych ballad w stylu Adele czy Rihanny po Jennifer Lopez i Beyonce. I chyba ta ostatnia zawróciła w głowie twórcom, bowiem wszystko sprowadza się faktycznie do powtarzalnej popowej rąbanki. Ma być głośno, równo i wesoło. A wychodzi bełkotliwie i żenująco.

Najgorszym grzechem jest sprowadzenie owego musicalu do Polski. Współczesny widz, choć zadowolony ze spędzonego czasu, nie można tego ukryć, kompletnie nie rozumie nic z zawiłości miłosnych uniesień chyba najkochliwszego króla Anglii. Nie tylko miłośnika kobiecej natury, ale również dekonstruktora życia religijnego i politycznego własnego kraju. Opowieści kobiet są jak ciała obce, które można śledzić niczym malarstwo w galerii. Nie znamy owych związków, część bohaterek jest anonimowa. Chęć przybliżenia ich widzom w formie fleszu jest chybiona, bo trafia obok. Jednak największym nieporozumieniem jest fatalna forma prezentacji. Wykonawczynie zostały sprowadzone do wulgarnych figurek, a nie rzeczywistych bohaterek. Ta, która bardziej wyuzdana jest lepsza. To raczej pokaz bliższy reality show MTV – Warsaw Shore, a nie spektakl teatralny. Co chwilę – „Hej Warszawo, jak się bawicie?” brzmi jak zawołanie na gminnym koncercie na zakończenie lata. I właśnie do tego sprowadza się owa premiera Syreny. Degradacja i instrumentalne potraktowanie kobiet, gdzie największym przebojem jest jak najwięcej odkryć, bycie wulgarnym, co zbliża do jeszcze jednego miejsca – pokazów w ekskluzywnych hotelach w dawnych czasach egzystencji Night Clubów. Na myśl przychodził jeszcze ksiądz z sagi podlaskiej U Pana Boga…, gdy stringi nazwał „sznurkiem w dupie”. I to właśnie tak wygląda. Najgorsze, że przedstawienie przygotowała kobieta Ewelina Adamska-Porczyk, która jeśli chciała ośmieszyć kobiety, to jej się udało. Bowiem wyszło, że nie mają nic do zaoferowania oprócz kupczenia ciałem. 

Wykonanie piosenek jest przeciętne. O tańcu w ogóle nie ma co mówić, gdyż to powtarzalne układy jak na paradzie wojskowej – w lewo, w prawo, mikrofon w kieszonkę. Krzyk zastępuje śpiew, bo przecież „Hej Warszawo!” i tak wynagrodzi wszystko. Więcej krzywdy w tym śpiewanym show niż zalet. A człowiek opuszczał widownię zawstydzony, że seksistowska prezentacja może być przebojem.

Six jest jak wspomniana książka. Niby wszystko wspaniale, ale jak zajrzy się do środka widać, że król jest nagi. No właśnie. W tym przypadku Henryk VIII zwyciężył, gdyż nie został ośmieszony. Dokonały tego jego żony, które swoją pustką, megalomanią zasługują na potępienie, a nie wyniesienie na ołtarze.

Six, Toby Marlow, Lucy Moss, reżyseria Ewelina Adamska-Porczyk, Teatr Syrena w Warszawie, premiera: wrzesień 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Krzysztof Bieliński

WARTO ŻYĆ, BO CIEKAWE, CO SIĘ JESZCZE WYDARZY – RECENZJA FILMU „PIERWSZY DZIEŃ MOJEGO ŻYCIA”

WARTO ŻYĆ, BO CIEKAWE, CO SIĘ JESZCZE WYDARZY – RECENZJA FILMU „PIERWSZY DZIEŃ MOJEGO ŻYCIA”

Czasami bardzo trudno odpowiedzieć (sobie i nie tylko) na pytanie, dlaczego warto żyć. Szczególnie wówczas, kiedy spotykają człowieka porażki czy ogarniają przedłużające się chwile zwątpienia. Załamanie pojawia się w chwili pogrążenia w beznadziei, długotrwałego przygnębienia, tragedii czy braku pomysłu na wyjście z pułapki, do której się wpadło. Jak donoszą najświeższe statystyki do czerwca 2023 r. ponad 530 tys. osób na całym świecie starało się popełnić samobójstwo. Z każdym rokiem w Polsce takich prób jest coraz więcej. Czasami potrzeba niewiele, by uwierzyć, że jednak lepiej żyć niż nie żyć. Wystarczy, że ktoś wskaże nam kierunek, drogę, otworzy oczy czy drzwi, pozwoli dostrzec z boku naszą rzeczywistość, do której straciliśmy dystans i cierpliwość… albo po prostu pokaże, że mimo wszystko warto.

SAMOTNIK O POLSCE Z KAPUSTY – „WYZWOLENIE” – TEATR WIERSZALIN W SUPRAŚLU

SAMOTNIK O POLSCE Z KAPUSTY – „WYZWOLENIE” – TEATR WIERSZALIN W SUPRAŚLU

Uwielbiam to miejsce. Za każdym razem, gdy tu jestem, odkrywam je na nowo. Specyficzny zapach unoszący się nad miasteczkiem, zalew, monastyr, kościoły i ulice. Leniwie płynąca atmosfera letniska i siedliska jakby zatrzymanego w czasie gdzieś pomiędzy puszczą a cywilizacją. W tej odmiennej krainie od kilkudziesięciu lat, jak ten czas płynie, funkcjonuje Teatr „Wierszalin”. Kiedyś intrygowała mnie nazwa, a peregrynacje do Krynek, Starej Grzybowszczyzny i osady Wierszalin, w której nadal jest dom twórcy wspólnoty z dwudziestolecia międzywojennego – Eliasza Klimowicza, stały się corocznym rytuałem. Drewniana chata, z roku na rok pokryta cierniem czasu, kryjąca niesamowitą tajemnicę przeszłości, zastanawia i inspiruje. I właśnie owa symbioza nazwy Wierszalin – tej dawnej, tajemnej, pokrytej religijnym fanatyzmem i magią wspólnotowości z dzisiejszym teatralnym laboratorium Piotra Tomaszuka daje niesamowitą ideę myślenia o miejscu – nie tylko o Supraślu, ale w ogóle o Podlasiu.