Miesiąc: Styczeń 2020

KOBIETY NA FITNESSIE czyli  „Diabły” w Teatrze Powszechnym

KOBIETY NA FITNESSIE czyli „Diabły” w Teatrze Powszechnym

? Tani, jak artystyczny warsztat szkolny, kabaret w kilku scenkach o doli i znoju kobiet w naszym kraju. Wchodząc do teatru już jesteśmy bombardowani cytatem z Tomasza z Akwinu: „Kobiety są błędem natury… z tym ich nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczą o cielesnym i duchowym upośledzeniu…”. Tylko jakby ktoś zapomniał, że akwinita żył w XIII wieku, a nie wczoraj i poglądy średniowieczne absolutnie nie współgrają z dzisiejszą rzeczywistością. I tak toczy się ten spektakl na siódemkę aktorów.

DUCHOWO I AUTOMATYCZNIE czyli „Solo Echo” – Goteborgs Operans Danskompani

DUCHOWO I AUTOMATYCZNIE czyli „Solo Echo” – Goteborgs Operans Danskompani

Współczesna scena baletowa Szwecji posiada swoją ciekawą historię. Powojenne losy nierozerwalnie związane są z Birgit Cullberg oraz jej synem Matsem Ekiem. Dziś uzupełnia ten duet, posiadający własny i rozpoznawalny język choreograficzny, Alexander Ekman. Wśród kompanii baletowych, oprócz Królewskiego Baletu w Sztokholmie, wyróżnia się zespół baletowy Opery w Goteborgu. Kompania prowadzona przez Katrin Hall to czterdziestu tancerzy pochodzących z dwudziestu państw. Nie tylko jej międzynarodowy charakter, ale głównie dobór repertuaru wyróżnia ją nie tylko na mapie skandynawskich, ale i europejskich formacji tanecznych.

KARYKATURY czyli „Leonce i Lena” – Ballet Narodni Divadlo w Pradze

KARYKATURY czyli „Leonce i Lena” – Ballet Narodni Divadlo w Pradze

Nie, nie będzie to relacja krytyczna ze spektaklu na podstawie utworu Jana Augusta Kisielewskiego. Tytuł recenzji odwołuje się do stylu graficznego, rysunku, który ma na celu, w formie zdeformowanej, przedstawić daną osobę w sposób prześmiewczy czy wykpiwający. Zazwyczaj takowy obraz wywołuje uśmiech odbiorcy, może nie koniecznie zainteresowanego. Styl plastyczny jest też inspiracją dla teatru ruchu, pantomimy i tańca. Przerysowane ukazanie postaci sprzyja odbiorowi widowiska przez widza. Historia baletu zna takowych bohaterów. Aby sięgnąć do najbardziej znanych to odnajdziemy ich i w Coppelii i Córce źle strzeżonej. W ostatnich latach nie powstał raczej takowy spektakl, który czerpałby w całości ze sztuki karykatury. Po takową formę artystyczną sięgnął Christian Spuck, choreograf i obecnie dyrektor baletu w Zurichu. W 2008 roku dla zespołu Aalto Ballett Theater Essen przygotował Leonca i Lenę na podstawie dramatu Georga Buchnera. W tym sezonie do swojego repertuaru włączył go balet Narodni Divadlo w Pradze prowadzony przez Polaka Filipa Barankiewicza. I jest to zdarzenie bardzo udane. Niezwykle śmieszne, świetnie opracowywane ruchowo i dedykowane dla całej rodziny.

Choreograf faktycznie wiernie opowiada historię dwójki, nie wiedzących o sobie bohaterów, a mających wstąpić w związek małżeński za sprawą układów i więzów przeszłości, Leonca – księcia królestwa Popo i Leny – królewny księstwa Pipi. Oboje, choć w odmiennych światach, żyją znudzeni i pełni nadziei na przeżycie szczęścia. Poprzez ucieczki ze swoich zamków i tajemniczym spotkaniu oraz zamaskowanym ślubie już w królestwie Popo, są sobie ostatecznie przeznaczeni na wieki, budując nierozerwalną więź pomiędzy miniaturowymi księstwami.

Akcja za sprawą ruchomej, obrotowej scenografii przesuwa się w błyskawicznym tempie zmieniając ogród królewski w salę tronową czy też balową. Jest to dekoracja prosta i funkcjonalna, by nie powiedzieć symboliczna. Dopełnieniem są zjawiskowe kostiumy Emmy Ryott, które wzmocnione charakteryzacją stają się przerysowanymi strojami, które oddają osobowość i ducha poszczególnych postaci.  Niezwykle istotnym elementem widowiska jest muzyka. To szeroki kalejdoskop kompozytorów od Johanna i Josefa Straussa, poprzez szerokie wykorzystanie twórczości Bernda Aloisa Zimmermanna do utworów quasi mechanicznych idealnie oddających klimat tańca Michaela Donnera. Jest ona wykonywana na żywo przez orkiestrę teatru pod kierunkiem Davida Sveca wsparta nagraniami odtwarzanymi z taśmy. Mimo takowego zabiegu jest to spójna linia wykonawcza, bardzo dobrze dopasowana do utworu scenicznego, choć niekiedy wkrada się w nią monotonia. Bowiem sekwencje szybkie i zespołowe wygrywają z partiami wolnymi i kameralnymi.

Przedstawienie to udana próba zbudowania kilkunastu przerysowanych charakterów. Leonce – marzyciel, zamyślony, kontemplujący. Lena, faktycznie jego odpowiedniczka tylko żyjąca w swoim oddalonym świecie. Są prawie identyczni dlatego nieświadome spotkanie przeradza się w uczucie i złączenie dwóch oddzielonych połówek jabłka. Jednak najciekawszym zjawiskiem jest dwór królewski. Tu Spuck pokazuje swoją fantazję bawiąc się świetnie tańcem i w ruch puszczając całą machinę humoru. Prym wiedzie Król Piotr (Mathias Deneux), który jest niesamowitym mistrzem ironii i śmiechu. Jego wytańczony poranek, zasiadanie na tronie, dużo większym niż postać, a przede wszystkim taniec podczas uroczystości zaślubin, gdy nie przeszkadza mu w żywiole ruchu brak muzyki, są przykładem talentu tancerza, ale również świetnej zabawy, którą niezwykle trudno opowiedzieć w formie baletowej. Cały orszak królewski – doradców, ministrów i służących to niesamowity zbiór indywiduów. Jak przystało na dwór królewski prym wiedzie Mistrz ceremonii (Laura Balogova Lausmanova), który przygarbiony, w specyficznym chodzie na przykurczonych nogach jest doświadczonym intrygantem, który w ręku trzyma i władcę jak i jego poddanych. Każda postać jest dopracowana i świetnie wymyślona. Ruch zmechanizowany pokazuje precyzję całego zespołu tanecznego. Mimo wielu pozytywów spory niedosyt pozostawiają główni bohaterowie Adam Zvonar i Magdalena Matejkova, choć winni odgrywać główną rolę są tłem dla satyrycznego dworu księstwa Popo.

Wieczór w Pradze to świetnie spędzony czas, pełen humoru i optymizmu. A balet kończy się nostalgicznym happy endem, którego potrzebuje każdy z nas.

Leonce i Lena, ch. Christian Spuck, Ballet Narodni Divadlo w Pradze, premiera: listopad 2019.

MISTERIUM WIARY czyli „Ofiara Wilgefortis” -Teatr Wierszalin w Supraślu

MISTERIUM WIARY czyli „Ofiara Wilgefortis” -Teatr Wierszalin w Supraślu

Kilkanaście lat temu o tym spektaklu mówiła cała Polska, ta zarówno teatralna jak i okołoteatralna. Stał się jednym z wielu przykładów prób ograniczania, przez polityków, wolności wypowiedzi artystycznej. Ówczesny senator Ligii Polskich Rodzin Jan Szafraniec oskarżył przedstawienie, a głównie autorów, o obrazę uczuć religijnych. Dołączyli do owego chóru nienawiści, wobec swobody twórczej, działacze lokalni – radni sejmiku wojewódzkiego. Cała akcja, wymierzona w jedną z najbardziej oryginalnych scen w naszym kraju, miała swoje konsekwencje. Wydłużyła ona proces usamorządowienia placówki i w konsekwencji stałego wsparcia działalności artystycznej przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Lunch w Warszawie – 5 miejsc na lunch w okolicy Uniwersytetu Warszawskiego!

Lunch w Warszawie – 5 miejsc na lunch w okolicy Uniwersytetu Warszawskiego!

Wykorzystując swój tygodniowy urlop na próbę ogarnięcia studiów i ich zaliczenie, nie wahałem się ani chwili i przeprowadziłem lunch test miejsc blisko kampusu centralnego. Nie miałem specjalnych wymogów, chodziło tylko o dość bliskie położenie i niebycie Norą, Indeksem oraz Harendą, bo każdy już tam był i to nie raz… .Wybór padł na Selavi, Po Prostu Zachęta, Informal Kitchen, Bella Napoli oraz długo poszukiwaną (ze względu na ogromną kolejkę w Aioli) Kuchnia Wino i Oliwa – Restauracja Oliwa. Jak myślicie, gdzie zjadłem najlepiej? Gdzie było szybko i bez stresu, a gdzie pojawiły się problemy? Przedstawiam mój subiektywny ranking przetestowanych lunchy:

NIEZROZUMIAŁA MULTIPLIKACJA czyli „Tramwaj zwany pożądaniem” – Teatr im. J. Osterwy w Lublinie

NIEZROZUMIAŁA MULTIPLIKACJA czyli „Tramwaj zwany pożądaniem” – Teatr im. J. Osterwy w Lublinie

Dramaty Tennessee Williamsa w ostatnich latach, na polskich scenach, goszczą sporadycznie. Kilka lat temu przeżywały swój powrót za sprawą tłumaczeń Jacka Poniedziałka, gdy w jego reżyserii do Opola trafiła Szklana menażeria. Również w pamięci teatromanów pozostał Tramwaj na podstawie Tramwaju zwanego pożądaniem w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego z Isabelle Huppert i Andrzejem Chyrą z paryskiego Odeonu. Osobiście cenię sobie przedstawienie sprzed kilkunastu bodajże lat, gdy na deskach warszawskiego Teatru Dramatycznego występował berliński Volksbuhne z luźną adaptacją Tramwaju… autorstwa Franka Castorfa, zatytułowany Endstation Amerika. Reżyser osadził zdarzenia w Berlinie Wschodnim, a Stanleya Kowalskiego ubrał w koszulkę ze znakiem Solidarności. Tym samym uwspółcześniał utwór dając mu nową wymowę czasu przełomu i transformacji. Nie tak dawno ten sam tekst stał się kanwą wykonania operowego. Teatr Wielki w Łodzi sięgnął po kompozycję Andre Previna. Powstał spektakl mroczny, duszny i klaustrofobiczny. Sprawdzona ręka reżysera Macieja Prusa udowodniła, że emocje i siła tekstu, będącego kanwą libretta, to szansa na świetny kameralny dramat muzyczny. Dopomogły mu w tym mistrzowskie role aktorskie i wokalne Joanny Woś i Szymona Komasy. To jedno z niesamowitych doświadczeń muzycznych ostatnich sezonów w Polsce. Również balet odwołuje się do Williamsa. Nie tak dawno, już w tym sezonie, premierę w Hamburgu miała miejsce taneczna wersja Szklanej menażerii przygotowana przez Johna Neumeiera. To również okazał się wieki sukces, bowiem choreograf w intymny, ale również ekspresyjny sposób, przedstawił rozpad rodziny i poszukiwanie indywidualnego szczęścia.

Amerykański dramatopisarz jest mistrzem dramatu kameralnego, gdzie postaci zazębiają się między sobą tworząc węzeł zależności i niespełnienia. Z takimi nadziejami podróżowałem do Lublina na spektakl w reżyserii Kuby Kowalskiego, który na warsztat wziął Tramwaj… I niestety to eskapada okazała się zupełnie nieudana. Polegli wszyscy i reżyser i aktorzy i znużona, a nawet zagubiona publiczność.

Reżyser, zgodnie z literami tekstu, osadza akcję w dusznej atmosferze lata. Dosadnie symbolizuje to zaprojektowana dekoracja przez Kornelię Dzikowską. Są nią moskitiery, które wydzielają poszczególne fragmenty sceny. Falują od podmuchu wiatru, ich biel łapie światło jak promienie słońca. Dodatkowo, jak  przystało na oryginalny i powiedzmy mający zakusy na nowoczesny spektakl, muzyka wykonywana jest na żywo, a uzupełniającym walorem mają być sekwencje ruchowe. Niestety nieporadne i straszliwie szkolne.

Na stacji tramwajowej „pożądanie” w Orleanie wysiada Blanche, która przyjeżdża do swojej siostry Stelli i jej męża Stanleya. Ta wizyta burzy dotychczasowy ład i spokój, który nigdy już nie powróci. Staje się pasmem nieodwracalnych zdarzeń, które wywrą piętno na wszystkich bohaterach dramatu. I gdyby Kuba Kowalski zaufał swojej intuicji sprawnego reżysera, a nie eksperymentował z multiplikacją bohaterów mógłby powstać spektakl prosty, zwięzły i klarowny. Niestety inscenizator chyba chciał zbyt dobrze. Wprowadza trzy aktorki odtwarzające rolę Blanche i tyleż samo aktorów wcielających się w postać Stanleya Kowalskiego. Obecni są oni praktycznie w każdej scenie i symbolizować mają czy też powinni – dojrzałość, siłę, fizyczność, zmysłowość a może umysłowość postaci. Mimo takiego zabiegu, który ukazuje różnorodność bohaterów – wnętrze i zewnętrze, to jednak jest to skrajna niekonsekwencja. Może i ciekawym jest, że jednego aktora osaczają trzy Blanche i na zmianę wypowiadają tekst, ale kompletnie to nic nie znaczy. Bowiem najlepiej wypadają sceny, gdzie dialoguje tylko dwójka bohaterów. Jako Blanche na plan pierwszy wysuwa się Jolanta Rychłowska, a jako Stanley Daniel Dobosz. Są jakby stworzeni do owych ról. Ona dojrzała i pewna swojej przeszłości i przemijającego życia. On wulgarny, z wąsem, zakapior i malowany macho. Pozostali odtwórcy postaci Justyna Janowska i Marta Ledwoń oraz Krzysztof Olchawa i Maciej Grubich są tylko epizodami, głosem, tłem. Ten zabieg to jeszcze jeden mankament. Ukazuje niemoc reżysera jakby nie mógł się zdecydować o czym i o kim chce opowiedzieć historię. Zagmatwany sens inscenizatora nie znajduje odzwierciedlenia na scenie. Kowalski (reżyser) również unifikuje w jedną postacie sąsiadów Kowalskich (Stellę i Stanleya) – Eunice i Steve’a. W tej roli, jako transwestyta występuje Marek Szkoda i szkoda rzeczywiście mówić o tej roli, gdyż jest powierzchowna i nijaka. Schematyczna jak z najgorszego drag queen show.

Na tym tle najlepiej wypadają postaci, które nie posiadają swojej multiplikacji. Stella Edyty Ostojak jest delikatna i subtelna. Jeszcze niedoświadczona w cierpieniu dorasta z kolejnymi minutami przedstawienia. Również Mitch Daniela Salmana to ciekawy przykład poszukującego miłości i własnej tożsamości. Te dwie role zasługują na wyróżnienie w tym gąszczu nieporadności scenicznej. Reżyser choć opowiedział całą historię od a do z to niestety zapomniał kim mają być  Blanche i Stanley. A może silni, a może słabi, a może, a może… I te pytania można mnożyć jak postaci w przedstawieniu lubelskim.

Szkoda, bo Tramwaj… to świetny tekst i czasem trzeba niewiele aby nie zniszczyć tak dobrej literatury.

Tramwaj zwany pożądaniem, Tennessee Williams, reż. Kuba Kowalski, Teatr im. J. Osterwy w Lublinie, premiera: październik 2019.

                                                                                                 [Benjamin Paschalski]