Parafrazując Hłaskę, w tym mieście można być tylko pijakiem lub bohaterem. Normalni ludzie nie mają tu nic do roboty. Ja czasem jestem pijakiem, innym razem staram się być bohaterem. Efekty pewnie jak u każdego mocno nieoszacowane i niewiążące. Najczęściej bohaterem chce stawać się oczywiście po pijaku. Patrząc na moich współtowarzyszy życia nie mogę oprzeć się myśli, że wszyscy tak jak w utworze Taco są „ciągle w pogoni za tą straszną liczbą, czyli sześć zer”.
Opowieść niech zacznie się w piękny, warszawski piątek. Wychodząc z domu staram się nie myśleć o problemach, chcę być dziś optymistyczny i wśród tych pięknych pań i pysznych dań, świecić blaskiem. To najsmutniejszy konstrukt mojej głowy, będę wspomnianym „bohaterem” zabawiając wielu, sam tkwiąc w smutku. Pełne są takich jak ja restauracje, bary i speluny w naszej cudownej stolicy. Kontynuując podróż wstępuję do jednego z popularnych barów obok tęczy, której przecież już nie ma… Wypijam podwójna wódkę na lodzie, by choć trochę zapomnieć.
Kim jest Warszawa? Zastanawiam się patrząc na zachodzące słońce. Pięknie obrazuje to Osiecka, która pisała o stolicy jako o starej żonie, które się nie kocha, w sumie też nie lubi, ale wraca się do niej, choć tyle kochanek w świecie. To chyba idealnie ilustruje jak dziwne jest to miejsce. Dla mnie jako „słoika”, który mieszka tu ledwie 10 lat jest to już dom, do którego wracam z upragnieniem, by potem z jeszcze większą chęcią wyjechać. Gdziekolwiek.
Oglądając kilka tygodni temu serial „Warszawianka” byłem pod wrażeniem uplastycznienia tego miasta i jego mieszkańców. Duet Żulczyk x Borcuch zrobili naprawdę świetną robotę. Pokazali tryby miasta, jego szybkość, gwarność i elitarność, a jednocześnie przeciętność i dostępność. Warszawa to oszust, nie o dwóch, a nieskończonej ilości twarzy. Wiem to najlepiej, mam dwadzieścia kilka lat i przyjechałem tu jakoś 18 letni dzieciak, który nie wiedział nic o świecie, ludziach i życiu. Jako naiwny nastolatek liczący, że ugra wiele… Nie chciałem kłamać, nie chciałem grać tak jak wielu, dlatego kariery brak. Stoję przed Wami nagi w mojej myśli, pewnie i tak nie dostrzeżecie tego co w niej ważne. Syreni gród to przecież miasto niezrozumienia i sztucznego uśmiechu.
Idę dalej, zmierzam do pałacu, gdzie pokusa stoi naprzeciwko i silnie namawia na kolejną kolejkę. Po drodze zahaczam niewinnie pewien wine bar, czy tam zawrę z kimś zgodę? Witają z otwartymi ramionami, klasycznie jak to w miejscu z winem…, kieliszkiem wódki, który zapijam łykiem Verdejo. To miejsce urokliwe, tajemnicze i pełne wigoru, dlatego czas już iść. Pijacki spacer prowadzi do wyboru między teatrami. Wybieram ten po lewej, zamawiam piwo i myślę o tym kim ja właściwie jestem i kto dla mnie jest kim… Jestem zagubiony, jak wielu w tym mieście. Zgubić się tu łatwo, odnaleźć trudniej. Szukajmy dalej…