Po tej stronie stoję, drugą obserwuję. Jestem pośrodku, pomiędzy niebem a piekłem. Stoję w obliczu lica twego, nie zauważony, niewzruszony. Patrząc tak, byś niczego nie dostrzegł. Mam wizję lokalną lepszą niż detektyw, analizuje każdy twój ruch, wiem o tobie więcej niż Twój przyjaciel i wróg.
Jestem Twoim kamieniem w bucie, doskwieram, choć często nie wiesz, gdzie dokładnie. Patrząc na Ciebie, oceniam, rozmyślam i przewiduje kolejny krok. Ze mną przeżywasz chwilę ekscytacji, a może bardziej zapomnienia chwilę. Mówisz mi rzeczy, których nie usłyszał nikt, które bolą, które kują. Potem często nie pamiętasz spowiedzi, choć Ci wstyd. Między słowami zdradzasz tajemnice, czasem państwowe, a czasem małżeńskie, z częsta również te przyjacielskie. To nie twoja winna, to winna WINA.
Tworzymy ułudę wspólnoty, jesteśmy blisko. Kojarzymy się, coraz częściej widzimy, przychodzisz i odchodzisz bez słów. Zarzekasz się, jednak nic z tego, pochłania Cię, wtapia ciało i wzrok. Widząc to, wiem co się stanie, mógłbym już teraz napisać historii tej koniec.
Myślisz, że ta ucieczka to nic złego, zwykła rzecz, po prostu chwila wytchnienia. Świat ma inne zdanie co do twego zatracania. Samotności nie da się oszukać, a próbować to chyba nawet nie wypada.
