KRYZYS BALETU?

KRYZYS BALETU?

To nie będzie tekst o tańcu – jego istocie i znaczeniu. Sensem będzie skupienie się na działalności instytucji kultury w naszym kraju, gdzie mamy stałe zespoły baletowe przygotowujące własne produkcje. Pretekstem do jego napisania stały się zmiany w światowym balecie, które w bieżącym jak i nadchodzącym sezonie, staną się swoistymi kamieniami milowymi. Zakończy się pewna epoka. Czas bowiem to nieubłagany towarzysz naszego życia. Hamburg, tak jak żadne inne miasto z zespołem baletowym, kojarzył się z jednym twórcą – Johnem Neumeierem. Pięćdziesiąt lat tworzył on jedną kompanię artystyczną, był jej choreografem, kształtował oblicze. Latem roku 2023 rozstaje się z zespołem. Pół wieku tradycji, wielkiej historii i tańca. Z końcem sezonu 2022/23 z English National Ballet po dziesięciu latach sprawowania funkcji dyrektor artystycznej z zespołem żegna się Tamara Rojo, która obejmie funkcję lidera San Francisco Ballet. Pod jej kierunkiem brytyjski zespół stał się jednym z najbardziej znaczących w świecie tańca. Gościł również w Polsce podczas Łódzkich Spotkań Baletowych w roku 2017 między innymi z Korsarzem – wspaniałym, pełnym gracji i precyzji wykonania widowiskiem. Jednym z największych osiągnięć  Rojo było doprowadzenie do dwóch pierwszych wykonań Giselle i Creature Akrama Khana, które nie tylko wzbudzały zachwyt widowni, ale rewolucjonizowały myślenie o tańcu – jego technice i przekazie. W sierpniu 2023 zastąpi ją w Londynie kanadyjski twórca, dotychczasowy szef baletu Semperoper w Dreźnie – Aaron S. Watkin. To zapewne będzie już inny zespół, ale należy liczyć na wielkie taneczne emocje. Właśnie zakończony sezon przyniósł również nieoczekiwane zmiany. Faktycznie z dnia na dzień z zespołem baletowym Opery Paryskiej rozstała się Aurelie Dupont. W chwili obecnej nie widomo kto ją zastąpi na stanowisku szefa jednej z największych kompanii baletowych na świecie. Podobna sytuacja ma miejsce w Balecie Flamandzkim. Sidi Larbi Cherkaoui odszedł do Genewy pozostawiając vacat w Antwerpii. Zmiany w Europie dokonały się również w Helsinkach (nowym dyrektorem artystycznym baletu został Javier Torres Lopez), a w przyszłym sezonie w Staatsballett Berlin kierownictwo obejmie Christian Spuck z Zurichu, którego tam zastąpi brytyjska choreografka Cathy Marston. Świat baletu żyje, zmienia się, ewoluuje. Mimo pewnych niespodziewanych wypadków, nominacje dyrektorskie dokonują się z dużym wyprzedzeniem, są przemyślane, jasne i klarowne. Trudno doszukać się przypadkowości. Na tym tle warto zwrócić uwagę na nasz kraj. Jak to wygląda, co mamy do zaoferowania, a może tytułowy kryzys jest głęboki i konieczne są poważne zmiany?

Jak tańczymy w Polsce

W naszym kraju mamy stale działających, związanych ze scenami operowymi, dziesięć zespołów baletowych. Dla blisko czterdziestomilionowego kraju przypada jeden na cztery miliony mieszkańców. To mało w ujęciu liczbowym – jak spojrzymy na Czechy czy Niemcy, ale gdy poddamy analizie ową strukturę to wnioski są jeszcze bardziej przygnębiające. Największy zespół baletowy działa oczywiście w Warszawie. Kilkanaście lat temu w strukturze Teatru Wielkiego-Opery Narodowej powstał Polski Balet Narodowy. Ta decyzja była niezwykle słuszna. Kompania baletowa otrzymująca autonomię nie stała się tłem dla działań operowych, wielokrotnie wykorzystywana głównie do prezentacji wstawek tanecznych w spektaklach operowych, ale nadano jej status samodzielnego podmiotu. Jednak rangę Polskiego Baletu Narodowego kształtuje jego dyrektor. To od lat Krzysztof Pastor. Przez lata tancerz związany z naszymi krajowymi, a także zagranicznymi zespołami baletowymi. Niezwykle ważna, dla jego rozwoju artystycznego była praca w Holenderskim Balecie Narodowym. I te związki są niezwykle istotne do dnia dzisiejszego. W tym sezonie będzie miała miejsce premiera Beethoven i szkoła holenderska (maj 2023) podczas której zostaną pokazane prace Hansa van Manena, Teda Brandsena i Toer van Schayka. Właśnie pokazywanie prac mistrzów, kanonu światowego tańca stały się priorytetem dla Pastora. Z drugiej strony daje szanse młodym polskim twórcom. Poprzez wieczory nazwane Kreacjami, z dodawaną liczbą w kolejnych sezonach, mogły zaistnieć talenty, które miały szansę również pokazać swoje prace na dużej scenie, Anny Hop czy Roberta Bondary. Na scenie narodowej również gościła Izadora Weiss osiągając kolejne sukcesy. Pastor nie zaniedbuje warszawskiej publiczności również nowymi, oryginalnymi własnymi pracami. Casanova w Warszawie, I przejdą deszcze…, Dracula stawały się wydarzeniami artystycznymi, a w przypadku ostatnim – kasowymi, bowiem bilety rozchodzą się jak świeże bułeczki. Niewątpliwym sukcesem Pastora jest zbudowanie zespołu baletowego na miarę potrzeb XXI wieku. Atrakcyjny program i osoba dyrektora przyciągają tancerzy z całego świata, dzięki temu przez lata podniósł się znacząco poziom wykonania przedstawień i też można poszukiwać nowych zadań dla chłonnego zespołu artystycznego. Jednak należy pamiętać, że Krzysztof Pastor pozostaje dyrektorem trzynaście lat. Ten czas pozwolił ukształtować oblicze repertuarowe i zbudować zespół. Kolejne sezony przynoszą sukcesy, bowiem tylko ciężką i systematyczną pracą można dojść do poziomu, który osiągnęła warszawska scena. A dopełnieniem sukcesu było chyba zaproszenie, w tym roku, przez Johna Neumeiera na występy w Hamburgu. Systematyczność i jasno wytyczone cele to cechy, które charakteryzują Polski Balet Narodowy, jedyny zespół w Polsce, który posiada niezmiennego dyrektora przez tyle lat. Jeżeli prześledzimy aktywność innych scen to można zauważyć, że wielokrotnie zmiany dokonują się jak w kalejdoskopie. Nawet ciężko czasem nadążyć i zrozumieć co stało się w konkretnym teatrze.

Najdziwniejsza sytuacja ma miejsce w Operze na Zamku w Szczecinie. Odkąd odszedł z funkcji kierownika baletu Karol Urbański (2012-2019) przez trzy ostatnie lata było dokładnie trzech szefów zespołu. Pamiętając, że była pandemia to raczej trudno zrozumieć co dzieje się, że nagminnie mają miejsce zmiany. Początkowo zrezygnował Dominik Muśko, gdyż odszedł do Łodzi, a jego miejsce w sezonie 2020/21 zajął Zbigniew Czapski-Kłoda. W zeszłym sezonie stanowisko objęła Lucyna Zwolińska, która przygotowała jedną premierę Małego księcia. Zapowiadana, na którą bardzo liczyłem, prezentacja Don Kichota w choreografii Anny Hop w ogóle nie doszła do skutku. W tym sezonie jej też nie będzie, gdyż scena zapowiada tylko jedną premierę i to operową Trubadura Verdiego. Pierwsze wywiady Zwolińskiej (wrzesień 2021) były racjonalne i sensowne. Mierzyła siły na zamiary. Scena w Szczecinie posiada zespół baletowy liczący zaledwie – w chwili obecnej – osiemnaście osób. Jasno dawała do zrozumienia, że winna to być scena autorska, bo przecież w takim składzie nie można mierzyć się z wielką klasyką: Jeziorem łabędzim czy Śpiącą królewną. Zwolińska, której kariera powiązana była ze scenami niemieckimi chyba miała świadomość, że tylko oryginalny język będzie szansą na egzystencję artystyczną. Podobny pomysł realizowany był za czasów dyrekcji Marka Weissa w Operze Bałtyckiej, gdy Izadora Weiss stworzyła Bałtycki Teatr Tańca. Podchodziłem do niego sceptycznie. Dziś wiem, że był to strzał w dziesiątkę i jedyna szansa dla lokalnych scen z małym zespołem baletowym. Oryginalny twórca jako lider jest nadzieją na zbudowanie ciekawej platformy tanecznej. Warto zwrócić uwagę, że w ten sposób zbudowały markę chociażby dwie sceny w Niemczech. Zespół baletowy w Hanowerze prowadzi świetny choreograf Marco Goecke, a w Norymberdze nie mniej znany Goyo Montero. I co jest ważne to właśnie w tych miejscach powstają ich nowe prace, które podnoszą markę zespołu. Powracając do Szczecina, gdzie dziś pozostaje wolna posada kierownika baletu, dyrekcja zamieściła w lipcu ogłoszeniu o poszukiwaniu kandydata/kandydatki na to stanowisko. Czy to oznacza, że dyrektor Jacek Jekiel nie wie jak ma wyglądać zespół baletowy? Jaką ma pełnić rolę? Może zgłosić się każdy, kto spełnia wymogi podstawowe zapisane w ofercie pracy? To chyba jakaś pomyłka. Bowiem jest różnica pomiędzy pedagogiem baletu, a jego kierownikiem, który winien być liderem artystycznym, a nie repetytorem zespołu. Pogubienie w Szczecinie jest bardzo niepokojące, gdyż skazuje zespół na niebyt i możliwy upadek. A przecież w małym zespole może być siła. Należy tylko na niego znaleźć pomysł.

Nie lepiej jest w Operze Wrocławskiej. Scena, która z miesiąca na miesiąc jest coraz wyżej w rankingu operowych osiągnieć w naszym kraju, za sprawą dyrekcji artystycznej Mariusza Kwietnia, to w sferze baletu można odnotować dziwny kontredans. Wraz z wygranym konkursem na dyrektora sceny, od sezonu 2020/21, przez Halinę Ołdakowską, kierownikiem baletu został Marek Prętki, tancerz i pedagog, wcześniej związany z baletem w Stuttgarcie. Pełnił funkcję przez jeden sezon. Ze względu na COVID nie zrealizował ani jednego projektu. A miał być i wieczór baletowy oraz Królewna śnieżka Angelina Preljocaja. Na odchodne w sezonie 2021/22 miał być wystawiony Kopciuszek w choreografii Vladimira Malakhova, ale wrocławska publiczność ostatecznie zobaczyła Don Juana w interpretacji Giorgio Madia. Na dodatek na zaledwie kilka miesięcy kierownikiem baletu została Liliana Kowalska, ikoniczna postać sceny łódzkiej i poznańskiej, a finiszowała sezon jako p.o. kierownika Anna Szopa-Kimso, etatowa pedagog wrocławskiego baletu. Z początkiem lata, w zapowiedziach prasowych, pojawiła się informacja o planach sceny dolnośląskiej. Wśród zapowiedzi na luty 2023 przewidziana jest Córka źle strzeżona w choreografii Emila Wesołowskiego. Czy do premiery dojdzie? Trudno przewidywać, bowiem balet wrocławski ma nowego kierownika. To Małgorzata Dzierżon. Brzmi niezwykle optymistycznie, bowiem artystka związana z zespołami brytyjskimi, między innymi Rambert, a także programami edukacyjnymi English National Ballet, może nadać nowe, oryginalne tchnienie dla zespołu. Ważnym jest aby artystka wytyczyła artystyczne oblicze wrocławskiej sceny, tak jak w przypadku szczecińskim czas pomyśleć o autorskim programie, a nie powielać repertuarowe pomysły z innych zespołów w naszym kraju.

Czy na tle owych powyższych dwóch „kryzysowych” przykładów można odnaleźć pozytywy? Wydaje się, że takowym przykładem jest balet Teatru Wielkiego im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu. Od czterech sezonów prowadzi go wieloletni tancerz Polskiego Baletu Narodowego i choreograf z niebagatelnym dorobkiem – Robert Bondara. Ciekawym spostrzeżeniem może być fakt, że już strona internetowa sceny, analogicznie jak w przypadku Polskiego Baletu Narodowego, posiada autonomiczną zakładkę, gdzie można poznać historię, dzień bieżący i zespół. To bardzo ważne, gdyż może banał, ale buduje pozycję jednostki. To co ważne, Bondara, analogicznie jak jego były warszawski szef, buduje zespół świadomie i odważnie czerpiąc zarówno z dobrodziejstwa krajowych jak i zagranicznych szkół i kompanii tanecznych. W trudnym czasie, zarówno pandemii, jak i remontu poznańskiej sceny pod Pegazem, balet prezentuje non stop spektakle (głównie w auli Artis), ale również przygotowuje nowe premiery. I to nie byle jakie. Bondara zaprasza do współpracy ciekawych twórców. W wieczorze BER prace przygotowało trzech choreografów. Oprócz szefa Wielkopolskiej sceny byli to Martynas Rimeikis obecny dyrektor artystyczny baletu w Wilnie, a także jeden z najbardziej oryginalnych twórców tańca, jedno z najbardziej gorących nazwisk baletu Skandynawii Alexander Ekman. Jego Episode 31 to zjawiskowe, pełne tanecznej żarliwości widowisko, które nie mieści się w schemacie klasycznego tanecznego spektaklu. Zarejestrowany zapis filmowy pokazał wielkie możliwości zespołu. Ukoronowaniem jest zaproszenie do Warszawy, gdzie już w 20 listopada 2022 roku będzie można go zobaczyć. Bondara jednak musi zdecydować w jakim kierunku będzie zmierzał repertuar zespołu. Premierą w zeszłym sezonie był Don Kichot przygotowany przez czeskiego twórcę Michala Stipę. Klasyczny balet, mimo dużych aspiracji, nie okazał się wielkim sukcesem. Był niedopracowany, a technika klasyczna nie ukazała w pełni możliwości zespołu. Wierzę, że przygotowywana w listopadzie kolejna nowa produkcja okaże się bardziej udana. Bowiem Bonadara zaprosił kolejne ważne nazwisko dla współczesnego tańca. To Edward Clug, rumuński choreograf, od wielu lat szef zespołu w Mariborze. Jego prace znane są w całej Europie, a rozpoznawalny język tańca wzbudza emocje i zachwyt. W Poznaniu, w wieczorze pod wspólnym tytułem Stabat Mater, odtworzy układ do muzyki Giovanni Battisty Pergolesiego. Poprzedzi go kompozycja Karola Szymanowskiego przygotowana przez mieszkającą w Londynie Daniele Cardim. To kolejny współczesny wieczór. I wydaje się to właściwą ścieżką dla poznańskiego zespołu, niech stanie się on centrum dobrej, sprawdzonej światowej choreografii, a także poszukiwań twórczych w tym zakresie. Co ważne Robert Bonadara powraca w tym sezonie do Dziadka do orzechów w choreografii Sławomira Woźniaka. Spektakl sprzed wielu lat będzie grany w okresie świątecznym. To odwaga i wyzwanie bowiem podjęcie decyzji o wprowadzeniu kompozycji Piotra Czajkowskiego stoi w opozycji do trendu w naszym kraju, w kontekście wojny na Ukrainie, bojkotowania twórczości rosyjskiej.

Podobną decyzję podjęła dyrekcja Opery Nova w Bydgoszczy, gdzie również od listopada w repertuarze pojawi się Dziadek do orzechów w choreografii Paula Chalmera, często goszczącego w naszym kraju choreografa kanadyjskiego. Od sezonu 2020/21 zespołem baletowym kieruje była tancerka i pedagog, przez lata związana zarówno z Teatrem Wielkim w Poznaniu i Narodnim Divadlem w Ostrawie. I owa zmiana wpłynęła w sposób zauważalny na to dzieje się tanecznego w Bydgoszczy. To zaledwie dwa pełne sezony, ale zespół ewoluuje, zmienia się. Do współpracy został zaproszony Jacek Przybyłowicz, który przygotował autorski wieczór Szepty i cienie. Przed wakacjami kolejną premierę na tej scenie przygotował Robert Bondara. To dla niego niezwykle szczęśliwe miejsce, już za czasów gdy baletem kierowała Ilona Jaźwin-Madejska, odniósł dwa wielkie sukcesy: w wieczorze do muzyki Karola Szymanowskiego oraz Zniewolonym umyśle na podstawie Czesława Miłosza do muzyki Philipa Glassa i Wojciecha Kilara. Tym razem była to Alicja w krainie czarów w kompozycji Przemysława Zycha. I choć pierwsza część przyniosła taneczny niedosyt, bowiem więcej było pantomimy niż tańca, to drugi fragment ukazał pełnię możliwości bydgoskiego zespołu. Zapał, werwa, ruch. To charakterystyka bajkowej opowieści. Zespół prowadzony przez Małgorzatę Chojnacką ma wielkie szanse być jedną z najlepszych kompanii w naszym kraju. Wszystko zależy od doboru repertuaru dopasowanego do możliwości zespołu, ale również do gigantycznej sceny, gdzie kameralne i autorskie widowiska nie mają racji bytu. To wyzwanie i niezwykle interesujące oczekiwanie.

Trzecią sceną na baletowej mapie Polski, która buduje swoją pozycję i warta jest zainteresowania to Opera Bałtycka. Jak już zauważono wraz z odejściem z funkcji dyrektora Marka Weissa został zlikwidowany również Bałtycki Teatr Tańca prowadzony przez Izadorę Weiss. Szefem baletu w 2016 roku został Wojciech Warszawski. Tworzy zgrany tandem ze swoją zastępczynią Izabelą Sokołowską-Boulton. Wspólnie obrali drogę budowania zespołu gotowego do pracy nad klasycznymi spektaklami baletowymi. Ta koncepcja stoi całkowicie w opozycji do wcześniejszej myśli artystycznej. W ostatnich sezonach kierownictwo podejmuje samodzielne próby choreograficzne, w ten sposób kształtując oblicze instytucji. W zeszłym sezonie przygotowano Kopciuszka, już wkrótce premiera Don Kichota (premiera 3 grudnia 2022). Interesującym jest czy to długofalowy koncept, a może w kolejnym sezonie zostaną zaproszeni nowi choreografowie.

Powyższe zespoły należą do czołówki w naszym kraju. Pozostałe znajdują się w dziwnym miejscu swojego rozwoju, albo w nieustannym kryzysie. Nie mówi się tego głośno, tematyka zespołów baletowych jest faktycznie nieobecna w naszej publicystyce, ale sytuacja artystyczna nie jest ciekawa i obiecująca.

W zeszłym sezonie pojawiła się informacja, że najmłodsza placówka operowa ogłasza nabór do zespołu baletowego! Mowa o Operze Podlaskiej, która przez lata radziła sobie bez stałego wsparcia tanecznego angażując artystów do kolejnych produkcji operowych, musicalowych i operetkowych. Nagle, w trudnym czasie pandemii, podjęto decyzję o budowaniu zaplecza baletowego. Tym bardziej jest to kuriozalna decyzja, że początkowo zatrudniono sześć osób, w chwili obecnej jest to ośmioro solistów. Dotychczas zaprezentowano jeden wieczór baletowy We love Chopin w choreografii Zofii Rudnickiej. Grupę prowadzi Jarosław Sołowianowicz i ciekawe jakie ma zamierzenia programowe. Należy mieć nadzieję, że nie dojdzie do decyzji ośmioosobowej wersji Jeziora łabędziego! Zresztą plany białostockiej sceny nic nie mówią o autonomicznych premierach baletowych. Najbliższa nowa produkcja to musical West Side Story Leonarda Bernsteina, gdzie niezbędny jest niebagatelny zespół taneczny. Do etatowej grupy należało dokooptować innych artystów. Zatem jaki sens był tworzenia zespołu? Do dzisiaj pozostaje to wielką tajemnicą!

Kolejnym miejscem, które daje powody do znaków zapytania jest Opera Śląska w Bytomiu. Scena instytucji od dwóch sezonów znajduje się w remoncie. Mimo to produkcje pokazywane są w regionie, a także przygotowywane są nowe premiery. Obecnie baletem kieruje solista zespołu Grzegorz Pajdzik. To częsta decyzja o mianowaniu liderem członka grupy – który najlepiej rozumie jej potrzeby i oczekiwania. Należy powiedzieć, że zaczęło się bardzo optymistycznie: wieczorem baletowym w choreografii Roberta Bondary. Liczyłem na więcej, odważniej, ciekawiej. Niestety dwie ostatnie premiery, mimo pozytywnego odbioru krytyki i nagród, to raczej ceremoniały i akademie ku czci, niż rzeczywiste, wartościowe spektakle baletowe. W sezonie 2020/21 wystawiono Sól ziemi czarnej do muzyki kompozytorów polskich na kanwie filmu Kazimierza Kutza. Choreografię powierzono Arturowi Żymełce. Choć to doświadczony twórca to jego spektakl jest chaotyczny, pogmatwany i nijaki. Nie znając streszczenia zamieszczonego w programie widz wyjdzie po spędzonym wieczorze całkowicie zagubiony. Co gorsza taniec jest nieprecyzyjny i nieoryginalny. W mijającym sezonie powierzono twórcy przygotowanie kolejnego widowiska. Tym razem to już nie opowieść śląska, a już o Polsce. Za tło wybrano kompozycje Tangerine Dream. Sama zapowiedź zbija z nóg – „spektakularne widowisko odnoszące się do wartości narodowych takich jak: wolność, solidarność, ofiarność czy duma”. Dlaczego nie pokora i skromność? Naprawdę czy sztuka tańca musi zagospodarowywać rewiry, które bliższe są programowi publicystycznemu niż sztuce łagodności i piękna? Przez lata Bytom kojarzył mi się z dobrym, klasycznym baletem i pracą Henryka Konwińskiego. Czy teraz to miejsce zajmie coś na kształt propagandy tańczonej? To chyba nie najlepszy trop dla przyszłości zespołu i chyba oczekiwań publiczności.

Nie lepiej, a kto wie czy nie dziwniej sytuacja wygląda w Operze Krakowskiej. Zespołem baletowym kieruje Wioletta Maciejewska. I niestety ostatnie prace, jak i poziom zespołu trudno nazwać, że są wysokich lotów. W październiku 2019 roku miała miejsce premiera Snu nocy letniej w choreografii Giorgio Madia, twórcy który odwiedził prawie wszystkie sceny w naszym kraju realizując różne spektakle ze swojego bogatego koszyka prac. Jednak to co zaprezentował w Krakowie było jednym z największych kuriozalnych doznań, które miałem w swoim życiu. Jedyną godną uwagi rolą był Puk w świetnym wykonaniu Gabriele Togni. Pozostałe postaci snuły się po scenie to z lewej to z prawej. Brały udział również dzieci ze Studia Baletowego, które przebiegały z jednej strony sceny na drugą. Ale już tym co przesądziło o całkowitej niemocy choreografa była sekwencja z rzemieślnikami. Najgorsze co może zdarzyć się w balecie – nie tańczona a dialogowana! Zresztą pozbawiona humoru. Wywoływała uśmiech politowania a nie radość z widowiska. Nie lepiej było z wystawionym w listopadzie 2021 roku Panu Twardowskim Ludomira Różyckiego w choreografii Violetty Suskiej. Trzynaście lat wcześniej w Teatrze Wielkim w Warszawie inscenizację przygotował Gustaw Klauzner. Poniósł porażkę pierwszorzędną. Zamiast tańca było nieustanne chodzenie po scenie, nic więcej. Dokładnie to samo wrażenie miałem po premierze rok temu. Uboga, pełna niedociągnięć i braku pomysłu baletowa wersja ikonicznej opowieści o mistrzu Twardowskim. Te dwa doświadczenia pokazały, że jedynym rozwiązaniem są drastyczne kroki w krakowskim zespole. Miasto, które dąży do bycia kulturalną stolica naszego kraju zasługuje na sprawny zespół i oryginalny repertuar. Wydaje się, że obecna zmiana dyrekcji w Operze Krakowskiej, gdy szefem placówki został Piotr Sułkowski, może być dobrym czasem do obudzenia z marazmu i zastoju zespół baletowy. Mam nadzieję, że w swojej koncepcji programowej nowy dyrektor zawarł fragment dotyczący programu dedykowanego dla miłośników tańca, bowiem obecny poziom i jakość przedstawień pozostawia bardzo wiele do życzenia.

Jako ostatni, dziesiąty, pozostał do omówienia zespół który wydaje się być w największym kryzysie od wielu lat. Marazm w tym miejscu nie trwa również chwilę, ale od długiego czasu. Tym trudniej pisać o tej instytucji, gdyż wydaje się baletową stolicą Polski przez obecność festiwalu poświęconego sztuce tańca, który przez lata miał aspiracje bycia naszym oknem na świat tego co najbardziej interesujące w świecie. Mowa o Teatrze Wielkim w Łodzi i Łódzkich Spotkaniach Baletowych. Miejscu i wydarzeniu można poświęcić odrębny esej. W latach osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych, moim dziecięcym czasie, mówiło się o balecie łódzkim jako wzorze, a publiczność pielgrzymowała na kolejne wydarzenia zarówno z repertuaru bieżącego jak i propozycji biennale. Jak magnes przyciągał rock-balet węgierskiego choreografa Antala Fodora Próba, a także pierwsze prace Ewy Wycichowskiej. Warto przytoczyć dwie. Pierwsza miała nawet znamiona politycznej aspiracji bowiem w roku 1984 wystawiono Republika – Rzecz publiczna, widowisko do muzyki Grzegorza Ciechowskiego i zespołu Republika, a dwa lata później artystka sięgnęła po kompozycje zespołu The Shade wykorzystując je w Faust goes rock. Te odważne prace przyciągały tłumy widzów, nie tylko spragnionych klasycznej sztuki, ale również młodych spragnionych oddechu w trudnych czasach schyłku Polski Ludowej. Nie byłoby to możliwe bez świadomego baletowego świata dyrektora naczelnego – Sławomira Pietrasa. Jak nikt inny kształtował oblicze nie tylko operowego repertuaru, ale dbał o staranny rozwój sztuki baletowej. Prawie przez wszystkie jego lata dyrekcji kierownictwo baletu sprawowała Liliana Kowalska. Repertuar budowano różnorodnie – równoważąc klasykę z nowoczesnością. O tym miejscu się mówiło, a na kolejne premiery oczekiwało. Analogicznie było z Łódzkimi Spotkaniami Baletowymi, podczas których prezentowano prace światowe jak i krajowe. Ostatnie lata to faktyczny schyłek rangi łódzkiej baletowej sceny. Od roku 2012 (z dwuletnią przerwą gdy funkcję pełnił Wojciech Domagała) kieruje zespołem były tancerz Dominik Muśko. I faktycznie nie ma żadnego pomysłu jak powinien wyglądać repertuar grupy. Przypadkowość – to cecha wyróżniająca program. Wystarczy zwrócić uwagę na ostatnie pięć lat. Lamaila – widowisko chodzone, zero tańca, Spartakus – przypadkowa produkcja w choreografii Kirilla Simonova. Cisza w roku 2019 do muzyki Ludwiga van Beethovena w choreografii Ivana Cavallari była chaotycznym eposem ku czci kompozytora. W roku 2020 nie starczyło środków, albo nie było pomysłu na premierę dlatego powrócono do przeboju okresu Sławomira Pietrasa czyli Greka Zorby w choreografii Lorca Massine. Tylko należy zauważyć, że czasy się zmieniły i oczekiwania publiczności również. W roku 2021 premierę przygotowała dwójka tancerzy Grzegorz Brożek i Joshua Legge. To zadziwiająca decyzja bowiem zazwyczaj przygotowanie pracy na dużą scenę poprzedza praca warsztatowa. A tu od razu skok na głęboką wodę. W tym roku, w związku z Łódzkimi Spotkaniami Baletowymi premierę przygotowuje Gray Veredon. Będzie to Casanova do muzyki Vivaldiego (premiera: październik 2022). Twórca wielokrotnie wracał do Łodzi, a jego niekwestionowany sukces to Ziemia obiecana. Cóż z tego jak kolejne prace przygotowywane na festiwal okazywały się porażkami. I tak szybko jak się pojawiały, tak szybko znikały z afisza. Mowa o Kobro czy Kolorze żółtym. Drugim – przez pewien czas kierownik baletu – często goszczącym choreografem jest Giorgio Madia. Jego prace owszem pełne humoru i ciekawych interpretacji, z czasem się zużywają i są wtórne względem siebie. Publiczność potrzebuje dobrego tańca bowiem jej gust ukształtowała przeszłość, a niestety teraźniejszość jej absolutnie nie dorównuje. W tym roku Łódzkie Spotkania Baletowe będą ubogie jak nigdy. Zaledwie cztery zespoły (w tym gospodarze). Program może i byłby elektryzujący, ale dwadzieścia lat temu. Ani Sasha Waltz czy Jiri Kylian nie wzbudzają emocji wśród widzów znających świat baletu. Sztuka tańca jest już w innym miejscu. A Łódź z drogowskazu i barometru baletowej rangi stała się peryferiami i zaściankiem w naszym kraju. Smutna diagnoza. Ale tak długo jak Teatrowi Wielkiemu nie będzie szefował zapalony impresario równoważący operę i balet, tak zapewne taniec będzie zepchnięty na margines. Niepokojące jest to co dzieje się w łódzkiej kulturze, instytucjach, których organizatorem jest marszałek województwa. Brak powołania dyrektora w Teatrze im. Jaracza, również brak rozwiązania w konkursie dyrektorskim w operze wpływa na to co dzieje się w zespołach artystycznych. Pełniącym obowiązki Teatru Wielkiego jest Dariusz Stachura. Zrezygnował właśnie zastępca do spraw artystycznych Adam Banaszak. To pogłębia kryzys i niepewność. A w duszy publiczności pozostaje tylko melancholia.

I co dalej?

Dziesięć zespołów. Jeden wyraźny lider, dwie niewiadome, trzy nadzieje i cztery kryzysowe przypadki. To jednak wygrana pesymizmu. Gdzie poszukiwać owej trudnej sytuacji? Pierwsze, naturalne, szczególnie w dzisiejszych czasach, są trudności finansowe. Przygotowanie spektaklu baletowego czy operowego to ogromne koszty. Zespoły baletowe pozostają na etatach (i tak powinno być) aby kształtować swoje umiejętności, szlifować i precyzować technikę tańca. Jednak są to grupy małe, wielokrotnie nieadekwatne do potrzeb wykonania widowiska baletowego. Białystok posiada zaledwie ośmiu tancerzy, Opera na Zamku w Szczecinie – osiemnastu, Opera Bałtycka – dwudziestu sześciu, Opera Krakowska – dwudziestu dziewięciu, Opera Śląska – trzydziestu jeden, Opera Wrocławska – trzydziestu trzech, Opera Nova w Bydgoszczy i Teatr Wielki w Poznaniu po czterdziestu, Teatr Wielki w Łodzi – pięćdziesięciu jeden i największy Polski Balet Narodowy – osiemdziesięciu. Wniosek jest jeden. W chwili obecnej chcąc wystawić klasyczne Jezioro łabędzie jest to możliwe tylko w Warszawie. Ktoś zada pytanie – Dlaczego? Bowiem aby to nie był spektakl biedny, kuriozalny i amatorski potrzeba do sekwencji obrazów „białych” blisko trzydziestu tancerek. I nie ma możliwości aby przygotować spektakl na właściwym poziomie przy mniejszej liczbie artystów. To oznacza, że trzeba poszukiwać odmiennych rozwiązań, znanych z innych krajów europejskich. Bowiem tam zespoły też mają bardzo różną liczbę członków. Co prawda balet opery paryskiej to stu pięćdziesięciu pięciu tancerzy, Royal Ballet – stu dwóch, English National Ballet – siedemdziesięciu, w Berlinie – dziewięćdziesięciu pięciu, w Pradze siedemdziesięciu ośmiu, w Hamburgu – sześćdziesięciu czterech, to w Hanowerze zaledwie dwudziestu ośmiu, Brnie – pięćdziesięciu czy w Insbrucku – siedemnastu. I tu można zauważyć pewną prawidłowość. Im mniejsza grupa tym częściej na czele stoi twórca, choreograf kształtujący jej oblicze artystyczne, a także zapraszający do współpracy innych interesujących artystów. Wielokrotnie nie mają małe zespoły aspiracji wystawiania klasyki, wielokrotnie do niej nawiązują, ale najczęściej tworzą oryginalne prace, które stają się rozpoznawalną kartą tegoż miejsca. Śledząc ostatnie kilkanaście lat w polskim balecie wydaje się, że były dwie tego typu próby. Pierwsza w Gdańsku, gdzie działał Bałtycki Teatr Tańca Isadory Weiss, a druga w Szczecinie podczas kierowania baletem przez Karola Urbańskiego. W tym czasie Robert Glumbek przygotował Dzieci z dworca ZOO, Jacek Tyski Alicję w krainie czarów, Karol Urbański Dzieje grzechu, Cathy Marston Polowanie na czarownice, a także pracowali Kaya Kołodziejczyk, Paolo Mangioli czy Robert Bondara. To ciekawy pomysł dla małego zespołu. Nie szukać wielkich, nierealistycznych produkcji, ale skupić się na projektach, które mają szanse powodzenia i aby stały się znakiem rozpoznawczym miejsca, które przyciągnie widzów z kraju. Bowiem w dzisiejszych czasach możliwości komunikacyjnych nie ma konieczności produkowania kilku takich samych wystawień Don Kichota czy Dziadka do orzechów. Podróż czasem jest ciekawsza aby odkryć nowe miejsce i inne zespoły niż wychodzić z lokalnego teatru jako widz zniesmaczony po nieudanej, nieadekwatnej produkcji do możliwości zespołu baletowego.

Wielkim problemem wydaje się zrozumienie przez dyrektorów instytucji kultury, że choć w nazwie scena posiada słowo opera, to nie znaczy, że zespół baletowy pełni dla niej rolę służebną i podporządkowaną. Winien on być równym partnerem w planach artystycznych każdego sezonu. Wydaje się, że świetnie to rozumie Waldemar Dąbrowski w Warszawie i tak było za czasów łódzkich Sławomira Pietrasa. Jednak trzeba pamiętać aby mierzyć siły na zamiary. W najnowszej historii instytucji kultury pamiętny jest epizod gdy Operetkę Warszawską przemianowano na Teatr Muzyczny Roma. Dyrektorem został Bogusław Kaczyński, który zamierzał stworzyć najlepszą scenę muzyczną w Polsce łączącą operę, operetkę, musical i balet. Zbudował wielkie zespoły solistów, chóru, baletu. W tym ostatnim przypadku powierzył misję prowadzenia zespołu Marii Krzyszkowskiej, legendzie stołecznej sceny. I absolutnie nic z tego nie wynikało. Repertuar był średni, komercja wygrywała z artyzmem, kasa świeciła pustką, a Kaczyński musiał rozstać się ze sceną marząc o teatrze własnych snów, który nie przystawał do otaczającego świata.

Warto zauważyć, że dyrektor musi mieć godnego partnera/ partnerkę, której powierzy funkcję szefowania zespołem baletowym. Można wyróżnić co najmniej dwie szkoły liderów. Pierwsza to na czele kompanii tanecznej wybitny pedagog, stojący na straży ruchu, tańca. A model drugi to – osobowość, artysta, choreograf, który ze swoim zespołem tworzy charakterystyczne dla jego języka wypowiedzi prace. Najlepiej aby połączyć obie cechy. Jednak bardzo trudno o ideały, a nawet rzemieślników. W naszym kraju można odnieść wrażenie, że zamykamy się z klatce znanych i sprawdzonych możliwości. Tak jak z choreografami w Łodzi, przewidywalni i powtarzalni – Madia i Veredon. Czasem dyrektorzy muszą zaryzykować, ale też rozpoznać świat tańca, aby zaprosić do prowadzenia osobowość, która może przyciągnąć interesujących tancerzy. Oczekuję na pomysły Małgorzaty Dzierżon we Wrocławiu, ale trzeba pamiętać, że lista polskich artystów baletu, którzy odnoszą sukcesy zagraniczne nie jest mała. W Stuttgart Ballet pracuje Krzysztof Nowogrodzki, w tamtejszej szkole baletowej Tadeusz Matacz, w Zurichu Anna Grabka, a Janusz Mazon w Hamburgu. Mamy szefa baletu w Narodni Divadlo w Pradze to Filip Barankiewicz, który świetnie prowadzi zespół, zmieniając jego oblicze, a program równoważy pomiędzy klasykę a współczesność. W Skandynawii (Kopenhadze i Sztokholmie) sukcesy odnoszą bracia Kupińscy, którzy w 2001 roku wygrali konkurs Eurowizji dla młodych tancerzy. Te przykłady można mnożyć. Świat pełen jest uzdolnionych naszych rodaków, a co ważniejsze może warto również otworzyć nasze zespoły dla kierowania przez obcokrajowców.

Do kryzysowej sytuacji w naszym balecie przyczynia się również brak krytyki, profesjonalnych analiz. Na palcach jednej ręki można wymienić grupę recenzentek i recenzentów zajmujących się fachowo tańcem. To między innymi Katarzyna Gardzina, Julia Hoczyk i Joanna Brych. Jak na duży kraj europejski to naprawdę niewiele. Przez owe ograniczenie niestety omówienia są chybione i niepełne. A sloganowość, że było pięknie i publiczność wstała naprawdę nic nie znaczą oraz nie są wyznacznikiem rzeczywistej oceny przedstawienia. W niniejszym tekście nie będzie słowa o edukacji, szkołach baletowych czy też studiach w Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Nie są bowiem owe instytucje tematem do omówienia w tym miejscu. Warto jednak zwrócić uwagę, że działa Narodowy Instytut Muzyki i Tańca, gdzie wicedyrektorem do spraw tańca jest Karol Urbański. Radzie programowej przewodniczy Krzysztof Pastor. Wielokrotnie wspomniani artyści zapewne zdają sobie sprawę z problemów polskiego baletu, tylko pytanie jak można zaradzić? Czasy dyrektyw i nakazów odeszły w niebyt. Demokratyczny wzorzec daje prawo samodzielnego decydowania przez dyrektorów o miejscach baletu w ich instytucjach. Ale może „dobre praktyki” stałyby się czymś potrzebnym w obecnym czasie zagubienia naszego baletu. Zapewne konieczne są dedykowane większe nakłady finansowe dla baletu, bowiem zawsze będzie to sztuka niedowartościowana w cieniu operowej sławy. To co można rekomendować to zapewne prowadzenie badań nad współczesną sztuką tańca w naszym kraju, a także budowanie zbiorów i archiwów – na wzór działu dokumentacji Instytutu Teatralnego. Bowiem pamięć jest ulotna, a sztuka tańca niech nie będzie traktowana jako trzeciej kategorii. Jednak najważniejszym wydaje się świadomość, że balet zasługuje na uznanie i to powinno przyświecać każdemu kandydatowi obejmującemu stanowisko dyrektorskie instytucji muzycznej w naszym kraju.

Zamiast zakończenia – co zobaczymy w sezonie 2022/23

Część zamierzeń już została zaprezentowana. Warto jeszcze raz wspomnieć o kilku nadchodzących premierach. Polski Balet Narodowy nim zaprezentuje prace niderlandzkich mistrzów przedstawi klasyczną Giselle (premiera: listopad 2022). W Gdańsku zagości Don Kichot, w Łodzi Casanova, w Poznaniu wieczór baletowy do dwóch muzycznych kompozycji Stabat Mater, a we Wrocławiu Córka źle strzeżona. Tyle wiemy o nadchodzącym sezonie. Premiery nie będzie w Szczecinie, tak jak nie ma szefa baletu. Plany Bytomia, Krakowa, Bydgoszczy to na razie tajemnica. I to kolejny problem, o którym nie wspomniano. Brak jasnego planowania, aby widzowie wiedzieli kiedy zobaczyć mogą jaki spektakl. Gdy sceny na całym świecie swoje propozycje prezentują najpóźniej w czerwcu, u nas (oprócz Polskiego Baletu Narodowego) nic nie wiadomo, albo tajemnica pokrywa skrzętnie skrywane plany, które są chyba tylko dla dyrekcji, a nie dla publiczności. To też należy zmienić i zbudować świadomą bieżącą politykę repertuarową, która może ukształtować wiernych widzów. W ten sposób zbudowano abonamentowy model w Niemczech.

To nie miał być tekst o tańcu, jego istocie i znaczeniu. To spostrzeżenia widza, który od trzydziestu siedmiu lat towarzyszy baletowi. Najpierw w Warszawie, później w Polsce i na świecie. To sztuka ulotna, delikatna, wrażliwa. Ale piękna i oryginalna. Potrzebuje aby o niej pisać, rozmawiać, analizować, bo tylko w sporze i poprzez spostrzeżenia wielu osób buduje się coś wartościowego. Zmiany w instytucjach kultury, gdzie funkcjonują zawodowe zespoły baletowe, są konieczne. Bez nich pozostanie nam oglądanie dawnych zdjęć i własne wspomnienia. Najważniejsze, że winno obudzić się środowisko, bowiem kryzys jest rzeczywisty tak jak obecnie w polskiej gospodarce.

                                                                               [Benjamin Paschalski]



1 thought on “KRYZYS BALETU?”

  • Świetny i potrzebny tekst, Pierwszy raz ktoś tak poważnie i wyczerpująco analizuje sytuację baletu w Polsce. Przerażający brak kompetencji ludzi, którzy decydują o jego istnieniu. Z tego wynika tragiczna sytuacja finansowa zespołów baletowych, które z braku środków nie są w stanie przyciągnąć takiej publiczności, jaka była w łodzi za Pietrasa, tak właściwie ocenionego przez autora, czy jaka jest obecnie w Warszawie dzięki tandemowi Dąbrowski – Pastor. Dodam, że i w Gdańsku na BTT mieliśmy komplet niezawodnej publiczności dzięki autorskiemu repertuarowi Izadory Weiss, którą wspierałem nie tylko jako mąż dyrektor, jak wyzłośliwiali się niektórzy, ale przede wszystkim jako wielbiciel jej spektakli i bezkompromisowego budowania niewielkiego, ale doskonałego międzynarodowego zespołu. Jej „Sen Nocy Letniej” uznano w mediach brytyjskich za najlepszą premierę teatru tańca na świecie w 2013. Na premiery BTT przyjeżdżali krytycy z Europy i wychwalali choreografkę i znakomitych tancerzy. Ich sukcesy na zagranicznych festiwalach i wysoka ocena w światowych mediach przekładała się na uznanie widzów w Trójmieście mimo zajadłych ataków inspirowanych przez miejscową szkołę baletową stojącą na straży niby-klasyki, którą jakoby uprawiał wcześniej zespół baletowy opery mimo kuriozalnej ilości białych łabędzi. Autor słusznie widzi szansę dla takich małych zespołów w proponowaniu wyrazistego współczesnego repertuaru firmowanego przez wybitną osobowość choreograficzną lidera otaczanego opieką i zaufaniem przez dyrektora instytucji. Pytania o styl takich propozycji i powiązania z klasyką są drugorzędne, jeśli uda się tworzyć piękne spektakle odpowiedzialnie adresowane do wrażliwej widowni. Korzystanie z takich gotowców jak prace Madii, goszczące na polskich scenach wyrządzają więcej szkody niż pożytku. Jak w każdej dziedzinie sztuki sukces gwarantuje wybitny artysta, który potrafi przekazać swoją siłę i wyobraźnię grupie ludzi, z jaką pracuje, ale oprócz tego absolutnie niezbędni są jeszcze ludzie decydujący o środkach finansowych, którzy potrafią takiego artystę rozpoznać i orientują się w wartościach i tendencjach panujących na świecie. 100% racji, że do tego potrzebni są jeszcze znawcy, którzy potrafią i mają gdzie o tym pisać, żeby decydenci nie błądzili w magmie rad otaczających ich urzędników i polityków.